Harpagan 54- relacja z rajdu

20 października 2017 roku: 54 edycja Harpagana. Powiem szczerze, że nie wiązałem z tą edycją żadnych specjalnych oczekiwań. Niecały miesiąc wcześniej, 24 września ukończyłem 164-kilometrowy bieg Cotswold Way Century i od tego czasu za dużo nie zrobiłem. Po dwóch tygodniach regeneracji miałem dosłownie 2 krótkie przebieżki i tyle. Na samego Harpagana ewidentnie nie czułem się w szczycie formy. Celem było ukończenie na przyzwoitym miejscu i danie z siebie ile się da na zakończenie tego bardzo intensywnego (i nie za dobrze rozplanowanego) sezonu. Wpis podsumowujący sezon będzie pewnie jakoś w grudniu :).

Tej jesieni Harpagan zawitał do pod-trójmiejskiego Szemudu. Czytelników niekojarzących za dobrze Harpagana informuję, że Harpagan „wędruje’ po Woj. Pomorskim i co edycja jest okazja pobiegać po innym zakątku województwa. Po więcej informacji dot. idei Harpagana i panujących na nim zasad zapraszam do zapoznania się z moim wpisem z 53-ej edycji Harpagana.

Start

Tradycyjnie Michał przyjechał po mnie i razem wyruszyliśmy z Gdańska. Jechał z nami również kolega Michała Łukasz, którego poznałem kilka lat temu na jednym Harpaganie. Po około 40 minutach jazdy byliśmy już w Szemudzie. W bazie rajdu się standardowo zarejestrowaliśmy, odebraliśmy pakiety startowe oraz karty chipowe i udaliśmy do się sali gimnastycznej. Tam się rozłożyliśmy mając półtorej godziny na przygotowanie. Zaraz zobaczyłem Mateusza, z którym przebiegliśmy większość poprzedniego Harpagana. Zmówiliśmy się, że spotykamy się na starcie i napieramy razem.

Spakowawszy prowiant na drogę, prowiant na przepak, oraz oddawszy bagaże do przechowalni byliśmy gotowi do startu. Udaliśmy się na szkolne boisko, gdzie mieliśmy jeszcze z 10 minut do otrzymania map. Pogoda była wyjątkowo przyjemna, około 12 stopni. Później w nocy i nad ranem miało niby trochę padać, ale póki co było na tyle fajnie, że można było lecieć w krótkich getrach i mojej spawdzonej technicznej koszulce. Kurtka była oczywiście spakowana w kamizelce, tak na wszelki wypadek.

Na starcie: planujemy atak na PK1

5 minut przed godziną 21 odebrałem mapę i od razu ustawiłem się na starcie. Po chwili dołączyli do mnie Michał, Łukasz i Mateusz, jak również pojawił się Tomek (towarzysz z poprzedniego jak i kilku wcześniejszych Harpaganów). Dość szybko opracowałem plan ataku na łatwiutki PK1 (punkt kontrolny nr 1) i o 21:00 ruszyliśmy!

W dalszej części tego wpisu zastosowałem formułę taką jak w moim wpisie z Kierata. Mianowicie, na poszczególnych mapkach grubą, czerwoną linią jest zaznaczony przebieg wzorcowy, czyli taki, który wg. organizatora jest najkrótszą drogą na punkt. Żeby było jasne, przebieg wzorcowy zostaje podany po ukończeniu rajdu; na mapie, którą dostaję do ręki, nic takiego nie ma i muszę sam wybrać drogę na punkt. Linią cieńszą w różnych odcieniach zieleni, żółci i czerwieni, zaznaczony jest mój przebieg, według pomiaru GPS. Kolor ciemnozielony oznacza, że dośc sybko biegłem, jasnozielony, że truchtałem, żółty, że maszerowałem czy szedłem, natomiast czerwony oznacza bardzo wolne tempo: stanie w miejscu czy mozolne wdrapywanie się pod górę.

PK1

Przelot na PK1 był dość szybki i bezproblemowy, poza za szybkim skręcenim zaraz za bazą i nadłożeniem jakiś 100-150 metrów. Pośród licznych uczestników dobiegliśmy do wsi Grabowiec a następnie bez większej trudności, po 25 minutach od startu, zameldowaliśmy się na punkcie.

W świetle obiektywów myślimy i planujemy atak na kolejny punkt

PK2

Plan był prosty i jego wykonanie było bezbłędne, do czasu aż dotarliśmy do Jeziora Borowo. Na mapie biegnie wzdłuż niego ścieżka, którą mieliśmy się pokierować na północ do Borowa i stamtąd dalej na punkt. Zmiast ścieżki trafliśmy na bagno i trzeba było brnąć przez gęste zarośla. Idąc wzdłuż wąwozu w kierunku wschodnim w końcu trafiliśmy na przecinkę i następnie na przyzwoitą drogę, którą można było znowu biec. Bez większych problemów dotarliśmy na PK2. Byłem zły, bo dobre 20 minut kosztowało nas to błądzenie koło jeziora. PK2 był bezobsługowy, więc nie mogłem się dowiedzieć ilu zawodników nas wyprzedziło. Na pewno wielu!

PK3

Na PK3 wybrałem wariant w kierunku Gniewowa, wydający się łatwieszy niż trasa z mnóstwem wąwozów i dolinek, którą proponują organizatorzy. Przez większość tego odcinka bardzo dobrze się biegło; szczególnie przyjemny był długi zbieg do Cedronu. Za Gniewowem trafiliśmy w okolice dość górzyste, ale po opuszczeniu głównej ścieżki i pokonaniu kilku grzbietów niemalże bezbłędnie trafiliśmy na PK3. Tam niespodzianka: okazało się, że przed nami było tylko 2 zawodników, z czego jeden z trasy TM150. Oznaczało to, że mimo dużej straty w drodze na PK2, jesteśmy na 2 miejscu (Michał, Tomek, Łukasz, Mateusz i ja ex aequo)! Szok i niedowierzanie!

PK4

Podbudowani super wiadomością szybko ruszyliśmy dalej. Najpierw tą samą, sprawdzoną drogą w kierunku Gniewowa a następnie dość oczywistą drogą prosto na PK4. W międzyczasie dogonił nas inny zawodnik, więc byliśmy świadomi, że trzeba trzymać dobre tempo, bo będziemy ścigani i przez innych.

PK5

Na PK5 zaplanowałem trasę nawigacyjnie prostą i taką, która miała oferować dużo możliwości do biegania. Szybko zbiegliśmy przyjemną dolinką do Szmelty, skąd, trochę idąc, trochę podbiegając, bez problemu trafiliśmy na PK5, gdzie można było uzupełnić zapasy wody oraz posilić się bananami i waflami w czekoladzie. Kolega, który wędrował za nami, gdzieś zniknął po drodze na PK5, tak więc znowu byliśmy w piątkę.

PK6

Wybrałem nawigacyjnie bezpieczny wariant na Łężyce. Po podejściu pod Łężyce było sporo dobrej, płaskiej nawierzchni, więc biegliśmy ile się dało. Bez problemu dotarliśmy w okolice PK6. Niestety, jakieś 100 metrów za szybko wbiliśmy się na górki, gdzie zaczęliśmy błądzić i szukać punktu. W końcu Michał nadał dobry kierunek i po kilku minutach przedzierania się przez chaszcze udało się znaleźć punkt. Bez ociągania ruszyliśmy dalej, gdyż w oddali widać było światła latarek: ogary były na naszym tropie bliżej niż byśmy tego chcieli!

PK7

Początek odcinka był dość trudny, z racji pagórkowatego terenu i niezgadzającej się z mapą drożni. Względnie szybko jednak trafiliśmy na fajną drogę, którą szybko zbiegliśmy do rezerwatu przyrody Cisowa. Za rezerwatem z nawigacją nie było problemu. Po szybkim zbiegu do Marszewa, przecięliśmy „na azymut” Potok Marszewski i bez problemu zameldowaliśmy się u obsługi na PK7. Gdy ja robiłem sobie dolewkę picia, Mateusz zapytał się obsługi na którym miejscu jesteśmy. Otrzymał informację, że przed nami był jeden zawodnik (ten z trasy mieszanej), co oznaczało, że jesteśmy na pierwszym miejscu. Szok!

Nie dopytywałem się u obsługi, bo zaraz polecieliśmy dalej, ale nie chciało mi się w to wierzyć. I słusznie: patrząc na międzyczasy po zakończeniu rajdu tak naprawdę to utrzymywaliśmy się wciąż na miejscu drugim. Mimo wszystko, fakt, że jesteśmy tak wysoko, był bardzo motywujący i ekscytujący!

PK8

Bardzo prosty przebieg z dużą ilością biegania. Chociaż muszę przyznać, że zaraz za Wiczlinem trochę złapało mnie zmęczenie. Siąpiący deszcz nie ułatwiał sprawy.

PK9

Zaraz za PK8 mieliśmy trafić na przecinkę, która miała nas ładnie wyprowadzić na drogę oznaczoną kolorem białym. Zamiast przecinki mieliśmy mix chaszczowania i poruszania się trochę w ciemno w mniej więcej dobrym kierunku. Straciliśmy na tym sporo czasu, ale w końcu trafiliśmy do drogi oznaczonej na czerwono, skąd już szybkim tempem i bez problemów trafiliśmy w okolice punktu. Jakieś 200 metrów od punktu zaczęliśmy się od niego oddalać, na szczęście szybko się zreflektowałem i po chwili podbiliśmy punkt.

PK10

Ehh, serce mi się kraje na wspomnienie tego przebiegu. Plan był prosty: po dotarciu do jeziorka znajdującego się na południe od PK10 mieliśmy ostatnie 200 metrów pokonać na azymut i idealnie trafić na punkt. Do jeziorka dotarliśmy szybko, sprawnie i według planu. Niestety, przegapiliśmy moment i na azymut ruszyliśmy jakieś 300 metrów za daleko. Nie wiedząc, gdzie dokładnie jesteśmy, szukaliśmy jakiegoś punktu charakterystycznego, gdzie moglibyśmy się zorientować gdzie jesteśmy. W konsekwencji zrobiliśmy tą paskudną, widoczną na mapce, pętelkę dokoła PK10. Na punkt trafiliśmy, ale kosztowało to nas lekką ręką 20-25 minut. Obsługa na punkcie poinformowała nas, że jakieś 3-4 osoby nas przegoniły.

Baza- półmetek

Deszcz był od jakiegoś czasu całkiem rzęsisty, ale dopiero po PK10 założyłem kurtkę. To kręcenie się i frustracja spowodowana stratą kilku miejsc sprawiły, że zrobiło mi się zimno i dość nieprzyjemnie. Narzuciliśmy jednak z chłopakami dobre tempo, więc szybko się rozgrzałem. Bez problemów trafiliśmy na drogę w Grabowcu, skąd sprawnie dobiegliśmy na półmetek.

Pierwsza pętla miała mieć 52 km. Garmin pokazał, że zrobiliśmy 62 km w czasie 9 godzin i 43 minut.

W bazie udaliśmy się do przechowalni, gdzie każdy z nas wziął swoją torbę przepakową. Napełniłem swoje butelki, dołożyłem sobie żeli i batonów, wziąłem bułkę z serem na drogę i po niecałych 10 minutach od podbicia punktu kontrolnego na wlocie do bazy byłem gotowy do dalszej drogi. Michał, Mateusz i Tomek wyrobili się w tym samym czasie, a Łukasz zdecydował się ruszyć na drugą pętlę chwilę później i pokonać ją swoim tempem. Tak więc tuż przed godziną 7 rano we czterech ruszyliśmy na drugą pętlę.

PK11

Bez problemów trafiliśmy w okolice PK11, niestety zbiegliśmy do wąwozu za bardzo na północny-zachód, w konsekwencji czego trzeba było się cofnąć. Na punkcie spotkaliśmy jakiegoś zawodnika, który zaraz szybko ruszył, ewidentnie chcąc nam uciec.

PK12

Najdłuższy odcinek całego Harpagana: wg mapy aż 9 km. Bez problemu dotarliśmy do Donimierza sporo biegnąc. Za Donimierzem mój oryginalny plan zakładał, żeby iść tą drogą, którą wiedzie wariant wzorcowy. Chłopaki jednak mnie przekonali, żeby iść trochę inaczej. Koło Maszyny przecięliśmy na azymut na północ do drogi, skąd drogą przez las mieliśmy łatwo dobić do drogi wzorcowej. Niestety zamiast tego trafiliśmy na rozległe bagna. Na początku był tylko teren podmokły i jakoś go obchodziliśmy licząc, że zaraz będzie droga. W pewnym momencie, nie chcąc odbijać za bardzo na południe, zacząłem przecinać przez to przeklęte bagno.

Na początku było ok, ale w pewnym momencie zauważyłem, że stawiając krok na jedną kępę mchu, cała połać mchu dokoła mnie zaczyna łagodnie falować! Dopiero gdy postawiwszy krok nagle zapadłem się w wodę po pas, zdałem sobie sprawę, że pode mną jest cholera wie ile wody! Serce zaczęło bić szybciej. Doszło do mnie, że to chyba nie jest najlepsza trasa. Podciągnąwszy się za gałęzie, wydostałem się z wody i po kilku chwiejnych krokach byłem między drzewami. Względnie bezpiecznie, gdyż jest się czego złapać, ale wciąż w byłem w dupie. Chłopaki oddalali się na południowy wschód, próbując obejść bagno.

Ja za to, żołnierz niezłomny, ruszyłem dalej i na odległości 20 metrów kolejne 2 razy wpadłem przez mech i trawy do wody. Masakra. Jedyne co mnie wiodło do przodu to to, że widziałem, że teren się podnosił. Rzeczywiście, po chwili trafiłem na suchy ląd i zaraz, zataczając się, wleciałem na drogę. Krzyknąłem chłopakom, że jest droga i nie czekając na nich ruszyłem dalej.

Po jakiś 10 minutach marszobiegu w tyle pojawił się napierający Michał, który po chwili mnie dogonił. Okazało się, że udało się im wszystkim trzem obejść to bagno i trafić na drogę, ale chłopaki nie ruszyli od razu za Michałem. Idąc/biegnąc już we dwóch minęliśmy Częstkowo i dalej bez problemów, po półtorej godziny od PK11, podbiliśmy PK12.

PK13

Zaraz za PK12 pojawił się za nami Piotr Kopacz, znany mi z czołówki wielu poprzednich Harpaganów. Wyglądając świeżo jak młody bóg, wyprzedził nas. Trochę mnie zdenerwowało, że przez stratę czasu na bagnie, nie dość, że czołówka nam ucieka, to jeszcze i nas przeganiają.

Biegliśmy z Michałem ile było sił, mając Piotra w zasięgu wzroku, aż do PK13, na który trafiliśmy chwilę po nim. Na punkcie obsługa nas poinformowała, że zajmujemy 4 miejsce.

PK14

Piotr ruszył szybko… nic dziwnego. Wiedział, że musi uciekać, jeśli chce obronić 3 miejsce. Idąc w kierunku Wyszeckiej Huty nie udało nam się trafić na leśną drogę na północny-zachód. Tak więc, minąwszy Wyszecką Hutę myślałem, że pokierujemy się na Rzepecką i stamtąd na północny-zachód w kierunku punktu, tak jak poleciał Piotr. Michał wpadł jednak na (później okazało się genialny) pomysł, żeby odbić na północ. Rzeczywiście, ścieżka była super, pięknie się biegło zalesionym grzbietem a następnie dobrej jakości drogą leśną. Znajdujący się na wysokiej górce PK14 podbiliśmy bez problemu, nie zobaczywszy żadnych innych zawodników.

PK15

Wracając przez 2 km tą samą drogą spotkaliśmy Mateusza i Tomka, którzy prężnie napierali na PK14. Mieli być może z 20 minut straty do nas. Kontynuując dalej prostą drogą w kierunku PK15 tylko się głowiliśmy, czy naszym wariantem na PK14 wyprzedziliśmy Piotra, czy nie. Mi się wydawało, że tak. PK15 znaleziony bez trudności i żadnej żywej duszy po drodze.

PK16

Przez ostatnie kilka kilometrów dokuczał mi ochraniacz na kostkę. Jakoś mnie tak niefortunnie obcierał, że bieganie zaczęło być bolesne. Zaraz za PK15 zdecydowałem się go zdjąć i stał się cud! Ból ustąpił, poczułem się jak młody bóg i wyrwałem biegiem do przodu, co widać po dużej ilości koloru zielonego. Bez najmniejszego problemu trafiliśmy na PK16, gdzie obsługa nas poinformowała, że chyba jesteśmy na pierwszym miejscu, aczkolwiek, był przed nami jakiś zakręcony gość, który tylko podbił punkt, ale nie odnotował swojej obecności u nich. Odebrałem to, że jesteśmy w takim razie na drugim miejscu. Tak więc wariant Michała na PK14 okazał się sukcesem i wyprzedziliśmy Piotra i jeszcze jednego zawodnika!

PK17

Mimo wysokiego miejsca i super newsów, narzuciłem mocne tempo. Założyłem, że ci co trafią na PK16 za nami i dowiedzą się, ile stracili, będą za wszelką cenę nas gonić! Nawigacyjnie odcinek był banalny i trochę biegnąc, trochę maszerując, pewnie podbiliśmy PK17.

PK18

Kolejny prościutki odcinek. Tylko trochę siły w nogach brakowało do biegania. Na PK18 dowiedzieliśmy się, że zawodnik nr 1 ma nad nami półtorej godziny przewagi, co oznaczało, że jest poza zasięgiem. Nie wiedzieliśmy jednak, ile straty ma do nas zawodnik kolejny, więc szybko dolaliśmy sobie wody, wzięliśmy po bananie na drogę i biegiem ruszyliśmy.

PK19

Wybrałem wariant przez Ustarbowo: może minimalnie dłuższy niż ten na południe, ale ewidentnie bardziej przebieżny, co staraliśmy się wykorzystać kiedy tylko były siły. Sprawnie i pewnie zameldowaliśmy się na PK19.

PK20

Podobnie szybki i sprawny przebieg pokonany marszobiegiem. Nic do zrelacjonowania. Drożnia tuż przed PK20 wydawała się na mapie dość skomplikowana i niezbyt się zgadzała z tym co było w terenie. Uważnie nawigując udało mi się jednak doprowadzić nas prosto na punkt.

Meta

Ostatni odcinek został przez nas w dużej większości przebiegnięty. Jakiś kilometr przed metą byliśmy już pewni, że nikt nie ma szans nas wyprzedzić. Już wcześniej ustaliliśmy, że finiszujemy razem tak, żeby podzielić się miejscem drugim. Pod wpływem adrenaliny ostatnie kilkaset metrów pokonaliśmy iście sprinterskim tempem i o godzinie 14:50, po 17 godzinach i 50 minutach od startu i pokonanych 116 kilometrach, ukończyliśmy 54 edycję Harpagana, razem, na wspaniałym 2 miejscu.

Harpagany chwilę po finiszowaniu!

Epilog

W sumie trasę pieszą ukończyło i zdobyło tytuł Harpagana 18 osób, na 162 osoby startujące. Łukasz zakończył na miejscu 7, Mateusz na miejscu 8. Tomek, nie mogąc znaleźć PK14 zdecydował się niestety zrezygnować z dalszego napierania. Zwycięzca, Marcin Hippner, ukończył godzinę i 17 minut przed nami, tak więc od PK18 udało nam się nawet odrobić 13 minut straty.

Trochę frustrujące jest to, że podliczywszy nasze błędy i ile czasu nas one kosztowały (20 minut w drodze na PK2, 10 minut na PK6, 20 minut na PK10, 5 minut na PK11, 15 minut na bagnach), to mogliśmy być niemalże na równi z liderem. Tak więc sądzę, że był w naszym zasięgu, ale takie jest piękno Harpagana, że nawet jeden błąd nawigacyjny może całkowicie zmienić końcowy wynik.

Od lewej: m-ce 2 ex aequo Michał Głód, m-ce 1 Marcin Hippner, m-ce 2 ex aequo Marcin Krzysztofik

Tak czy inaczej, jest to dla mnie mój najlepszy start w historii, ukoronowany pięknym wynikiem. Wynikiem bardzo niespodziewanym, bo wybierałem się na tego Harpagana bez większych oczekiwań. Miłe jest też to, że po 11 latach wspólnych startów, udało się to osiągnąć razem z Michałem. Ogromny szacun dla Michała, który w ciągu ostatniego półrocza dokonał bardzo dużego postępu biegowego. Był w tak świetnej formie, że bez problemu trzymał moje tempo przez całą drogę. Ba, niejednokrotnie to ja musiałem za nim nadążać!

Garść statystyk

Tym Harpaganem zakończyłem sezon biegowy, więc jestem szczęśliwy, że udało się zamknąć rok 2017 takim wynikiem. Zrewidowałem niedawno swój kalendarz startów i przez najbliższe 6 miesiący nie będę biegł żadnego biegu ultra. Chcę użyć ten czas na regenerację i odpoczynek, a następnie na dobry trening w celu przygotowania do 55 edycji Harpagana, która odbędzie sie w kwietniu 2018 roku w Choczewie.

Jeszcze na samo zakończenie wpisu, gdyby ktoś był zainteresowany to poniżej są dostępne pełne mapy obu pętli.

Pętla 1: na czerwono wzorcówka, na zielono-żółto mój przebieg
Pętla 2: na czerwono wzorcówka, na zielono-żółto mój przebieg

Pozdrawiam,

Marcin

Ciekawe miejsca- Ateny

Wyjazd służbowy do Aten na konferencję… wspaniała sprawa! Organizatorzy tejże konferencji wykazali się niezwykłą roztropnością wybierając miejsce:

  1. Oferujące prawdopodobnie stosunkowo niewielkie koszty organizacji z racji dość smutnej sytuacji ekonomicznej Greków
  2. Leżące mnie więcej w połowie drogi między Europą Zachodnią a Arabią Saudyjską, skąd większość uczestników miała przybyć
  3. Dające niezrównane możliwości pozwiedzania kolebki kultury europejskiej!
Kalimarmaro- stadion olimpijski

Zwiedzanie

Jednego popołudnia, po dniu pełnym prezentacji i slajdów, zorganizowano uczestnikom 2-godzinny objazd Aten autokarem z przewodnikiem. Świetnie było zobaczyć z bliska wiele zabytków, o których wcześniej tylko słyszałem, takich jak ruiny Świątyni Zeusa, czy imponujący marmurowy stadion olimpijski Kalimarmaro, gdzie odbyły się pierwsze nowożytne Igrzyska Olimpijskie w 1896 roku. Przeszliśmy również dokoła dominującego nad miastem Akropolu i podziwialiśmy widoki ze wzgórza Areopag, z którego, chodzą plotki, w nauczał niegdyś Święty Paweł Apostoł.

Widok z Areopagu na Akropol

Drugiego popołudnia udało się wygospodarować 2 godziny na zwiedzenie największej atrakcji Aten, czyli Akropolu, z imponującą świątynią poświęconą Atenie Partenonem. Niewiarygodne jest to, że Partenon w zasadzie stał nienaruszony przez ponad 2100 lat (od roku 438 p.n.e. do roku 1687), opierając się niezłomnie trzęsieniom ziemi i innym żywiołom. W 1687 uległ zniszczeniu przez Wenecjan, którzy zbombardowali znajdujący się tam turecki skład amunicji. Mimo zniszczeń i upływu czasu budowla jest wciąż imponująca!

Partenon

W świecie celebrytów

Wisienką na torcie tego fajnego dnia, było spotkanie z nikim innym jak Deanem Karnazesem, ultramaratońskim celebrytą, autorem bestsellera „Ultramaratończyk”. Jest to jedna z pierwszych „biegackich” książek, którą przeczytałem kilka lat temu. Wywarła ona na mnie ogromne wrażenie i zainspirowała do biegania długich dystansów. Samego Deana środowisko biegaczy traktuje bardziej jak showmana i speca od PR-u, co nie zmienia faktu, że zawdzięcza mu się popularyzację biegów ultra. Zamieniliśmy kilka słów i prywatnie wydaje się naprawdę spoko gościem. Gdy mu powiedziałem, że też biegam, to od razu się zapytał, to co ja robię w tym momencie, czemu nie biegam 😊. Trafił w samo sedno!

Dean Karnazes ze słynnym Wolnym Biegaczem!

W końcu bieganie!

Mając słowa Deana w sercu, trzeciego, ostatniego dnia pobytu w Atenach wstałem wcześnie rano i wybrałem się na przebieżkę na pobliskie Wzgórze Lycabettus, najwyższy punkt Aten. Przebieżka miała z założenia być krótka, z racji niedawno przebiegniętych 102 mil podczas biegu Cotswold Way Century. Trochę truchtając, trochę podchodząc pod górę, po 20 minutach byłem na szczycie wzgórza skąd rozciągał się piękny widok na Ateny i Zatokę Sarońską, gdzie w 480 roku p.n.e. rozegrała się Bitwa pod Salaminą.

Przebieżka na Wzgórze Lycabettus

Jest w Atenach jeszcze kilka miejsc, gdzie bym się z chęcią przebiegł, na przykład Wzgórze Filopapusa, czy pobliska góra Hymettus. Innym razem, aczkolwiek nie spodziewam się w bliższej przyszłości, żeby była okazja odwiedzić Ateny służbowo 😊.

Pozdrawiam,

Marcin

Relacja z Cotswold Way Century 2017

Witam na blogu po dłuższej przerwie! Od mojego ostatniego wpisu (http://wolnybiegacz.pl/pl/relacja-kacr-2017/) mijają prawie 2 miesiące. Tak pokrótce, w sierpniu dochodziłem do siebie i się regenerowałem po Kennet & Avon Canal Race. Trochę te 232 kilometry dały mi w kość i poza okazjonalną przebieżką tak na dobre ruszyłem z bieganiem dopiero we wrześniu. Celem było wybieganie trochę kilometrów i wzmocnienie się przed biegiem Cotswold Way Century. We wrześniu zrobiłem nawet kilka dłuższych treningów na trasie tegoż biegu w celu zapoznania się z niektórymi odcinkami i na tydzień przed czułem się nawet całkiem pozytywnie.

Trasa biegu Cotswold Way Century

Cotswold Way Century jest biegiem na dystansie 102 mil (ok. 163km). Biegnie on w całości malowniczym szlakiem Cotswold Way. Zaczyna się w miejscowości Chipping Campden, skąd, serią ostrych podejść i zejść, wije się skrajem wzgórz Cotswolds na południe, kończąc w pieknym mieście Bath.

Miejsce startu w Chipping Campden
Profil trasy! Oś y to wysokość w metrach n p.m. Oś x to dystans; osie oczywiście nie są w tej samej skali.

Limit czasu na ukończenie biegu wynosi 30 godzin. Realistyczne jest ukończenie poniżej 24 godzin. Jak na swój cel obrałem 27 godzin; wydało mi się to optymalnym czasem na pokonanie tego dystansu w mojej obecnej, nie najwyższej, formie.

Informacje przedstartowe

W sobotę 23 września wyruszyłem z domu rano i w bazie biegu byłem przed 10:30. Tam standardowe sprawdzenie wyposażenia obowiązkowego, przygotowanie toreb z prowiantem i ubraniami na zmianę do których będę miał dostęp na trasie biegu (na milach 27-tej, 47-tej i 80-tej), dopakowanie plecaka który będzie czekał na mnie na mecie.

Bagaże zdane organizatorom: czas ruszać na start

Tuż przed godziną 12 ruszyłem z bazy biegu w kierunku samego centrum Chipping Campden skąd miał zaraz ruszyć bieg. Kilka minut po godzinie 12, 106 zawodników ruszyło na długą przebieżkę!

Start!

Część 1: Sobota

Od początku biegłem raczej powoli, świadomy, że przede mną dość długi, 13-milowy odcinek do punktu odżywczego. Tym bardziej, że było dość ciepło i świeciło momentami słońce, więc od początku wolałem uważać, żeby się nie odwodnić.

Po kilku pierwszych kilku milach takich grupek już więcej nie było

Po pierwszym podejściu nastąpił długi kawałek po płaskim, gdzie grupa biegaczy miała okazję się znacznie rozciągnąć gdy każdy wpadał powoli we własny rytm. Po osiągnięciu punktu widokowego przy Broadway Tower był długi, przyjemny zbieg to malowniczej miejscowości Broadway.

Zbliżając się do Broadway Tower
Wieża z bliska. Od razu zaczął się przyjemny, długi zbieg

Po przebiegnięciu przez Broadway, szlak znów wspinał się na górę. I tak w zasadzie przez cały bieg: góra, dół, góra, dół. Dużo ładnych widoków, dużo zieleni, więc generalnie bardzo przyjemna sceneria. Do pierwszego punktu kontrolnego dotarłem bez większego zmęczenia, dużo pijąc po drodze i regularnie chłonąc żele i batony.

Zbliżam się do pierwszego punktu żywieniowego…
… na którym czekały na mnie takie smakołyki!

Drugi odcinek był najdłuższy z całego biegu: aż 14 mil. Nagrodą za jego pokonanie było to, że będę miał tam dostęp do mojej pierwszej torby ze smakołykami.

Gdzieś za pierwszym punktem chyba…

Najfajniejszym wspomnieniem tego odcinka jest niewątpliwie wzgórze Cleeve Common z którego rozciągały się piękne widoki na okolicę. Tuż przed wzgórzem zagadał do mnie jeden z biegaczy i przez dość długi czas biegliśmy/szliśmy razem. Okazało się, że Thane (tak mu na imię) prowadzi własny podcast biegowy (Runners on Trail, do znalezienia w iTunes) i część naszych pogawędek została nagrana w celu opublikowania w odcinku drugim. Rozmawiało się bardzo przyjemnie z racji wielu wspólnych zainteresowań, na przykład biegów na orientację, czy oczywiście ultramaratonów.

Thane na Cleeve Common
Widok z Cleeve Common

Tak sobie rozmawiając dotarliśmy w końcu, po dłużącej się końcówce odcinka, na drugi punkt żywieniowy. 27 mil od startu pokonane w 5 godzin i 52 minuty. Tam posiedziałem dobrą chwilę, zmieniłem t-shirta na bluzkę z długim rękawem, doładowałem zapasy w plecaku i coś przekąsiłem. Przygotowałem sobie również latarkę, gdyż do następnego punktu było pewne, że dotrę po zmroku.

Z punktu ruszyłem sam, ale pod koniec długiego, przyjemnego zbiegu Thane mnie dogonił i razem pokonywaliśmy serię podejść i zbiegów, aż do Leckhampton Hill, gdzie Thane został chwilowo z tyłu. Tam właśnie ściemniło się na tyle, że czas był zainstalować na czole latarkę i zacząć nocną część zawodów.

Część 2: Noc

Na Leckhampton Hill czułem się psychicznie bardzo dobrze, bo właśnie od tego miejsca miałem zrobiony rekonesans trasy na kolejne prawie 25 mil. Tak więc pod względem nawigacyjnym czułem się pewnie. Za Leckhampton Hill Thane z grupką biegaczy mnie wyprzedzili, bo miałem kryzys i bardzo powoli brnąłem pod górę. Dogoniłem ich jednak niedługo później tuż przed Crickley Hill Country Park i już razem dotarliśmy do punktu kontrolnego w Birdlip na dystansie 38.5 mil.

Podładowawszy trochę baterie i napełniwszy butelki sprawnie ruszyłem dalej. Miło było tam spotkać Keitha Goddena, który niecałe 2 miesiące wcześniej zakładał na moją szyję medal za ukończenie Kennet & Avon Canal Race. Keith obsługiwał punkt kontrolny, żeby było jasne. Pytał się czy w 2018 znowu będę biegł 145 mil wzdłuż kanału… Na razie nie odpowiadam 😊.

Odcinek do kolejnego punktu w Painswick miałem generalnie obcykany, więc dość pewnie pokonywałem kolejne wzniesienia i zbiegi. Pewnie, ale niezbyt szybko, gdyż siły w nogach brakowało. Jakieś 2 mile za punktem Thane i ekipa mnie wyprzedzili i szybko zostawili w tyle.

Podejście pod dość stromą górkę Coopers Hill było mordercze i odechciało mi się żyć. Tak się czułem zmęczony, że nawet nie skorzystałem w pełni z kolejnego zbiegu, na którym jeszcze kilka tygodni wcześniej pięknie pędziłem. Myśląc już tylko o kolejnym punkcie kontrolnym, momentami jak bezmyślne zombie, brnąłem do przodu. Straciłem kilka minut na polu golfowym przed Painswick obrawszy złą drogę i dałem się wyprzedzić jakimś trzem zawodnikom co jeszcze bardziej mnie dobiło. W końcu dotarłem jednak do miasteczka Painswick i przetruchtawszy przez nie, szczęśliwie dotarłem na punkt na dystansie 47,5 mili po 11 godzinach i 18 minutach od startu. Prawie połowa dystansu pokonana poniżej 12 godzin zadowoliła mnie i uznałem, że cel 27 godzin jest jak najbardziej w zasięgu.

Tam prawie 15-minutowy postój na regenerację i dopełnienie plecaka smakołykami z mojej drugiej torby, która tam na mnie czekała. Porcja ciepłego makaronu i kubek kawy dodały mi trochę energii. Mimo wszystko, dużo zapału na kolejny, 11-milowy odcinek, nie miałem.

Niedaleko za punktem dogoniłem Thane’a, który lekko się pogubił i przez najbliższe kilka mil pokonywaliśmy szlak w większej, 5-osobowej grupie. Po pokonaniu serii wzgórz z punktami widokowymi nastąpił długi i przyjemny zbieg w kierunku kanału Stroudwater Navigation. Po zażyciu żelu kofeinowego dostałem kopa i narzuciłem ostre tempo. Pomogła mi świadomość, że wiedziałem którędy biec na dość niejasnym miejscami odcinku. Chłopaki trzymali się przez jakiś czas blisko mnie ale stopniowo zostawali w oddali i więcej ich już nie zobaczyłem do końca biegu.

Trzymając dobre tempo minąłem kanał Stroudwater Navigation i wdrapałem się znów na wzgórza by po 2 milach dotrzeć na punkt kontrolny Coaley Peak. Plusem było to, że miałem powera i że 58,5 mili miałem za sobą. Minusem, że tu się kończył odcinek mojego rekonesansu i zaczynała się terra incognito. Mimo tempa, które wydawało mi się dobre, odcinek ten zajął mi jednak aż 3 godziny i 12 minut!

Po zjedzeniu nudli i dolewce picia ruszyłem dalej. Trochę po płaskim, później ostro w dół, później bardzo strome podejście pod Cam Long Down i następnie zbieg do miejscowości Dursley. Zaraz za Dursley ostre podejście i bardzo dziwny, frustrujący kawałek, czyli obejście pola golfowego Stinchcombe. Frustrujący, bo całe obejście zajmujące 2,5 mili można by było skrócić do 300 metrów. No ale zasady to zasady, trzeba szlakiem to trzeba szlakiem.

Kolejnym punktem wartym wspomnienia był William Tyndale Monument, będący kulminacją męczącego podejścia. Minąłem go, gdy jeszcze było ciemno, ale miałem świadomość, że świt jest już niedaleko. W rzeczy samej, niedługo potem, gdy zbiegłem do miejscowości Wootton-under-Edge, gdzie znajdował się kolejny punkt kontrolny, zrobiło się na tyle jasno, że latarka przestała być potrzebna. 70,5 mili pokonane w 18 godzin i 31 minut, więc zostało jeszcze ‘tylko’ 31,5 mili. Żeby się zmieścić w moim limicie 27 godzin miałem aż 8,5 godziny.

Część 3: Niedziela

Po krótkiej przerwie w Wootton ruszyłem dalej. Nogi miałem już jak z kamienia i bardzo mi się nie chciało już biegać. Z drugiej strony byłem zadowolony, że stopy miałem w bardzo dobrym stanie bez żadnych ewidentnych obtarć i pęcherzy, więc trzeba było skorzystać z tego i napierać sprawnym tempem. Z całego 9,5-milowego odcinka do kolejnego punktu moje wspomnienia są dość mgliste… pamiętam, że mi się dłużyło, że każda mila ciągnęła się niemiłosiernie. Jak tylko było płasko lub łagodnie z góry to podbiegałem, poza tym to maszerowałem. Cały odcinek to Horton zajął mi 2h 33 min ze średnią około 6 km/h: szybciej niż 2 poprzednie odcinki więc nieźle.

Na krótkim postoju w Horton skorzystałem z mojej trzeciej i ostatniej torby i zaopatrzyłem się na ostatnie 22 mile. Z Horton do kolejnego punktu za Tormarton było tylko 7 mil do pokonania więc lajtowo. Do tego odcinek dość przełomowy z racji przekroczenia autostrady M4, co psychicznie dla mnie oznaczało bliskość Bath. Te 7 mil pokonałem tempem zbliżonym do poprzedniego odcinka i nic specjalnie nie mam do zaraportowania poza stawianiem kroku za krokiem i patrzeniem na mapę ile ubywa dystansu do kolejnego punktu.

Z Tormarton do Cold Ashton było tylko 5 mil, ale bardzo mi się dłużyło i średnia prędkość odcinka wyszła lekko ponad 5 km/h. Z Cold Ashton do mety zostało już tylko 10 mil, z czego 7,5 mili do kolejnego punktu w Weston. Ten odcinek również się dłużył i mile nie chciały ubywać. Bardzo ciężkie nogi ani nie chciały podchodzić pod górki, ani nie zgadzały się na długie przebieżki po płaskim czy w dół. Do Weston jednak jakoś dotarłem po 27 godzinach i 24 minutach od startu. Mój cel 27 godzin oczywiście został przestrzelony, zechciałem jednak pocisnąć ostatnie 2,5 mili żeby zmieścić się poniżej 28 godzin.

Przypływ adrenaliny czy endorfin, nie wiem dokładnie czego, sprawił, że jak tylko się dało to biegłem szybkim tempem, za wyjątkiem kilku ostrych podejść przed samym Bath. Sama końcówka przez zatłoczone serce Bath szła sprawnie, do czasu gdy w pewnym momencie straciłem orientację i zacząłem panikować gdzie jest Opactwo Bath przy którym jest meta. Czyżbym poleciał za daleko?! Nieeeeee!!!! Chwila refleksji jednak i zdałem sobie sprawę, że jeszcze kawałek dalej. Rzeczywiście, meta była za rogiem i wbiegłem tam po 27 godzinach i 57 minutach od startu. Na ostatnie 4 km potrzebowałem 33 minuty, więc nieźle.

Uradowany i szczęśliwy wbiegam na metę. Trudno mi było ukryć moją radość 😉
Już trochę bardziej zadowolony hehe

Podsumowanie

Mój czas dał mi 41-sze miejsce. Na 106 startujących zawody ukończyły 62 osoby, z czego 15 osób z czasem poniżej 24 godzin. Zwycięzca pobił rekord trasy i ukończył bieg w 17 godzin i 34 minuty.

Garmin pokazał dystans całkowity 166,5 km, 11 910 spalonych kalorii oraz 26 godzin i 33 minuty jako czas w ruchu. Znaczy to, że aż 84 minuty spędziłem na postojach. Trochę długo, można to traktować jako stratę czasu, lecz twierdzę, że te odpoczynki na punktach były niezbędne.

Statystyki

Pisząc te słowa tydzień po biegu czuję się całkiem dobrze. Obolałe mięśnie miałem przez 3 dni po zawodach. Stopy przetrwały w bardzo dobrym stanie: żadnych pęcherzy na podbiciach (to jest moja częsta zmora), jedynie 3 nieznaczące pęcherze na palcach, więc bajka.

Bieg ukończyłem, więc robota wykonana, aczkolwiek specjalnie z rezultatu zadowolony nie jestem, bo wiem, że byłem dość wolny i że można było wykręcić znacznie lepszy czas gdybym był do biegu dobrze przygotowany. Z racji bardzo intensywnego roku z dużą ilością biegów tejże formy zabrakło, tak więc lekcja na przyszłość jest taka: mniej biegów i lepsze do nich przygotowanie.

Kończąc akcentem pozytywnym, Cotswold Way Century wiedzie bardzo malowniczą trasą i oferuje mnóstwo pięknych widoków, mało asfaltu, mało błota, dużo lasów i super zaopatrzone punkty kontrolne. Z racji podejść jest przy tym biegiem bardzo wymagającym, więc warto zaplanować go sobie jako główny bieg roku.

Pozdrawiam,

Marcin

Relacja z KACR 2017

Witam, drogi czytelniku niewątpliwie zainteresowany tym intrygującym tytułem posta. Jest to relacja z mojego ostatniego biegu, którego pełna nazwa brzmi „Kennet & Avon Canal 145 Mile Race”. 28 lipca wystartowałem w historycznej, pierwszej edycji tego biegu i, uprzedzając fakty, mogę z dumą powiedzieć, że udało mi się pokonać całe 232 km (145 mil) w limicie czasu i bieg ukończyłem.

Wyjątkowo, pozwolę sobie tym razem zaprezentować ilustrowaną relację z biegu jedynie w języku angielskim, tak więc zapraszam do przełączenia języka na blogu, albo kliknięcia w tenże link: http://wolnybiegacz.pl/en/kacr-2017-race-report/.

Życzę ciekawej lektury!

Pozdrawiam,

Marcin

Relacja z Lakes Sky Ultra

W przeciwieństwie do relacji z moich poprzednich biegów tym razem muszę opublikować możliwie krótki wpis. Muszę przyznać, że pisanie długich i szczegółowych relacji takich jak te z Viking Way Ultra, Harpagana, czy Kierata sprawia mi przyjemność, lecz niestety zajmuje to mnóstwo czasu, którego między rodziną, bieganiem, pracą, blogowaniem, spaniem i innymi drobiazgami mam ewidentnie za mało!

15 lipca 2017 roku wystartowałem w kolejnym biegu typu Skyrace: Lakes Sky Ultra. Od mojego poprzedniego startu w Vegan 3,000 Ultra minęły raptem 3 tygodnie, ale zakwasy dawno minęły i nawet kilka razy pobiegałem w międzyczasie. Zresztą celem było po prostu ukończenie, bez żadnych aspiracji do zajęcia wysokiego miejsca.

Spodziewałem się, że bieg będzie trudny i że trzeba utrzymywać dobre tempo, żeby wyrobić się w dość wyśrubowanym limicie 14 godzin (Na V3K było 17 godzin, więc tam tej obawy nie miałem). Dystans biegu to 56 km a suma przewyższeń to 4500 metrów, więc konkretnie.

Profil wysokościowy trasy

Start biegu miał miejsce w sobotę w malowniczej miejsowości Ambleside, położonej w sercu Krainy Jezior- Parku Narodowego Lake District. Niech ta nazwa nie zmyli tych, którzy wyobrażają sobie angielskie Mazury… W Lake District znajdują się najwyższe angielskie góry, najtrudniejsze technicznie górskie szlaki oraz zapierające dech w piersiach miejsca do uprawiania wspinaczki wysokogórskiej. Tak naprawdę Lake District to takie nasze Tatry.

Kit check, czyli sprawdzenie obowiązkowego ekwipunku

Punktualnie o 7 rano niecałe 100 osób, pośród nich i ja, ruszyło w teren. Zaczął się bardzo długi i trudny dzień.

Powyższy filmik promujący zawody przedstawia zachwycające widoki i na takież doznania byłem bardzo nastawiony. Niestety nie dane mi było tego doświadczyć, gdyż cały dzień góry były w chmurach. Na szczytach było jakieś 10 metrów widoczności i często wiał porywisty wiatr z zacinającym deszczem. W dolinach było mokro, szaro i czasem nawet nie padało.

Gotowi do startu…
… i w drogę!

Część 1 (start – Kepple Cove)

Początek był dość przyjemny: trochę biegu i następnie dość długie i sprawne podejście na szczyty Dove Crag i następnie Fairfield. Z Fairfield trzeba było zlecieć jakieś 300 metrów w dół do przełęczy. Mając jeszcze silne nogi biegłem całą drogę ostrym stokiem w dół i sprawiało mi to dużą frajdę.

Gdzieś w okolicach Dove Crag

Przełęcze mają niestety to do siebie, że po zejściu do nich trzeba znowu iść do góry z drugiej strony. Tak więc zacząłem mozolne i dość ostre podejście na Dollywaggon Pike i następnie na najwyższy szczyt dnia: Helvellyn. Od przełęczy ponad 350 metrów w górę. Na szczycie była bardzo słaba widoczność i trochę się pogubiłem (zresztą nie tylko ja) zanim trafiłem na skalistą grań Swirral Edge. Niestety na mokrych skałach miałem słabą przyczepność więc pokonałem ją dość powoli.

Ze Swirral Edge zostało już tylko ostre zejście do dolinki Kepple Cove gdzie zaliczyłem pierwszy punkt na którym można było uzupełnić zapas wody. Czas: 2h 56 min, więc na razie nie było źle. Po podejściu na Helvellyn i ostrym zejściu ze Swirral Edge moje nogi nie były już świeże. A to dopiero początek…

Część 2 (Kepple Cove – Patterdale)

Pierwszy kilometr dało się jeszcze trochę pobiec po w miarę płaskim terenie, ale zaraz zaczęło się kolejne podejście. Może nie jakoś bardzo ostre, ale już nużące. W oddali za mną zobaczyłem mojego kolegę Maćka, który, jak się spodziewałem, po spokojniejszym starcie prędzej czy później mnie dogoni.

Podejście przeszło w końcu w kolejną grań, słynną Striding Edge. Normalnie oferuje ona piękne widoki, lecz ja mogłem podziwiać chmury i smagający mnie po twarzy deszcz. Na grani znowu poruszałem się wolno i nogi były momentami jak z kamienia. Maciek mnie dogonił, ale po jakiś 15 minutach, gdy zaczęło się zejście do doliny Grisedale, poleciał do przodu i tyle go widziałem.

Moje zejście było powolne i męczące- nie miałem już sił w nogach. Gdy w końcu doczłapałem na dół, przeraził mnie widok podejścia na Pinnacle Ridge. Na odcinku około 1 km trzeba było pokonać około 550 metrów w górę! Mozolna wspinaczka ciągnęła się w nieskończoność i myślałem, że wyzionę tam ducha. Większość podejścia była po trawiastym zboczu, gdzie, podobnie jak inni zawodnicy, gramoliłem się na czworaka. Podciągając się rękoma za kępy trawy powoli brnąłem do góry. W końcu dotarłem do skał, gdzie czekała mnie wspinaczka. Fajna sprawa, gdybym tylko nie był już mentalnie i fizycznie padnięty.

Trasa zawodów. Widać gęstość poziomic przed CP8 (Pinnacle Ridge)

Gdy w końcu wlazłem na szczyt okazało się, że to podejście kosztowało mnie tyle czasu, że muszę się spieszyć, żeby zdążyć na najbliższy punkt kontrolny przed jego zamknięciem. Szczęśliwie zbieg był łagodny, więc dało się biec i na punkcie żywieniowym w Patterdale pojawiłem się o 13:55, raptem 20 minut przed jego zamknięciem! Tam uzupełniłem zapasy wody, zjadłem kubek zupy i trochę ciastek, wypiłem 2 kubki kawy i czym prędzej ruszyłem dalej, gdyż było dużo ryzyko, że się nie wyrobię na drugi punkt żywieniowy w czasie.

Część 3 (Patterdale – Hawes Water)

Stosunkowo mało mogę powiedzieć o tym odcinku, poza tym, że starałem się iść możliwie najbardziej żwawym tempem i biegać gdzie się tylko dało. Nie było tu żadnych technicznych momentów. Najpierw podejście, potem dość łagodne kilka kilometrów, następnie kolejne podejście na szczyt High Street i z niego zejście do dolinki do punktu kontrolnego z dostępną wodą pitną. Ten odcinek poszedł mi na tyle sprawnie, że nawet jakieś 4-5 osób udało mi się wyprzedzić.

Czas wydawał się dobry, bo na punkcie byłem o 16:30. Poczułem się jednak oszukany przez organizatorów, gdyż wg profilu wysokościowego trasy tenże punkt miał być na około 500 m n.p.m. a był poniżej 300! Oznaczało to, że kolejne podejście będzie znacznie dłuższe niż zakładałem, czyli presja czasowa nadal była.

Część 4 (Hawes Water – Kirkstone Pass)

Uzupełniwszy wodę ruszyłem czym prędzej, zdeterminowany żeby jak najszybciej dostać się do góry i wyrobić się na ostatni punkt żywieniowy. Po dość długim, ale niespecjalnie ostrym podejściu minąłem szczyty Mardale Ill Crag i Thornthwaite Crag z którego sprawnie zbiegłem do przełęczy.

Z przełęczy był dość techniczny kawałek pod górę, więc trzeba było się trochę podciągać na skałach zanim w końcu zdobyłem Stoney Cove Pike. Stamtąd głównie łagodny zbieg w kierunku punktu, przerywany wydobywaniem się z błota w które nieraz się zapadałem. Ostatnie ostre zejście i o 18:55 podbiłem punkt na przełęczy Kirkstone. Podbnie jak w Patterdale, miałem tylko 20 minut zapasu do zamknięcia punktu.

Część 5 (Kirkstone Pass – Meta)

Zostało już tylko ostatnie podejście, ale niejako wiedziałem, że bieg ukończę, więc byłem już spokojny. Podejście pod Red Screes było bardzoo ostre, nawet trochę zbliżone do tego pod Pinnacle Ridge, ale przynajmniej było znacznie krótsze i zajęło mi ‚raptem’ 35 minut. Stamtąd zostałt tylko ostatni, łagodny, kilkukilometrowy zbieg do Ambleside.

Biegło się dość dobrze mimo intensywnego momentami deszczu i błotnistego podłoża. Motywujące było to, kiedy opuściłem chmury i zobaczyłem w oddali jezioro Windermere i bliżej zabudowania Ambleside. Wiedziałem, że już niedaleko.

Ostatni podbieg!

O 20:18 wbiegłem na metę i szczęśliwie zakończyłem bieg. Tam czekała na mnie moja kibicująca rodzina i Maciek, który zakończył prawie godzinę wcześniej. Pojawił się nawet Riccardo, który obsługiwał jeden z punktów kontrolnych, więc dobrze było go zobaczyć na mecie.

Podsumowanie

Na niecałe 100 zawodników bieg ukończyły 73 osoby, z czego ja na 64 miejscu a Maciek na 51. Zwycięzca Andy Berry potrzebował ‚tylko’ 8 godzin i 34 minuty, więc moje 13 godzin i 18 minut specjalnie imponujące nie jest.

Na trasie, szczególnie podchodząc pod Pinnacle Ridge, mówiłem sobie, że nienawidzę tego biegu i nigdy się już tu nie pojawię, nienawidzę ostrych podejść i co ja tu w ogóle robię.

Weryfikując te mocne słowa, powiem, że same zawody gorąco polecam, bo jest to bardzo trudny i wymagający bieg i świetne wyzwanie dla osób szukających ciągle to nowych wrażeń biegowych. Co się z tym wiąże, żeby mieć przyjemność z ekscytujących momentów tego biegu takich jak Swirral Edge, Striding Edge, Eagle Crag, Pinnacle Ridge czy Red Screes, konieczne jest dobre przygotowanie siłowe, którego mi zabrakło. Bez dobrego treningu nóg oraz wyćwiczonych wbiegów i zbiegów taki bieg jest męczarnią, czego sam doświadczyłem. Trzymam się tego, że w Lakes Sky Ultra startować więcej nie chcę (bo nie muszę), gdyż bieg ukończyłem (czytaj odhaczyłem z listy), ale już myślę o kolejnych biegach, nie mniej trudnych. 🙂

Na koniec jeszcze filmik organizatorów z tegorocznej edycji. NIestety się na nim nie załapałem, widać za to jakie ładne były warunki na trasie. 🙂

Pozdrawiam,

Marcin

Relacja z V3K Ultra

V3K Ultra (Vegan 3000 Ultra) jest biegiem górskim o którym po raz pierwszy usłyszałem jakieś 2 lata temu i oczywiście nabrałem chęci do startu w nim. Zanim przejdę do relacji to od razu powiem, że bieg ukończyłem. Wynik nie jest specjalnie powalający, ale ze startu jestem zadowolony, gdyż był to mój pierwszy tak techniczny wyścig, oraz pierwszy ‘skyrace’ czy ‘skyrun’ w którym wystartowałem. Moim celem było zaliczenie biegu, najlepiej w przyzwoitym czasie, może gdzieś w połowie stawki. Do tego liczyłem na piękne widoki i cieszyłem się, że będę miał okazję zwiedzić obszary Snowdonii w których jeszcze mnie nie było.

Skyrunning

Skyrunning jest terminem jakim określa się specyficzną grupę biegów. Są to generalnie biegi górskie z proporcjonalnie dużą ilością przewyższeń w stosunku do dystansu biegu. Skyrunning obejmuje kilka kategorii: Sky (biegi do 50 km), Ultra (biegi powyżej 50 km), Vertical (1 km w górę) oraz Extreme (po prostu masakra 😊). Biegi te wywodzą się oryginalnie z włoskich Dolomitów i na przestrzeni lat zyskały ogromną popularność w wielu krajach na świecie, między innymi w USA, Wielkiej Brytanii czy w Polsce.

V3K Ultra

Pierwszym biegiem pucharu Skyrunning UK jest właśnie V3K Ultra, co jest skrótem od Vegan 3000s. Vegan, gdyż organizatorką jest weganka i podczas całego biegu obowiązuje dieta wegańska. 3000s (czyli trzytysięczniki), gdyż trasa biegu zalicza wszystkie 15 walijskich szczytów o wysokości ponad 3000 stóp nad poziomem morza (914,4 m n.p.m.). Więcej na temat szczytów na Wikipedii. Wszystkie te szczyty znajdują się w północnej Walii w pięknym Parku Narodowym Snowdonia. Cała trasa zawodów ma około 54 km długości. Suma wszystkich podejść wynosi ponad 4000 metrów, więc jest to dość dużo jak na taki dystans. Żeby było ciekawie, na trasie są też odcinki skałkowe z ekspozycją, więc lęk wysokości nie jest wskazany.

Dzień przed startem

Z rodziną wyjechaliśmy z Oxfordu w piątek (23 czerwca) rano i po południu dojechaliśmy do bazy zawodów w Tal-y-bont, kilka kilometrów od uniwersyteckiego miasteczka Bangor. O 19 ruszyła rejestracja. Zanim ustawiłem się w kolejce udało się spotkać kolegów biegaczy: Maćka, Andrzeja i Mariusza, z którymi znamy się z kilku wcześniejszych biegów. Andrzej i Mariusz byli nastawieni bojowo do walki o wysokie miejsce i finiszowanie poniżej 10 godzin. Maciek, podobnie jak ja, raczej chciał ‘tylko’ ukończyć.

Czekamy z Maćkiem w kolejce do rejestracji

Po odebraniu pakietu startowego był wegański carbo-loading, czyli napełnienie się głównie węglowodanami, żeby było co spalać następnego dnia. Następnie, po godzinie 20 szefowa biegu gorąco wszystkich powitała i opowiedziała pokrótce co nas czeka na trasie, gdzie uważać, gdzie nie skracać drogi itd. Po briefingu udaliśmy się do naszego pobliskiego Bed & Breakfast. Ostatnie pakowanie, przygotowanie ubrań na jutro i do łóżka, żeby złapać choć te 4-5 godzin snu.

Start

Pobudka o godzinie 3:30 (!). Zjadłem owsiankę i banana, wypiłem herbatę, ubrałem się i kilka minut przed 4:00 siedziałem w autokarze który miał zawodników zawieźć na start. V3K jest biegiem liniowym: meta jest w bazie zawodów, start za to znajduje się z drugiej strony gór, dokąd to zajechaliśmy po jakiś 40 minutach. Tam zostaliśmy brutalnie zaatakowani przez zmorę walijskich czy szkockich gór: malutkie muszki zwane midges. Praktycznie nie da się od nich opędzić. Ich ukąszenia raczej nie bolą, zostawiają za to niestety mnóstwo swędzących śladów, czego konsekwencje wciąż było widać u mnie na twarzy, nogach i rękach niemalże tydzień po zawodach!

W drodze na start biegu

Zainspirowany ambitnym planem Andrzeja i Mariusza pomyślałem, że spróbuję dotrzymać im kroku i również powalczyć o ładny wynik. W tym celu ustawiłem się raczej z przodu stawki, kilka metrów za chłopakami. Punktualnie o 5:00 około 160 osób ruszyło!

Odcinek 1: Snowdon

Początek to najpierw łagodny podbieg a następnie długie podejście na najwyższy szczyt Walii: Snowdon. Ponad 900 metrów w pionie do pokonania, więc konkretne podejście.

Przez pierwszych kilka minut biegłem szybko razem z czołówką, lecz szybko zdałem sobie sprawę, że trzymając takie tempo to zaraz padnę i będzie po mnie. Tyle z moich ambitnych planów, za wysokie progi…

Snowdon zdobyty!

Dalej kontynuowałem swoim tempem, głównie idąc i dając się wyprzedzać szybszym zawodnikom. Po prawie 1,5 godziny od startu zaliczyłem Snowdon. Stamtąd niedługi, przyjemny zbieg i krótkie podejście pod szczyt nr 2: Garnedd Ugain. Następnie najbardziej ekscytująca i niebezpieczna część trasy czyli skalista grań Crib Goch, szczyt nr 3. Tutaj niestety zdałem sobie sprawę, że buty, w których biegłem (Salomon XA Pro 3D) były zupełnie nieodpowiednie na te skały, gdyż nie miały dobrej przyczepności. W konsekwencji poruszałem się bardzo powoli i ostrożnie. Ku mojej frustracji sporo osób mnie wyprzedziło.

Crib Goch

Na piarżystym zejściu z Crib Goch dogonił i wyprzedził mnie Maciek, który ewidentnie radzi sobie na zbiegach znacznie lepiej ode mnie. Po dalszym zejściu malowniczą doliną dotarłem wreszcie do drogi. Po około 2-kilometrowym biegu wzdłuż niej zameldowałem się na pierwszym punkcie żywieniowym, gdzie napiłem się, coś przegryzłem, uzupełniłem zapasy wody i ruszyłem dalej.

Odcinek 2: Glyderau

Na długim i żmudnym podejściu pod Elidir Fawr, szczyt nr 4, dogoniłem Maćka i od tego momentu przez większość biegu trzymaliśmy się razem. Po zdobyciu Elidir Fawr trzymaliśmy się cały czas powyżej 700 m n.p.m., nieraz sobie podbiegając i tak stopniowo zdobywając szczyty nr 5, 6 i 7: Y Garn, Glyder Fawr i Glyder Fach.

Gdzieś na trasie, chyba na zejściu z Glyder Fach

Po ostrym zejściu kamienistym żlebem z Glyder Fach wdrapaliśmy się po skałach na szczyt ósmy: Tryfan. Stamtąd ostro w dół po skałach a następnie po przyzwoitych schodach w dół do doliny do drugiego punktu żywieniowego. Na zejściu z Tryfana Maciek mi uciekł, ale dogoniłem go na punkcie żywieniowym z jakimiś 3 minutami straty.

Z Tryfanem w tle (gdzieś w chmurach)

W świetnie zaopatrzonym punkcie wypiłem ciepłą zupę i kawę. Zjadłem również kilka kanapek i pieczonych ziemniaków, gdyż byłem dość głodny i spragniony czegoś innego niż żele i batony. Oczywiście byłem już mega zmęczony i obolały, ale zadowolony, że został przede mną ‘tylko’ jeden, ostatni odcinek.

Odcinek 3: Carneddau

Maciek został na punkcie na trochę dłuższy postój. Ja ruszyłem będąc pewien, że tak mnie później dogoni. Odcinek zaczął się, podobnie do dwóch wcześniejszych, od długiego podejścia zakończonego szczytem nr 9: Pen yr Ole Wen. Podobnie jak na sekcji Glyderau tak i to było sporo w miarę płaskiego terenu i łagodnych, niedługich zbiegów gdzie mogłem trochę pobiegać.

Podejście pod (chyba) Carnedd Dafydd

Zaliczywszy Carnedd Dafydd (szczyt nr 10) było sporo biegania aż do podejścia pod Yr Elen (nr 11). Na kolejnym podejściu dogonił mnie Maciek i razem zdobyliśmy nr 12: Carnedd Llewelyn. Łagodny zbieg i następnie niedługie podejście i Foel Grach (nr 13) z głowy. Z Foel Grach był kolejny dość przyjemny zbieg i szybkie, łagodne podejście na Carnedd Gwenllian (nr 14) i w niedługim odstępie, trzymawszy szybkie tempo, odhaczyliśmy ostatni szczyt: Foel-fras.

Ostatni zbieg w kierunku mety

Został tylko kilkukilometrowy zbieg do mety. Na szczęście w dużej mierze był to zbieg łagodnym i trawiastym stokiem albo dość wygodną ścieżką, więc napieraliśmy jak się dało z zamiarem zmieszczenia się poniżej 12 godzin. Wiedzieliśmy, że będziemy na styku. Motywujące było to, że na tym długim zbiegu udało nam się nawet wyprzedzić trzech zawodników.

Meta

Po ostatnim odcinku trawiastym został niedługi bieg drogą. Na metę wbiegliśmy niecałe 3 minuty przed godziną 17, więc udało się zakończyć poniżej 12 godzin! W tym momencie muszę podziękować Maćkowi, bo na ostatnim zbiegu spokojnie był w stanie przyspieszyć i ukończyć kilka minut przede mną. Z racji, że sporo biegu pokonaliśmy razem zdecydował się żebyśmy i zakończyli razem co było bardzo miłe z jego strony. Nasz wynik dał nam miejsce 82 pośród 149 finiszerów, z których ostatni zakończył po ponad 17 godzinach.

Wbiegamy na metę!

Na mecie czekała już moja żona z aparatem fotograficznym w pogotowiu i uwieczniła nasz finisz. Obok mety wypoczywali już Andrzej i Mariusz, którzy finiszowali z czasem około 9 godzin w drugiej dziesiątce zawodników. Szacun! Jeszcze większe gratulacje dla Jarka, ich kolegi, którego ja dopiero co poznałem. Jarek zakończył na 6 miejscu z czasem 8 godzin i 34 minuty! Zwycięzca potrzebował 7 godzin i 25 minut na pokonanie trasy… dla mnie niewiarygodne!

Zaczynam nawadnianie po biegu, pod bacznym okiem mojej wiernej kibicki 🙂

Po wbiegnięciu na metę, kiedy emocje opadły, dopiero poczułem jaki jestem zmęczony. Byłem kompletnie wycieńczony i obolały i ledwo co byłem w stanie jeść smakowite jedzenie przygotowana przez organizatorów! Całe szczęście, że w naszym B&B mieliśmy do dyspozycji wannę, gdzie wziąłem sobie długą, gorącą, regeneracyjną kąpiel. Tak się rozluźniłem, że nawet przysnąłem na kilkanaście minut w wannie 😊.

Polska reprezentacja: liczna i godna!

Podsumowanie

Po dobrych wynikach w kwietniowym Harpaganie (6 miejsce, relacja tu) i majowym Kieracie (37 miejsce, relacja tu) rzeczywistość pokazała, że w biegach typu skyrace to nie mam co liczyć na dobre wyniki: za wysokie progi. Mimo tego, jestem zadowolony, że udało się ukończyć przyzwoicie i bez żadnej kontuzji. Co ciekawe, w sobotę, kilka godzin po biegu czułem się całkiem dobrze. W niedzielę byłem obolały ale było znośnie. W poniedziałek i wtorek za to miałem takie zakwasy, że ledwo chodziłem! Zaskakująco, nie tylko nogi dostały w kość ale również ręce i barki. Ma to jednak sens, biorąc pod uwagę ostre odcinki gdzie sporo musiałem się podciągać rękoma czy schodzić na czworaka.

Trofea do kolekcji: pamiątkowa podstawka i jadalny, zjedzony już, medal

Same zawody gorąco polecam. Jest to bardzo klimatyczny bieg, który nie jest mocno skomercjalizowany i gdzie widać pasję organizatorów i biegaczy. W połączeniu z piękną lokalizacją w Snowdonii i wymagającą trasą, V3K gwarantuje niezapomniane wrażenia.

Trasa biegu
Profil wysokościowy trasy. Wysokość w metrach, odległość w kilometrach.

Na zakończenie zapraszam do obejrzenia mojego nagrania z biegu. Biegłem z kamerkę GoPro na czole i nagrywałem krótkie filmiki starając się oddać klimat biegu i piękno gór. Przez większość czasu byliśmy w chmurach więc niestety nie mogłem za bardzo pokazać pięknych widoków, ale mimo wszystko wyszło chyba nieźle 😊. Nagranie trwa tylko 5 minut i koniecznie trzeba je oglądać z włączonym dźwiękiem!

Pozdrawiam,

Marcin

Trening- szybkie 10 km

Niedawno  jedna regularna czytelniczka i wierna fanka bloga zapytała się jak trenować żeby być szybszym. Stwierdziłem, że jest to dobry materiał na krótki wpis, więc proszę bardzo, dziś na tapecie szybkie 10 km.

W zeszłym tygodniu zrobiłem sobie taki właśnie trening podczas przerwy lunchowej w pracy. Zacząłem od ponad 1 km lekkiego truchtu w celu rozgrzania się. Następnie przyspieszyłem z zamiarem przebiegnięcia 10 km najszybciej jak potrafię.

Pierwsze 3 km przebiegłem ze średnią 12 km/h. Na następnych 3 km troszkę zwolniłem, gdyż było lekko pod górę. Muszę wspomnieć, że był to wyjątkowo ładny dzień: słonecznie i temperatura około 24 stopni, co bardzo szybko dało się we znaki. Na kolejnych 2 km utrzymywałem wciąż prędkość lekko poniżej 12 km/h na łagodnym zbiegu, ale miałem już serdecznie dość i chciałem zakończyć na 8 km. Jakoś jednak zmusiłem siebie do kontynuowania, lecz ostatnie 2 km były już znacznie wolniejsze, gdyż opadłem z sił i był do tego jeszcze kawałek pod górę. Wymęczywszy te ostatnie minuty zakończyłem 10 km z czasem 52:48.

Po tym doczłapałem około 1,5 km powoli z powrotem do pracy, gdzie po krótkim odpoczynku wziąłem prysznic i chyba jeszcze z godzinę dochodziłem do siebie. Normalnie 10 km jestem w stanie bez problemu przebiec poniżej 50 minut, więc zrzucam słaby wynik na wysoką temperaturę. Trening uważam mimo tego za udany, gdyż czułem się po nim wycieńczony, ale zadowolony, że wykonałem kawałek dobrej roboty. Co ciekawe, w trakcie biegu, jak również tuż po, powtarzałem sobie w myślach jak nienawidzę szybkiego biegania, jak nienawidzę biegania na 10 km i podobnych, krótkich dystansów i jak zamiast tego wolę biegać swoim wolnym tempem w ultramaratonach.

Podsumowując, mój wpis nie brzmi zachęcająco, nieprawdaż? Taka jest jednak rzeczywistość: nie każda przebieżka jest przyjemna; trzeba się czasem skatować na treningach, żeby wzmocnić swój organizm, żeby później szło szybciej i łatwiej. Warto w tym momencie nadmienić, że taki trening robię nie częściej niż raz w tygodniu; biegając tak intensywnie częściej, można sobie zrobić krzywdę albo się wypalić.

Trasa biegu: widać gdzie było szybko a gdzie nie

Pozdrawiam,

Marcin

Kierat 2017- relacja z biegu

Międzynarodowy Ekstremalny Maraton Pieszy Kierat (http://maratonkierat.pl/), bo taka jest jego pełna nazwa, jest czymś o czym myślałem już od ładnych kilku lat. Zawsze były jednak niesprzyjające okoliczności ku wystartowaniu w Kieracie. Bo to za mały odstęp czasowy od mojego startu w Harpaganie, bo to jakaś impreza rodzinna, bo to nie będę tak często latał za Polski, bo to bilety lotnicze do Krakowa za drogie itd. Tym razem jednak, z racji ponad dwutygodniowego urlopu w Polsce z rodziną dogadałem się z moim wieloletnim Harpaganowym partnerem Michałem, że jedziemy i dostałem od małżonki dyspensę na 3-dniowy wypad na południe Polski. Zapisałem się na bieg już w lutym i od tego czasu byłem podekscytowany myślą o tej wyprawie!

O Kieracie

Kierat jest marszem/biegiem na orientację na dystansie 100km, czyli bardzo podobna koncepcja do Harpagana. Jakie zasady panują na takich biegach opisałem dokładnie w moim wpisie z Harpagana w sekcji O Harpaganie. Główne dwie różnice między Kieratem a Harpaganem to:

  1. Na Harpaganie są dwie pętle po ok. 50km, z możliwością przepaku w bazie między pętlami. Na Kieracie jest jedna pętla długości 100km. Co ok. 25km organizatorzy zapewniają wodę, a na ok. 50km również gorące zupki, kawę czy herbatę. Jedzenie na trasie nie jest zapewnione więc trzeba wziąć ze soba tyle, żeby wystarczyło potencjalnie na cały bieg. Ewentualnie można zrobić zakupy w mijanych sklepach, jeśli jakieś będą;
  2. Kierat odbywa się w Beskidzie Wyspowym, więc w górach, czyli jest znacznie więcej przewyższeń do pokonania niż na relatywnie płaskim Harpaganie.

Oczekiwania

Mój plan był taki, żeby zejść poniżej 24 godzin i zająć miejsce w pierwszej setce. Nic specjalnie ambitnego biorąc pod uwagę, że całkowity limit na ukończenie biegu to 30 godzin. Michał był za to o wiele ambitniejszy w swoich oczekiwaniach uważając, że powinniśmy brać na cel 20 godzin. Nie było to wg mnie niewykonalne, aczkolwiek całkiem ambitne, szczególnie, że nie znaliśmy terenów i miało być sporo przewyższeń.

W drodze na Kierat

O 6 rano w piątek 26 Maja zgarnąłem Michała na Oruni Górnej i ruszyliśmy w trasę na południe. Dzięki nowej autostradzie A1 jazda na południe to bajka w porównaniu do tego jak pamiętam się jechało kilka lat temu. Po ponad 2 godzinach minęliśmy Łódź, po 5 godzinach byliśmy koło Krakowa, a po 6,5 godzinach od wyjechania z Gdańska zaparkowaliśmy przed bazą zawodów w Słopnicach, sporej wsi położonej w połowie drogi między Rabką a Nowym Sączem.

Analiza mapy podczas konsumpcji przedstartowej shoarmy

Zarejestrowaliśmy się, odebraliśmy nasze pakiety startowe i poszliśmy do pobliskiej knajpy coś zjeść. Mając kilka godzin do startu rozłożyliśmy się w sali gimnastycznej, żeby trochę odpocząć po jeździe.

Mój sprzęt rajdowy. Trochę tych bambetli jest…
Zwarci i gotowi do startu

Godzinę przed startem byliśmy już spakowani i gotowi do wyjścia; poszliśmy na start zawodów na pobliskie boisko sportowe. O godzinie 17:30 Sędzia Główny Andrzej Sochoń powiedział co miał powiedzieć i na kilka minut przed godziną 18:00 660 osób wypełniło boisko w gotowości do startu.

Na starcie zawodów w oczekiwaniu na solilokwium sędziego głównego

Relacja punkt po punkcie

Zanim przejdę do własnej relacji polecam relację zwycięzcy Kierata, Krzysztofa Lisaka: http://maratonkierat.pl/kierat14/kierat17kl.htm. Podoba mi się jej format, który pozwolę sobie również zastosować u mnie. Oprócz formatu widać też klasę zawodnika, do której mi niestety wciąż daleko…

Na poszczególnych mapkach naniosłem ślad GPS mojego przebiegu, przy czym ślad ten odzwierciedla również prędkość:

  • intensywna zieleń oznacza bieg, jasna zieleń oznacza trucht
  • kolor żółty to generalnie będzie marsz, czyli średnia około 5-6 km/h
  • kolor czerwony to brak ruchu, albo ruch bardzo powolny jak mozolne wdrapywanie się pod górę ze średnią 2 km/h

Kolorem fioletowym na mapie jest zaznaczony, podany przez organizatora po zawodach, przebieg optymalny.

Powyżej nagranie ze startu. Moja łysina pojawia się w środku kadru około 22 sekundy a znika w 25 sekundzie.

Start – PK1

O 18:00 ruszyliśmy ze Słopnic i szybko 660 ludzi podzieliło się na biegaczy i piechurów. Z Michałem ruszyliśmy spokojnym truchtem, tak na oko mając ok. 100 osób przed sobą. Po pokonaniu LOP-ki (Linii Obowiązkowego Przejścia) przeszliśmy w chód kontynuując dość oczywistą trasą pod górę.

W drodze na Punkt 1

Był to piękny, słoneczny dzień i jak się tylko rozgrzałem pot lał się ze mnie strumieniami, szczególnie na podejściach. Punkt 1 osiągnięty bez problemów.

PK1 – PK2

Początek podejścia pod masyw Mogielicy

Po mozolnym podejściu na zbocze Mogielicy (co widać po dużej ilości koloru czerwonego na śladzie) nie trafiliśmy od razu na ścieżkę którą mieliśmy strawersować Mogielicę, więc trzeba było iść na azymut przez las.

Szukając zejścia z masywu Mogielicy w kierunku Punktu 2

Zejście na drogę oznaczoną na mapie białym kolorem okazało się małym koszmarem bo ścieżka zniknęła w lesie i trzeba było przebijać się przez gęsty las i zarośla w dół ostrego stoku. Na szczęście jednak trafiliśmy na jakąś drogę która po chwili doprowadziła nas do białej drogi, którą już szybko i sprawnie dotarliśmy na Punkt 2.

PK2 – PK3

Nawigacyjnie bardzo prosty przebieg, bo w znacznej mierze szlakami turystycznymi. Na tym odcinku mogliśmy jeszcze podziwiać piękne widoki i cudowny zachód Słońca. W okolicach Jasienia zaczęło padać i konkretnie się ściemniło, więc trzeba było włączyć czołówki. Deszcz był dośc intensywny, na szczęście za to krótkotrwały i przyjemnie odświeżający. Na Punkt 3 trafiliśmy bez problemu o 21:09.

Podeszczowa świeżość nastała w drodze na Punkt 3

PK3 – PK4

Był to drugi najdłuższy odcinek, do tego nawigacyjnie nieoczywisty więc wymagający uważnej nawigacji. Z Punktu 3 zlecieliśmy najszybciej jak się dało do drogi. Po drodze, podobnie do zwycięzcy, mieliśmy bliskie spotkanie z krowami, które wyszły na drogę… na szczęście w naszym przypadku były to tylko 2 cielaki które szybko uciekły na łąkę.

Na odcinku między drogą nr 968 a wsią Konina trochę się pogubiliśmy i trzeba było iść na azymut przez trawy i jary do czasu aż trafiliśmy na drogę którą następnie szybko zbiegliśmy do Koniny. Stamtąd droga na punkt była już nawigacyjnie prosta, aczkolwiek nie zdecydowaliśmy się na wariant zaznaczony na mapie jako optymalny, gdyż wg mapy tam nie miało być żadnej drogi.

Na PK4 pojawiliśmy się o 23:06. Oznaczało to 29km pokonane w 5 godzin i 6 minut. Garmin pokazał 30,74 km, więc póki co niedużo nadłożyliśmy. Ekipa sędziowska poinformowała nas, że zajmujemy miejsce w ósmej dziesiątce. Na punkcie uzupełniliśmy wodę i ruszyliśmy dalej.

PK4 – PK5

Miał być oczywisty i szybki zbieg do Koninek, ale skręt w złą drogę sprawił, że odbiliśmy za bardzo na południe i musieliśmy się przebijać przez łąki i chaszcze zanim w końcu dotarliśmy do drogi. Kilka cennych minut to nas kosztowało. Następnie dość sprawnie aż do żmudnego podejścia pod Groń. Tuż przed Ostrą miałem okazję wbić się niemalże bezpośrednio na punkt; niestety poleciałem za bardzo na północny-zachód i zszedłem za nisko, w konsekwencji czego musiałem atakować punkt od dołu. Ten jeden błąd kosztował mnie dobre 10-15 minut, więc miałem wtedy parszywy humor.

PK5 – PK6

Początek zbiegu do Jasionowa dość szybki. W wąwozie ścieżka zniknęła i trzeba było brnąć przez chaszcze wzdłuż strumienia aż dotarliśmy do cywilizacji. Z Jasionowa kawałek szybkiego zbiegu po czym mega żmudne i dłużące się podejście w znacznej mierze żółtym szlakiem do schroniska PTTK Stare Wierchy. Stamtąd z kolei powoli w dół do dolinki. Powoli, bo po miejscami błotnistej, miejscami kamienistej drodze ciężko było biec i zmęczenie dawało się we znaki. W dolince kawałeczek biegu i następnie żwawy marsz lekko pod górę do Punktu 6. Tam przyjemna niespodzianka- organizatorzy zapewnili kiełbasy z grilla! Zatrzymaliśmy się na chwilkę dłużej niż zwykle, żeby w spokoju spałaszować po zalanej keczupem kiełbasie- niebo w gębie!

Mniam mniam!

PK6 – PK7

Kluczowy odcinek bo prowadzący na półmetek z gorącymi zupkami! Pierwsze kilka kilometrów pokonaliśmy żwawym marszem idąc drogą wzdłuż strumienia. W pewnym momencie droga zniknęła i trzeba było iść korytem strumienia, skacząc z kamienia na kamień i nieraz mocząc sobie buty. Generalnie bardzo malownicza trasa, którą fajnie by było sobie przejść za ładnego dnia a nie w środku nocy mając już ponad 40km w nogach!

W pewnym momencie odbiliśmy od strumienia i po mozolnej wspinaczce mogliśmy przyspieszyć grzbietem. Po wbiciu się na niebieski szlak, który miał już nas zaprowadzić do samego punktu, dostałem kopa i narzuciłem ostre tempo, biegnąc przez większą część tego odcinka. W międzyczasie zaczęło świtać i o godzinie 4:39 zameldowaliśmy się z Michałem na Punkcie 7.

Na Punkcie 7

Punkt 7 to 55 km czyli ponad połowa trasy. Dotarcie tu zajęło nam ponad 10,5 godziny, więc cel 24 godzin wydawał się jak najbardziej w zasięgu, za to cel 20 godzin trochę mniej; szczególnie, że ta druga część trasy wyglądała na nawigacyjnie znacznie trudniejszą. Garmin pokazał, że pokonaliśmy 58 km czyli ciągle narzut całkiem przyzwoity. Obsługa poinformowała nas, że zajmujemy miejsca około 50, czyli znaczny progres od Punktu 4, mimo błędów nawigacyjnych. Na punkcie uzupełniłem zapas wody, wypiłem jedną zupkę oraz jedną herbatę i ruszyliśmy dalej.

PK7 – PK8

Stosunkowo krótki odcinek: najpierw żmudne podejście pod Chorobowską (jakieś 200 metrów w pionie w górę), po czym zagwozdka czy iść mocno na około, czy może zaryzykować drogą której nie było na mapie.

Zejście drogą której nie było na mapie

Wybrałem opcję drugą co okazało się świetną decyzją, gdyż sprawnie trafiliśmy na punkt gdzie okazało się, że od Punktu 7 przesunęliśmy się o prawie 10 miejsc w górę. Na pukcie kolejna niespodzianka, tym razem żywieniowa, gdyż mogliśmy wziąć sobie po bułce z serem, co posłużyło jako świetne uzupełnienie kalorii i przełamanie słodkiego smaku żeli i batonów.

Jest i Punkt 8

PK8 – PK9

Nawigacyjnie odcinek dość prosty: najpierw podejście na Przełęcz Knurowską, potem zbieg do wsi, a następnie kolejne żmudne podejście. Punkt 9 usytuowany na polance znaleźliśmy bez problemu.

Widoczek z Przełęczy Knurowskiej

PK9 – PK10

Chyba najgorszy odcinek ze wszystkich! Po dość powolnym zejściu mokrą i kamienistą ścieżką wybrałem ewidentnie zły wariant. Po fakcie widzę, że warianty organizatora czy Krzyśka Lisaka były o niebo lepsze.

Po żmudnym podejściu pod Skalisty Gronik, sugerując się innym zawodnikiem, ruszyliśmy na azymut w kierunku Jamnego, co było męczącym i powolnym zejściem przez wilgotne łąki i chaszcze. Z Jamnego ruszyliśmy znów pod górę drogą która po chwili rozpłynęła się na ostrym stoku w gęstym lesie. Iście ślimaczym tempem brnęliśmy pod górę licząc, że lada chwila trafimy na drogę. Wtedy byłem konkretnie wściekły i miałem tego wszystkiego dość, co Michał może potwierdzić jako świadek moich niekończących się obelg kierowanych pod adresem góry, lasu, gałęzi, kamieni i innych przedmiotów, które za nic miały sobie moje słowa.

W końcu trafiliśmy na drogę, którą dotarliśmy do zielonego szlaku, z którego na azymut pokierowaliśmy się w dół doliny. Po wyczerpującym i irytującym przebijaniu się przez las i dłużącym się zejściu drogą zawitaliśmy na Punkcie 10. Odcinek o długości 8 km pokonaliśmy w 2 godziny i 42 minuty czyli z porażającą średnią prędkością 3 km/h! Nie wiem dokładnie ile ale spadliśmy w klasyfikacji o sporo miejsc.

PK10 – PK11

Nadal  wściekły, zmęczony, obolały i z denerwującymi obtarciami na piętach, zamiast trochę odpocząć musiałem ruszyć ostro w górę, żeby się wdrapać na drogę trawersującą Strzelowskie. Żeby było mało, to okazało się, że chyba przebijając się przez chaszcze, zgubiłem jeden z moich dwóch bidonów Salomon Softflask. Abstrahując od tego, że same bidony są dość drogie, oznaczało to, że na ten długi odcinek będę miał bardzo mało picia. W rezultacie okoliczne drzewa usłyszały kolejny stek bluzg.

Po masakrycznym i powolnym podejściu w końcu wbiliśmy się na drogę. Po kilkudziesięciu metrach stwierdziłem, że muszę jednak usiąść i ogarnąć swoje stopy; Michałowi powiedziałem żeby szedł i nie czekał. Usiadłszy na trawie, zdjąłem buty i przemoczone skarpety, oczyściłem trochę stopy i zakleiłem plastrami otarte pięty oraz jeden palec. Na szczęście nie miałem żadnych pęcherzy. Założyłem nowe skarpety, buty i … poczułem się jak nowo narodzony! Cały przystanek trwał może tylko 5-7 minut, a efekt był zbawienny. Dostałem od razu silnego kopa i mogłem szybko biec na nogach, które wydawały się niewiarygodnie świeże.

Jak widać na śladzie drastycznie zwiększyłem tempo niemal cały czas biegnąc wzdłuż Strzelowskich. Po kilku minutach dogoniłem Michała i nie zatrzymując się zostawiłem go w tyle, zakładając, że to ten moment, że Michał by nie utrzymał mojego tempa i będzie kontynuował własnym tempem. Przed zbiegiem do Młynnego popełniłem błąd nawigacyjny i nietrafiwszy na dobrą ścieżkę musiałem brnąć do drogi w dół ostrego stoku. Po szybkim zbiegu do Młynnego było powolne podejście po czym szybki zbieg do Punktu 11 w Kamienicy. Ostatnie kilka kilometrów musiałem racjonować sobie wodę, na szczęście udało się dotrzeć bez kryzysu.

Punkt 11 zaliczyłem o 12:06, czyli pokonałem 82 km (a w rzeczywistości 86,3 km) w czasie 18 godzin i 6 minut. Od PK10 kilka miejsc na pewno odrobiłem. Na punkcie uzupełniłem wodę, napiłem się jeszcze na zapas i ruszyłem dalej.

PK11 – PK12

Nawigacyjnie najprostszy odcinek gdzie nie dało się zgubić. Prosty, tyle że nie za szybki z racji długiego podejścia na Zbludzkie Wierchy.

PK12 – PK13

Ostatni długi odcinek, trasę wybrałem dobrą, co widać po śladzie i pokonałem ją relatywnie szybko. Sporo podbiegałem i szybko maszerowałem. Na całym odcinku wyprzedziłem bodajże 8 osób, co nie ukrywam, było dość budujące i motywujące do dalszego napierania. Na punkcie pojawiłem się o 14:25 (20 godzin i 25 minut w trasie) i liczyłem, że uda mi się finiszować poniżej 21 godzin.

Gdzieś w drodze na Punkt 13

PK13 – Meta

Miał to być szybki i oczywisty przebieg: ścieżką do drogi i później banalnie wzdłuż głównej drogi. Jakimś cudem (czytaj przez moją nieuwagę) nie poleciałem ścieżką zaznaczoną przez organizatora tylko jakąś inną, która w pewnym momencie się urwała i musiałem iść w kierunku drogi na azymut. Tuż przed samą drogą musiałem przebić się przez las pokrzyw i chaszczy, które niemiłosiernie poparzyły i podrapały moje łydki. Wzdłuż drogi niemal nieprzerwanie biegłem, lecz kilka minut stracone w pokrzywach sprawiło, że nie wyrobiłem się w czasie i finiszowałem o 15:02.

Koniec!

Podsumowanie

Kierata zakończyłem z czasem 21 godzin i 2 minut, pokonawszy wg mojego Garmina 104,83 km dystansu i  4540 metrów przewyższeń, co uważam jest bardzo dobrym wynikiem, biorąc pod uwagę niejednokrotne błądzenie i kilka suboptymalnych wariantów. Wynik ten dał mi wysokie  37 miejsce, z czego jestem niezmiernie zadowolony. Po moim kryzysie w okolicach Punktu 10 i poświęceniu kilku minut na uporządkowanie swoich stóp udało mi się odrobić dobre 20 miejsc.

Podsumowanie z Garmin Connect

Michał zawitał na metę o 16:30, więc niecałe półtora godziny po mnie, zajmując również wysokie 51 miejsce. W sumie, na 660 startujących, 263 osoby ukończyły Kierata w limicie 30 godzin.

Kolejny piękny medal do kolekcji

Fizycznie bardzo dobrze zniosłem ten start. Poza otarciami na piętach i odrapanych łydkach nie miałem żadnych pęcherzy na stopach. Pęcherze mi dokuczały na kilku poprzednich biegach, więc cieszę się, że udało mi się ich uniknąć. Co ważniejsze, nawet kilka dni po Kieracie nie miałem żadnych zakwasów czy bóli mięśniowych, co świadczy, mój organizm dobrze to zniósł (ktoś inny może to zinterpretować, że za słabo napierałem hehe). Tydzień po Kieracie przebiegłem sobie treningowo dystans półmaratonu z czasem poniżej 2 godzin, więc jestem gotowy na kolejny start już niedługo.

Ogólne wrażenie z Kierata naprawdę pozytywne. Jest to bardzo dobrze i profesjonalnie zorganizowana impreza, gdzie widać, że organizatorzy wkładają dużo serca i wysiłku, żeby wszystko się udało. W połączeniu z piękna scenerią Beskidu Wyspowego i Gorców jest to teraz jeden z moich topowych biegów, na którym jeszcze kiedyś będę chciał się pojawić.

Dla zainteresowanych- mapa w całej okazałości

Pozdrawiam,

Marcin

Światowy Dzień Orientacji 2017

24 maja 2017 roku na całym świecie odbyły się lokalne biegi na orientację z okazji Światowego Dnia Orientacji (WOD- World Orienteering Day- http://worldorienteeringday.com/). Celem tej akcji jest popularyzacja biegów na orientację, szczególnie wśród dzieci i młodzieży w szkołach jako aktywnej formy rozrywki i ciekawego sportu rozwijającego sprawność intelektualną.

Na moim blogu do tej pory nie pisałem o biegach na orientację, które, obok biegania w ultramaratonach, są moją drugą pasją. Moją przygodę zacząłem od marszów na orientację w harcerstwie w szkole podstawowej. Następnie byłem przez kilka lat związany z Klubem Imprez na Orientację “Neptun” Gdańsk, zdobywając nawet tytuł Mistrza Województwa Pomorskiego w kategorii juniorów w roku 2001.

Po kilkuletniej przerwie odnowiłem swój kontakt z orientacją, startując w 2006 roku w Harpaganie, czyli rajdzie na orientację, tyle że na dystansie 100 km. Od tego momentu wkręciłem się w marsze/biegi długodystansowe. Na przestrzeni lat moich startów w Harpaganach ewoluowałem od maszerowania do biegania na orientację. Po jakimś czasie od przeprowadzki do Wielkiej Brytanii, w 2012 roku dołączyłem do Thames Valley Orienteering Club, czyli lokalnego klubu orientacji sportowej w Oxfordzie. Regularnie staram się startować w lokalnych i regionalnych biegach na orientację, zwykle traktując je jako dobry trening fizyczny i mentalny, gdyż w orientacji sportowej trzeba bardzo sprawnie i dokładnie nawigować oraz szybko biegać.

Wracając do WOD 2017, 24 maja akurat byłem z rodziną na urlopie w Polsce i stwierdziłem, że warto będzie skorzystać z okazji i przebiec się po Parku Reagana w Gdańsku na imprezie zorganizowanej przez ludzi od Harpagana. Z założenia miała to być raczej lekka przebieżka, gdyż 2 dni później miałem startować w Kieracie- górskim ultramaratonie na dystansie 100 km (o tym będzie kolejny wpis na blogu).

Punkt zaliczony!

Najpierw wyruszyliśmy rodzinnie na trasę krótką, gdzie za znajdywanie punktów i podbijanie karty kontrolnej odpowiedzialna była Ola. Zdobyliśmy bodajże 10 z wymaganych 20 punktów kontrolnych, po czym uwaga Oli nieodwracalnie spoczęła na mijanym właśnie placu zabaw. Oznaczało to koniec trasy dla teamu Krzysztofik.

Ola z tatą w drodze po kolejny punkt

Gdy Ola pod nadzorem swojego dziadka mogła w spokoju eksplorować rozległy plac zabaw, ja mogłem wyruszyć na trasę długą, gdzie było 30 punktów do podbicia. Podbicie wszystkich punktów zajęło mi 35 minut co było trzecim najszybszym czasem na trasie. Biegłem dość szybko, wbrew moim wcześniejszym planom, żeby była to lekka przebieżka. Na szczęście 2 dni na później na Kieracie nie czułem żadnych negatywnych konsekwencji 😊.

Na koniec ja po moim biegu

Podsumowując, uważam, że WOD jest świetną inicjatywą. Sam bardzo zachęcam do startów w marszach czy biegach na orientację. Jest to rozwijająca i aktywna forma spędzania czasu dla całych rodzin, co było widać w Parku Reagana w Gdańsku, gdzie w sumie wystartowały 223 osoby; pośród nich kilka znajomych twarzy oraz wiele rodzin z dziećmi.

Pozdrawiam,

Marcin

Ciekawe miejsca- Paryż

Po moich ostatnich dość długich relacjach z Viking Way Ultra (relacja tu) oraz z Harpagana (relacja tu) wracam kontynuując wątek podróżniczy- tym razem na tapecie stolica Francji. W Paryżu bywam służbowo dość często, raz na miesiąc albo dwa. Często są to szybkie wizyty typu wylot rano i powrót wieczorem tego samego dnia (czasem nie wylot tylko przejazd tunelem pod kanałem La Manche), co naturalnie eliminuje możliwość pobiegania. Jednak gdy tylko zostaję na więcej niż jeden dzień to staram się korzystać z okazji. W Paryżu mam dwa ulubione miejsca do biegania: Lasek Buloński, położony w 16. dzielnicy czyli całkiem centralnie; oraz forêt domaniale de Verrières (dosłownie las państwowy w Verrières, gminie na południe od Paryża). Są też niewątpliwie inne miejsca, które być może odkryję.

Lasek Buloński

Lasek Buloński (Bois du Boulogne) jest drugim co do wielkości parkiem w Paryżu, utworzonym w latach 1852-1858 na zlecenie Imperatora Napoleona III (nie mylić z Napoleonem Bonaparte- wujkiem Napoleona Trzeciego). Napoleon III aktywnie uczestniczył w projektowaniu parku i co ciekawe, rzekomo wzorował się na londyńskim Hyde Park-u, którym się zachwycił podczas pobytu w Londynie. Stąd też w Lasku Bulońskim ładne stawy i strumyki. Wikipedia przedstawia o wiele więcej szczegółów w które specjalnie nie chce mi się wchodzić więc zainteresowanych odsyłam tu: https://pl.wikipedia.org/wiki/Lasek_Bulo%C5%84ski.

Dobrze skorzystać z ładnej pogody
Grand Cascade- wodospad i sztuczne groty w Lasku

Historia historią, ale dla mnie Lasek Buloński jest to przede wszystkim piękna, zielona oaza w środku betonowej dżungli i idealna miejsce do pobiegania z dala od spalin i zgiełku miasta. Z jednej strony lubię zwiedzać miasta przebiegając je wzdłuż i wszerz, czyli przebieżka wzdłuż Sekwany, pod wieżą Eiffla, przez Pole Marsowe, na Montmartre, dokoła Luwru, czy koło Katedry Notre Dame jest dla mnie czymś atrakcyjnym. Jednakże gdy mam pod bokiem opcję alternatywną taką jak Lasek Buloński to nie zastanawiam się długo.

Lac Inferieur- największe jeziorko w parku

Korzystając z pięknej, słonecznej pogody, 27 i 28 marca 2017 zrobiłem dwa biegi. Pierwszego dnia dłuższy, ponad 13 km, drugiego dnia krótszy, co by się nie przemęczyć przed zbliżającym się Viking Way Ultra. Regularni czytelnicy mojego bloga dostrzegą pewnie brak chronologii w moich wpisach. Wyjaśniam więc, że jest to spowodowane brakiem czasu na tak regularne pisanie jakbym chciał, w konsekwencji czego niektóre materiały, tak jak ten z Paryża, muszą czekać na bardziej dogodny czas żeby ujrzeć światło dzienne.

Trasa z 27 marca

Na koniec ciekawostka. Któregoś razu, gdy powiedziałem mojemu francuskiemu koledze, że byłem pobiegać w Lasku Bulońskim, to z niewiadomego dla mnie powodu zaczął się śmiać, po czym doradził mi żebym się tym specjalnie nie chwalił… Okazało się, że ma to związek z paniami lekkich obyczajów, które rzeczywiście widziałem w kilku miejscach. Przez to, że Lasek Buloński jest w Paryżu powszechnie znany jako miejsce, gdzie można skorzystać z usług świadczonych przez te panie, to „pójście do Lasku Bulońskiego” jest kojarzone przez Francuzów jednoznacznie :).

Trasa z 28 marca

Pozdrawiam,

Marcin