Relacja z KACR 2017

Witam, drogi czytelniku niewątpliwie zainteresowany tym intrygującym tytułem posta. Jest to relacja z mojego ostatniego biegu, którego pełna nazwa brzmi „Kennet & Avon Canal 145 Mile Race”. 28 lipca wystartowałem w historycznej, pierwszej edycji tego biegu i, uprzedzając fakty, mogę z dumą powiedzieć, że udało mi się pokonać całe 232 km (145 mil) w limicie czasu i bieg ukończyłem.

Wyjątkowo, pozwolę sobie tym razem zaprezentować ilustrowaną relację z biegu jedynie w języku angielskim, tak więc zapraszam do przełączenia języka na blogu, albo kliknięcia w tenże link: http://wolnybiegacz.pl/en/kacr-2017-race-report/.

Życzę ciekawej lektury!

Pozdrawiam,

Marcin

Relacja z Lakes Sky Ultra

W przeciwieństwie do relacji z moich poprzednich biegów tym razem muszę opublikować możliwie krótki wpis. Muszę przyznać, że pisanie długich i szczegółowych relacji takich jak te z Viking Way Ultra, Harpagana, czy Kierata sprawia mi przyjemność, lecz niestety zajmuje to mnóstwo czasu, którego między rodziną, bieganiem, pracą, blogowaniem, spaniem i innymi drobiazgami mam ewidentnie za mało!

15 lipca 2017 roku wystartowałem w kolejnym biegu typu Skyrace: Lakes Sky Ultra. Od mojego poprzedniego startu w Vegan 3,000 Ultra minęły raptem 3 tygodnie, ale zakwasy dawno minęły i nawet kilka razy pobiegałem w międzyczasie. Zresztą celem było po prostu ukończenie, bez żadnych aspiracji do zajęcia wysokiego miejsca.

Spodziewałem się, że bieg będzie trudny i że trzeba utrzymywać dobre tempo, żeby wyrobić się w dość wyśrubowanym limicie 14 godzin (Na V3K było 17 godzin, więc tam tej obawy nie miałem). Dystans biegu to 56 km a suma przewyższeń to 4500 metrów, więc konkretnie.

Profil wysokościowy trasy

Start biegu miał miejsce w sobotę w malowniczej miejsowości Ambleside, położonej w sercu Krainy Jezior- Parku Narodowego Lake District. Niech ta nazwa nie zmyli tych, którzy wyobrażają sobie angielskie Mazury… W Lake District znajdują się najwyższe angielskie góry, najtrudniejsze technicznie górskie szlaki oraz zapierające dech w piersiach miejsca do uprawiania wspinaczki wysokogórskiej. Tak naprawdę Lake District to takie nasze Tatry.

Kit check, czyli sprawdzenie obowiązkowego ekwipunku

Punktualnie o 7 rano niecałe 100 osób, pośród nich i ja, ruszyło w teren. Zaczął się bardzo długi i trudny dzień.

Powyższy filmik promujący zawody przedstawia zachwycające widoki i na takież doznania byłem bardzo nastawiony. Niestety nie dane mi było tego doświadczyć, gdyż cały dzień góry były w chmurach. Na szczytach było jakieś 10 metrów widoczności i często wiał porywisty wiatr z zacinającym deszczem. W dolinach było mokro, szaro i czasem nawet nie padało.

Gotowi do startu…
… i w drogę!

Część 1 (start – Kepple Cove)

Początek był dość przyjemny: trochę biegu i następnie dość długie i sprawne podejście na szczyty Dove Crag i następnie Fairfield. Z Fairfield trzeba było zlecieć jakieś 300 metrów w dół do przełęczy. Mając jeszcze silne nogi biegłem całą drogę ostrym stokiem w dół i sprawiało mi to dużą frajdę.

Gdzieś w okolicach Dove Crag

Przełęcze mają niestety to do siebie, że po zejściu do nich trzeba znowu iść do góry z drugiej strony. Tak więc zacząłem mozolne i dość ostre podejście na Dollywaggon Pike i następnie na najwyższy szczyt dnia: Helvellyn. Od przełęczy ponad 350 metrów w górę. Na szczycie była bardzo słaba widoczność i trochę się pogubiłem (zresztą nie tylko ja) zanim trafiłem na skalistą grań Swirral Edge. Niestety na mokrych skałach miałem słabą przyczepność więc pokonałem ją dość powoli.

Ze Swirral Edge zostało już tylko ostre zejście do dolinki Kepple Cove gdzie zaliczyłem pierwszy punkt na którym można było uzupełnić zapas wody. Czas: 2h 56 min, więc na razie nie było źle. Po podejściu na Helvellyn i ostrym zejściu ze Swirral Edge moje nogi nie były już świeże. A to dopiero początek…

Część 2 (Kepple Cove – Patterdale)

Pierwszy kilometr dało się jeszcze trochę pobiec po w miarę płaskim terenie, ale zaraz zaczęło się kolejne podejście. Może nie jakoś bardzo ostre, ale już nużące. W oddali za mną zobaczyłem mojego kolegę Maćka, który, jak się spodziewałem, po spokojniejszym starcie prędzej czy później mnie dogoni.

Podejście przeszło w końcu w kolejną grań, słynną Striding Edge. Normalnie oferuje ona piękne widoki, lecz ja mogłem podziwiać chmury i smagający mnie po twarzy deszcz. Na grani znowu poruszałem się wolno i nogi były momentami jak z kamienia. Maciek mnie dogonił, ale po jakiś 15 minutach, gdy zaczęło się zejście do doliny Grisedale, poleciał do przodu i tyle go widziałem.

Moje zejście było powolne i męczące- nie miałem już sił w nogach. Gdy w końcu doczłapałem na dół, przeraził mnie widok podejścia na Pinnacle Ridge. Na odcinku około 1 km trzeba było pokonać około 550 metrów w górę! Mozolna wspinaczka ciągnęła się w nieskończoność i myślałem, że wyzionę tam ducha. Większość podejścia była po trawiastym zboczu, gdzie, podobnie jak inni zawodnicy, gramoliłem się na czworaka. Podciągając się rękoma za kępy trawy powoli brnąłem do góry. W końcu dotarłem do skał, gdzie czekała mnie wspinaczka. Fajna sprawa, gdybym tylko nie był już mentalnie i fizycznie padnięty.

Trasa zawodów. Widać gęstość poziomic przed CP8 (Pinnacle Ridge)

Gdy w końcu wlazłem na szczyt okazało się, że to podejście kosztowało mnie tyle czasu, że muszę się spieszyć, żeby zdążyć na najbliższy punkt kontrolny przed jego zamknięciem. Szczęśliwie zbieg był łagodny, więc dało się biec i na punkcie żywieniowym w Patterdale pojawiłem się o 13:55, raptem 20 minut przed jego zamknięciem! Tam uzupełniłem zapasy wody, zjadłem kubek zupy i trochę ciastek, wypiłem 2 kubki kawy i czym prędzej ruszyłem dalej, gdyż było dużo ryzyko, że się nie wyrobię na drugi punkt żywieniowy w czasie.

Część 3 (Patterdale – Hawes Water)

Stosunkowo mało mogę powiedzieć o tym odcinku, poza tym, że starałem się iść możliwie najbardziej żwawym tempem i biegać gdzie się tylko dało. Nie było tu żadnych technicznych momentów. Najpierw podejście, potem dość łagodne kilka kilometrów, następnie kolejne podejście na szczyt High Street i z niego zejście do dolinki do punktu kontrolnego z dostępną wodą pitną. Ten odcinek poszedł mi na tyle sprawnie, że nawet jakieś 4-5 osób udało mi się wyprzedzić.

Czas wydawał się dobry, bo na punkcie byłem o 16:30. Poczułem się jednak oszukany przez organizatorów, gdyż wg profilu wysokościowego trasy tenże punkt miał być na około 500 m n.p.m. a był poniżej 300! Oznaczało to, że kolejne podejście będzie znacznie dłuższe niż zakładałem, czyli presja czasowa nadal była.

Część 4 (Hawes Water – Kirkstone Pass)

Uzupełniwszy wodę ruszyłem czym prędzej, zdeterminowany żeby jak najszybciej dostać się do góry i wyrobić się na ostatni punkt żywieniowy. Po dość długim, ale niespecjalnie ostrym podejściu minąłem szczyty Mardale Ill Crag i Thornthwaite Crag z którego sprawnie zbiegłem do przełęczy.

Z przełęczy był dość techniczny kawałek pod górę, więc trzeba było się trochę podciągać na skałach zanim w końcu zdobyłem Stoney Cove Pike. Stamtąd głównie łagodny zbieg w kierunku punktu, przerywany wydobywaniem się z błota w które nieraz się zapadałem. Ostatnie ostre zejście i o 18:55 podbiłem punkt na przełęczy Kirkstone. Podbnie jak w Patterdale, miałem tylko 20 minut zapasu do zamknięcia punktu.

Część 5 (Kirkstone Pass – Meta)

Zostało już tylko ostatnie podejście, ale niejako wiedziałem, że bieg ukończę, więc byłem już spokojny. Podejście pod Red Screes było bardzoo ostre, nawet trochę zbliżone do tego pod Pinnacle Ridge, ale przynajmniej było znacznie krótsze i zajęło mi ‚raptem’ 35 minut. Stamtąd zostałt tylko ostatni, łagodny, kilkukilometrowy zbieg do Ambleside.

Biegło się dość dobrze mimo intensywnego momentami deszczu i błotnistego podłoża. Motywujące było to, kiedy opuściłem chmury i zobaczyłem w oddali jezioro Windermere i bliżej zabudowania Ambleside. Wiedziałem, że już niedaleko.

Ostatni podbieg!

O 20:18 wbiegłem na metę i szczęśliwie zakończyłem bieg. Tam czekała na mnie moja kibicująca rodzina i Maciek, który zakończył prawie godzinę wcześniej. Pojawił się nawet Riccardo, który obsługiwał jeden z punktów kontrolnych, więc dobrze było go zobaczyć na mecie.

Podsumowanie

Na niecałe 100 zawodników bieg ukończyły 73 osoby, z czego ja na 64 miejscu a Maciek na 51. Zwycięzca Andy Berry potrzebował ‚tylko’ 8 godzin i 34 minuty, więc moje 13 godzin i 18 minut specjalnie imponujące nie jest.

Na trasie, szczególnie podchodząc pod Pinnacle Ridge, mówiłem sobie, że nienawidzę tego biegu i nigdy się już tu nie pojawię, nienawidzę ostrych podejść i co ja tu w ogóle robię.

Weryfikując te mocne słowa, powiem, że same zawody gorąco polecam, bo jest to bardzo trudny i wymagający bieg i świetne wyzwanie dla osób szukających ciągle to nowych wrażeń biegowych. Co się z tym wiąże, żeby mieć przyjemność z ekscytujących momentów tego biegu takich jak Swirral Edge, Striding Edge, Eagle Crag, Pinnacle Ridge czy Red Screes, konieczne jest dobre przygotowanie siłowe, którego mi zabrakło. Bez dobrego treningu nóg oraz wyćwiczonych wbiegów i zbiegów taki bieg jest męczarnią, czego sam doświadczyłem. Trzymam się tego, że w Lakes Sky Ultra startować więcej nie chcę (bo nie muszę), gdyż bieg ukończyłem (czytaj odhaczyłem z listy), ale już myślę o kolejnych biegach, nie mniej trudnych. 🙂

Na koniec jeszcze filmik organizatorów z tegorocznej edycji. NIestety się na nim nie załapałem, widać za to jakie ładne były warunki na trasie. 🙂

Pozdrawiam,

Marcin

Relacja z V3K Ultra

V3K Ultra (Vegan 3000 Ultra) jest biegiem górskim o którym po raz pierwszy usłyszałem jakieś 2 lata temu i oczywiście nabrałem chęci do startu w nim. Zanim przejdę do relacji to od razu powiem, że bieg ukończyłem. Wynik nie jest specjalnie powalający, ale ze startu jestem zadowolony, gdyż był to mój pierwszy tak techniczny wyścig, oraz pierwszy ‘skyrace’ czy ‘skyrun’ w którym wystartowałem. Moim celem było zaliczenie biegu, najlepiej w przyzwoitym czasie, może gdzieś w połowie stawki. Do tego liczyłem na piękne widoki i cieszyłem się, że będę miał okazję zwiedzić obszary Snowdonii w których jeszcze mnie nie było.

Skyrunning

Skyrunning jest terminem jakim określa się specyficzną grupę biegów. Są to generalnie biegi górskie z proporcjonalnie dużą ilością przewyższeń w stosunku do dystansu biegu. Skyrunning obejmuje kilka kategorii: Sky (biegi do 50 km), Ultra (biegi powyżej 50 km), Vertical (1 km w górę) oraz Extreme (po prostu masakra 😊). Biegi te wywodzą się oryginalnie z włoskich Dolomitów i na przestrzeni lat zyskały ogromną popularność w wielu krajach na świecie, między innymi w USA, Wielkiej Brytanii czy w Polsce.

V3K Ultra

Pierwszym biegiem pucharu Skyrunning UK jest właśnie V3K Ultra, co jest skrótem od Vegan 3000s. Vegan, gdyż organizatorką jest weganka i podczas całego biegu obowiązuje dieta wegańska. 3000s (czyli trzytysięczniki), gdyż trasa biegu zalicza wszystkie 15 walijskich szczytów o wysokości ponad 3000 stóp nad poziomem morza (914,4 m n.p.m.). Więcej na temat szczytów na Wikipedii. Wszystkie te szczyty znajdują się w północnej Walii w pięknym Parku Narodowym Snowdonia. Cała trasa zawodów ma około 54 km długości. Suma wszystkich podejść wynosi ponad 4000 metrów, więc jest to dość dużo jak na taki dystans. Żeby było ciekawie, na trasie są też odcinki skałkowe z ekspozycją, więc lęk wysokości nie jest wskazany.

Dzień przed startem

Z rodziną wyjechaliśmy z Oxfordu w piątek (23 czerwca) rano i po południu dojechaliśmy do bazy zawodów w Tal-y-bont, kilka kilometrów od uniwersyteckiego miasteczka Bangor. O 19 ruszyła rejestracja. Zanim ustawiłem się w kolejce udało się spotkać kolegów biegaczy: Maćka, Andrzeja i Mariusza, z którymi znamy się z kilku wcześniejszych biegów. Andrzej i Mariusz byli nastawieni bojowo do walki o wysokie miejsce i finiszowanie poniżej 10 godzin. Maciek, podobnie jak ja, raczej chciał ‘tylko’ ukończyć.

Czekamy z Maćkiem w kolejce do rejestracji

Po odebraniu pakietu startowego był wegański carbo-loading, czyli napełnienie się głównie węglowodanami, żeby było co spalać następnego dnia. Następnie, po godzinie 20 szefowa biegu gorąco wszystkich powitała i opowiedziała pokrótce co nas czeka na trasie, gdzie uważać, gdzie nie skracać drogi itd. Po briefingu udaliśmy się do naszego pobliskiego Bed & Breakfast. Ostatnie pakowanie, przygotowanie ubrań na jutro i do łóżka, żeby złapać choć te 4-5 godzin snu.

Start

Pobudka o godzinie 3:30 (!). Zjadłem owsiankę i banana, wypiłem herbatę, ubrałem się i kilka minut przed 4:00 siedziałem w autokarze który miał zawodników zawieźć na start. V3K jest biegiem liniowym: meta jest w bazie zawodów, start za to znajduje się z drugiej strony gór, dokąd to zajechaliśmy po jakiś 40 minutach. Tam zostaliśmy brutalnie zaatakowani przez zmorę walijskich czy szkockich gór: malutkie muszki zwane midges. Praktycznie nie da się od nich opędzić. Ich ukąszenia raczej nie bolą, zostawiają za to niestety mnóstwo swędzących śladów, czego konsekwencje wciąż było widać u mnie na twarzy, nogach i rękach niemalże tydzień po zawodach!

W drodze na start biegu

Zainspirowany ambitnym planem Andrzeja i Mariusza pomyślałem, że spróbuję dotrzymać im kroku i również powalczyć o ładny wynik. W tym celu ustawiłem się raczej z przodu stawki, kilka metrów za chłopakami. Punktualnie o 5:00 około 160 osób ruszyło!

Odcinek 1: Snowdon

Początek to najpierw łagodny podbieg a następnie długie podejście na najwyższy szczyt Walii: Snowdon. Ponad 900 metrów w pionie do pokonania, więc konkretne podejście.

Przez pierwszych kilka minut biegłem szybko razem z czołówką, lecz szybko zdałem sobie sprawę, że trzymając takie tempo to zaraz padnę i będzie po mnie. Tyle z moich ambitnych planów, za wysokie progi…

Snowdon zdobyty!

Dalej kontynuowałem swoim tempem, głównie idąc i dając się wyprzedzać szybszym zawodnikom. Po prawie 1,5 godziny od startu zaliczyłem Snowdon. Stamtąd niedługi, przyjemny zbieg i krótkie podejście pod szczyt nr 2: Garnedd Ugain. Następnie najbardziej ekscytująca i niebezpieczna część trasy czyli skalista grań Crib Goch, szczyt nr 3. Tutaj niestety zdałem sobie sprawę, że buty, w których biegłem (Salomon XA Pro 3D) były zupełnie nieodpowiednie na te skały, gdyż nie miały dobrej przyczepności. W konsekwencji poruszałem się bardzo powoli i ostrożnie. Ku mojej frustracji sporo osób mnie wyprzedziło.

Crib Goch

Na piarżystym zejściu z Crib Goch dogonił i wyprzedził mnie Maciek, który ewidentnie radzi sobie na zbiegach znacznie lepiej ode mnie. Po dalszym zejściu malowniczą doliną dotarłem wreszcie do drogi. Po około 2-kilometrowym biegu wzdłuż niej zameldowałem się na pierwszym punkcie żywieniowym, gdzie napiłem się, coś przegryzłem, uzupełniłem zapasy wody i ruszyłem dalej.

Odcinek 2: Glyderau

Na długim i żmudnym podejściu pod Elidir Fawr, szczyt nr 4, dogoniłem Maćka i od tego momentu przez większość biegu trzymaliśmy się razem. Po zdobyciu Elidir Fawr trzymaliśmy się cały czas powyżej 700 m n.p.m., nieraz sobie podbiegając i tak stopniowo zdobywając szczyty nr 5, 6 i 7: Y Garn, Glyder Fawr i Glyder Fach.

Gdzieś na trasie, chyba na zejściu z Glyder Fach

Po ostrym zejściu kamienistym żlebem z Glyder Fach wdrapaliśmy się po skałach na szczyt ósmy: Tryfan. Stamtąd ostro w dół po skałach a następnie po przyzwoitych schodach w dół do doliny do drugiego punktu żywieniowego. Na zejściu z Tryfana Maciek mi uciekł, ale dogoniłem go na punkcie żywieniowym z jakimiś 3 minutami straty.

Z Tryfanem w tle (gdzieś w chmurach)

W świetnie zaopatrzonym punkcie wypiłem ciepłą zupę i kawę. Zjadłem również kilka kanapek i pieczonych ziemniaków, gdyż byłem dość głodny i spragniony czegoś innego niż żele i batony. Oczywiście byłem już mega zmęczony i obolały, ale zadowolony, że został przede mną ‘tylko’ jeden, ostatni odcinek.

Odcinek 3: Carneddau

Maciek został na punkcie na trochę dłuższy postój. Ja ruszyłem będąc pewien, że tak mnie później dogoni. Odcinek zaczął się, podobnie do dwóch wcześniejszych, od długiego podejścia zakończonego szczytem nr 9: Pen yr Ole Wen. Podobnie jak na sekcji Glyderau tak i to było sporo w miarę płaskiego terenu i łagodnych, niedługich zbiegów gdzie mogłem trochę pobiegać.

Podejście pod (chyba) Carnedd Dafydd

Zaliczywszy Carnedd Dafydd (szczyt nr 10) było sporo biegania aż do podejścia pod Yr Elen (nr 11). Na kolejnym podejściu dogonił mnie Maciek i razem zdobyliśmy nr 12: Carnedd Llewelyn. Łagodny zbieg i następnie niedługie podejście i Foel Grach (nr 13) z głowy. Z Foel Grach był kolejny dość przyjemny zbieg i szybkie, łagodne podejście na Carnedd Gwenllian (nr 14) i w niedługim odstępie, trzymawszy szybkie tempo, odhaczyliśmy ostatni szczyt: Foel-fras.

Ostatni zbieg w kierunku mety

Został tylko kilkukilometrowy zbieg do mety. Na szczęście w dużej mierze był to zbieg łagodnym i trawiastym stokiem albo dość wygodną ścieżką, więc napieraliśmy jak się dało z zamiarem zmieszczenia się poniżej 12 godzin. Wiedzieliśmy, że będziemy na styku. Motywujące było to, że na tym długim zbiegu udało nam się nawet wyprzedzić trzech zawodników.

Meta

Po ostatnim odcinku trawiastym został niedługi bieg drogą. Na metę wbiegliśmy niecałe 3 minuty przed godziną 17, więc udało się zakończyć poniżej 12 godzin! W tym momencie muszę podziękować Maćkowi, bo na ostatnim zbiegu spokojnie był w stanie przyspieszyć i ukończyć kilka minut przede mną. Z racji, że sporo biegu pokonaliśmy razem zdecydował się żebyśmy i zakończyli razem co było bardzo miłe z jego strony. Nasz wynik dał nam miejsce 82 pośród 149 finiszerów, z których ostatni zakończył po ponad 17 godzinach.

Wbiegamy na metę!

Na mecie czekała już moja żona z aparatem fotograficznym w pogotowiu i uwieczniła nasz finisz. Obok mety wypoczywali już Andrzej i Mariusz, którzy finiszowali z czasem około 9 godzin w drugiej dziesiątce zawodników. Szacun! Jeszcze większe gratulacje dla Jarka, ich kolegi, którego ja dopiero co poznałem. Jarek zakończył na 6 miejscu z czasem 8 godzin i 34 minuty! Zwycięzca potrzebował 7 godzin i 25 minut na pokonanie trasy… dla mnie niewiarygodne!

Zaczynam nawadnianie po biegu, pod bacznym okiem mojej wiernej kibicki 🙂

Po wbiegnięciu na metę, kiedy emocje opadły, dopiero poczułem jaki jestem zmęczony. Byłem kompletnie wycieńczony i obolały i ledwo co byłem w stanie jeść smakowite jedzenie przygotowana przez organizatorów! Całe szczęście, że w naszym B&B mieliśmy do dyspozycji wannę, gdzie wziąłem sobie długą, gorącą, regeneracyjną kąpiel. Tak się rozluźniłem, że nawet przysnąłem na kilkanaście minut w wannie 😊.

Polska reprezentacja: liczna i godna!

Podsumowanie

Po dobrych wynikach w kwietniowym Harpaganie (6 miejsce, relacja tu) i majowym Kieracie (37 miejsce, relacja tu) rzeczywistość pokazała, że w biegach typu skyrace to nie mam co liczyć na dobre wyniki: za wysokie progi. Mimo tego, jestem zadowolony, że udało się ukończyć przyzwoicie i bez żadnej kontuzji. Co ciekawe, w sobotę, kilka godzin po biegu czułem się całkiem dobrze. W niedzielę byłem obolały ale było znośnie. W poniedziałek i wtorek za to miałem takie zakwasy, że ledwo chodziłem! Zaskakująco, nie tylko nogi dostały w kość ale również ręce i barki. Ma to jednak sens, biorąc pod uwagę ostre odcinki gdzie sporo musiałem się podciągać rękoma czy schodzić na czworaka.

Trofea do kolekcji: pamiątkowa podstawka i jadalny, zjedzony już, medal

Same zawody gorąco polecam. Jest to bardzo klimatyczny bieg, który nie jest mocno skomercjalizowany i gdzie widać pasję organizatorów i biegaczy. W połączeniu z piękną lokalizacją w Snowdonii i wymagającą trasą, V3K gwarantuje niezapomniane wrażenia.

Trasa biegu
Profil wysokościowy trasy. Wysokość w metrach, odległość w kilometrach.

Na zakończenie zapraszam do obejrzenia mojego nagrania z biegu. Biegłem z kamerkę GoPro na czole i nagrywałem krótkie filmiki starając się oddać klimat biegu i piękno gór. Przez większość czasu byliśmy w chmurach więc niestety nie mogłem za bardzo pokazać pięknych widoków, ale mimo wszystko wyszło chyba nieźle 😊. Nagranie trwa tylko 5 minut i koniecznie trzeba je oglądać z włączonym dźwiękiem!

Pozdrawiam,

Marcin

Trening- szybkie 10 km

Niedawno  jedna regularna czytelniczka i wierna fanka bloga zapytała się jak trenować żeby być szybszym. Stwierdziłem, że jest to dobry materiał na krótki wpis, więc proszę bardzo, dziś na tapecie szybkie 10 km.

W zeszłym tygodniu zrobiłem sobie taki właśnie trening podczas przerwy lunchowej w pracy. Zacząłem od ponad 1 km lekkiego truchtu w celu rozgrzania się. Następnie przyspieszyłem z zamiarem przebiegnięcia 10 km najszybciej jak potrafię.

Pierwsze 3 km przebiegłem ze średnią 12 km/h. Na następnych 3 km troszkę zwolniłem, gdyż było lekko pod górę. Muszę wspomnieć, że był to wyjątkowo ładny dzień: słonecznie i temperatura około 24 stopni, co bardzo szybko dało się we znaki. Na kolejnych 2 km utrzymywałem wciąż prędkość lekko poniżej 12 km/h na łagodnym zbiegu, ale miałem już serdecznie dość i chciałem zakończyć na 8 km. Jakoś jednak zmusiłem siebie do kontynuowania, lecz ostatnie 2 km były już znacznie wolniejsze, gdyż opadłem z sił i był do tego jeszcze kawałek pod górę. Wymęczywszy te ostatnie minuty zakończyłem 10 km z czasem 52:48.

Po tym doczłapałem około 1,5 km powoli z powrotem do pracy, gdzie po krótkim odpoczynku wziąłem prysznic i chyba jeszcze z godzinę dochodziłem do siebie. Normalnie 10 km jestem w stanie bez problemu przebiec poniżej 50 minut, więc zrzucam słaby wynik na wysoką temperaturę. Trening uważam mimo tego za udany, gdyż czułem się po nim wycieńczony, ale zadowolony, że wykonałem kawałek dobrej roboty. Co ciekawe, w trakcie biegu, jak również tuż po, powtarzałem sobie w myślach jak nienawidzę szybkiego biegania, jak nienawidzę biegania na 10 km i podobnych, krótkich dystansów i jak zamiast tego wolę biegać swoim wolnym tempem w ultramaratonach.

Podsumowując, mój wpis nie brzmi zachęcająco, nieprawdaż? Taka jest jednak rzeczywistość: nie każda przebieżka jest przyjemna; trzeba się czasem skatować na treningach, żeby wzmocnić swój organizm, żeby później szło szybciej i łatwiej. Warto w tym momencie nadmienić, że taki trening robię nie częściej niż raz w tygodniu; biegając tak intensywnie częściej, można sobie zrobić krzywdę albo się wypalić.

Trasa biegu: widać gdzie było szybko a gdzie nie

Pozdrawiam,

Marcin

Kierat 2017- relacja z biegu

Międzynarodowy Ekstremalny Maraton Pieszy Kierat (http://maratonkierat.pl/), bo taka jest jego pełna nazwa, jest czymś o czym myślałem już od ładnych kilku lat. Zawsze były jednak niesprzyjające okoliczności ku wystartowaniu w Kieracie. Bo to za mały odstęp czasowy od mojego startu w Harpaganie, bo to jakaś impreza rodzinna, bo to nie będę tak często latał za Polski, bo to bilety lotnicze do Krakowa za drogie itd. Tym razem jednak, z racji ponad dwutygodniowego urlopu w Polsce z rodziną dogadałem się z moim wieloletnim Harpaganowym partnerem Michałem, że jedziemy i dostałem od małżonki dyspensę na 3-dniowy wypad na południe Polski. Zapisałem się na bieg już w lutym i od tego czasu byłem podekscytowany myślą o tej wyprawie!

O Kieracie

Kierat jest marszem/biegiem na orientację na dystansie 100km, czyli bardzo podobna koncepcja do Harpagana. Jakie zasady panują na takich biegach opisałem dokładnie w moim wpisie z Harpagana w sekcji O Harpaganie. Główne dwie różnice między Kieratem a Harpaganem to:

  1. Na Harpaganie są dwie pętle po ok. 50km, z możliwością przepaku w bazie między pętlami. Na Kieracie jest jedna pętla długości 100km. Co ok. 25km organizatorzy zapewniają wodę, a na ok. 50km również gorące zupki, kawę czy herbatę. Jedzenie na trasie nie jest zapewnione więc trzeba wziąć ze soba tyle, żeby wystarczyło potencjalnie na cały bieg. Ewentualnie można zrobić zakupy w mijanych sklepach, jeśli jakieś będą;
  2. Kierat odbywa się w Beskidzie Wyspowym, więc w górach, czyli jest znacznie więcej przewyższeń do pokonania niż na relatywnie płaskim Harpaganie.

Oczekiwania

Mój plan był taki, żeby zejść poniżej 24 godzin i zająć miejsce w pierwszej setce. Nic specjalnie ambitnego biorąc pod uwagę, że całkowity limit na ukończenie biegu to 30 godzin. Michał był za to o wiele ambitniejszy w swoich oczekiwaniach uważając, że powinniśmy brać na cel 20 godzin. Nie było to wg mnie niewykonalne, aczkolwiek całkiem ambitne, szczególnie, że nie znaliśmy terenów i miało być sporo przewyższeń.

W drodze na Kierat

O 6 rano w piątek 26 Maja zgarnąłem Michała na Oruni Górnej i ruszyliśmy w trasę na południe. Dzięki nowej autostradzie A1 jazda na południe to bajka w porównaniu do tego jak pamiętam się jechało kilka lat temu. Po ponad 2 godzinach minęliśmy Łódź, po 5 godzinach byliśmy koło Krakowa, a po 6,5 godzinach od wyjechania z Gdańska zaparkowaliśmy przed bazą zawodów w Słopnicach, sporej wsi położonej w połowie drogi między Rabką a Nowym Sączem.

Analiza mapy podczas konsumpcji przedstartowej shoarmy

Zarejestrowaliśmy się, odebraliśmy nasze pakiety startowe i poszliśmy do pobliskiej knajpy coś zjeść. Mając kilka godzin do startu rozłożyliśmy się w sali gimnastycznej, żeby trochę odpocząć po jeździe.

Mój sprzęt rajdowy. Trochę tych bambetli jest…
Zwarci i gotowi do startu

Godzinę przed startem byliśmy już spakowani i gotowi do wyjścia; poszliśmy na start zawodów na pobliskie boisko sportowe. O godzinie 17:30 Sędzia Główny Andrzej Sochoń powiedział co miał powiedzieć i na kilka minut przed godziną 18:00 660 osób wypełniło boisko w gotowości do startu.

Na starcie zawodów w oczekiwaniu na solilokwium sędziego głównego

Relacja punkt po punkcie

Zanim przejdę do własnej relacji polecam relację zwycięzcy Kierata, Krzysztofa Lisaka: http://maratonkierat.pl/kierat14/kierat17kl.htm. Podoba mi się jej format, który pozwolę sobie również zastosować u mnie. Oprócz formatu widać też klasę zawodnika, do której mi niestety wciąż daleko…

Na poszczególnych mapkach naniosłem ślad GPS mojego przebiegu, przy czym ślad ten odzwierciedla również prędkość:

  • intensywna zieleń oznacza bieg, jasna zieleń oznacza trucht
  • kolor żółty to generalnie będzie marsz, czyli średnia około 5-6 km/h
  • kolor czerwony to brak ruchu, albo ruch bardzo powolny jak mozolne wdrapywanie się pod górę ze średnią 2 km/h

Kolorem fioletowym na mapie jest zaznaczony, podany przez organizatora po zawodach, przebieg optymalny.

Powyżej nagranie ze startu. Moja łysina pojawia się w środku kadru około 22 sekundy a znika w 25 sekundzie.

Start – PK1

O 18:00 ruszyliśmy ze Słopnic i szybko 660 ludzi podzieliło się na biegaczy i piechurów. Z Michałem ruszyliśmy spokojnym truchtem, tak na oko mając ok. 100 osób przed sobą. Po pokonaniu LOP-ki (Linii Obowiązkowego Przejścia) przeszliśmy w chód kontynuując dość oczywistą trasą pod górę.

W drodze na Punkt 1

Był to piękny, słoneczny dzień i jak się tylko rozgrzałem pot lał się ze mnie strumieniami, szczególnie na podejściach. Punkt 1 osiągnięty bez problemów.

PK1 – PK2

Początek podejścia pod masyw Mogielicy

Po mozolnym podejściu na zbocze Mogielicy (co widać po dużej ilości koloru czerwonego na śladzie) nie trafiliśmy od razu na ścieżkę którą mieliśmy strawersować Mogielicę, więc trzeba było iść na azymut przez las.

Szukając zejścia z masywu Mogielicy w kierunku Punktu 2

Zejście na drogę oznaczoną na mapie białym kolorem okazało się małym koszmarem bo ścieżka zniknęła w lesie i trzeba było przebijać się przez gęsty las i zarośla w dół ostrego stoku. Na szczęście jednak trafiliśmy na jakąś drogę która po chwili doprowadziła nas do białej drogi, którą już szybko i sprawnie dotarliśmy na Punkt 2.

PK2 – PK3

Nawigacyjnie bardzo prosty przebieg, bo w znacznej mierze szlakami turystycznymi. Na tym odcinku mogliśmy jeszcze podziwiać piękne widoki i cudowny zachód Słońca. W okolicach Jasienia zaczęło padać i konkretnie się ściemniło, więc trzeba było włączyć czołówki. Deszcz był dośc intensywny, na szczęście za to krótkotrwały i przyjemnie odświeżający. Na Punkt 3 trafiliśmy bez problemu o 21:09.

Podeszczowa świeżość nastała w drodze na Punkt 3

PK3 – PK4

Był to drugi najdłuższy odcinek, do tego nawigacyjnie nieoczywisty więc wymagający uważnej nawigacji. Z Punktu 3 zlecieliśmy najszybciej jak się dało do drogi. Po drodze, podobnie do zwycięzcy, mieliśmy bliskie spotkanie z krowami, które wyszły na drogę… na szczęście w naszym przypadku były to tylko 2 cielaki które szybko uciekły na łąkę.

Na odcinku między drogą nr 968 a wsią Konina trochę się pogubiliśmy i trzeba było iść na azymut przez trawy i jary do czasu aż trafiliśmy na drogę którą następnie szybko zbiegliśmy do Koniny. Stamtąd droga na punkt była już nawigacyjnie prosta, aczkolwiek nie zdecydowaliśmy się na wariant zaznaczony na mapie jako optymalny, gdyż wg mapy tam nie miało być żadnej drogi.

Na PK4 pojawiliśmy się o 23:06. Oznaczało to 29km pokonane w 5 godzin i 6 minut. Garmin pokazał 30,74 km, więc póki co niedużo nadłożyliśmy. Ekipa sędziowska poinformowała nas, że zajmujemy miejsce w ósmej dziesiątce. Na punkcie uzupełniliśmy wodę i ruszyliśmy dalej.

PK4 – PK5

Miał być oczywisty i szybki zbieg do Koninek, ale skręt w złą drogę sprawił, że odbiliśmy za bardzo na południe i musieliśmy się przebijać przez łąki i chaszcze zanim w końcu dotarliśmy do drogi. Kilka cennych minut to nas kosztowało. Następnie dość sprawnie aż do żmudnego podejścia pod Groń. Tuż przed Ostrą miałem okazję wbić się niemalże bezpośrednio na punkt; niestety poleciałem za bardzo na północny-zachód i zszedłem za nisko, w konsekwencji czego musiałem atakować punkt od dołu. Ten jeden błąd kosztował mnie dobre 10-15 minut, więc miałem wtedy parszywy humor.

PK5 – PK6

Początek zbiegu do Jasionowa dość szybki. W wąwozie ścieżka zniknęła i trzeba było brnąć przez chaszcze wzdłuż strumienia aż dotarliśmy do cywilizacji. Z Jasionowa kawałek szybkiego zbiegu po czym mega żmudne i dłużące się podejście w znacznej mierze żółtym szlakiem do schroniska PTTK Stare Wierchy. Stamtąd z kolei powoli w dół do dolinki. Powoli, bo po miejscami błotnistej, miejscami kamienistej drodze ciężko było biec i zmęczenie dawało się we znaki. W dolince kawałeczek biegu i następnie żwawy marsz lekko pod górę do Punktu 6. Tam przyjemna niespodzianka- organizatorzy zapewnili kiełbasy z grilla! Zatrzymaliśmy się na chwilkę dłużej niż zwykle, żeby w spokoju spałaszować po zalanej keczupem kiełbasie- niebo w gębie!

Mniam mniam!

PK6 – PK7

Kluczowy odcinek bo prowadzący na półmetek z gorącymi zupkami! Pierwsze kilka kilometrów pokonaliśmy żwawym marszem idąc drogą wzdłuż strumienia. W pewnym momencie droga zniknęła i trzeba było iść korytem strumienia, skacząc z kamienia na kamień i nieraz mocząc sobie buty. Generalnie bardzo malownicza trasa, którą fajnie by było sobie przejść za ładnego dnia a nie w środku nocy mając już ponad 40km w nogach!

W pewnym momencie odbiliśmy od strumienia i po mozolnej wspinaczce mogliśmy przyspieszyć grzbietem. Po wbiciu się na niebieski szlak, który miał już nas zaprowadzić do samego punktu, dostałem kopa i narzuciłem ostre tempo, biegnąc przez większą część tego odcinka. W międzyczasie zaczęło świtać i o godzinie 4:39 zameldowaliśmy się z Michałem na Punkcie 7.

Na Punkcie 7

Punkt 7 to 55 km czyli ponad połowa trasy. Dotarcie tu zajęło nam ponad 10,5 godziny, więc cel 24 godzin wydawał się jak najbardziej w zasięgu, za to cel 20 godzin trochę mniej; szczególnie, że ta druga część trasy wyglądała na nawigacyjnie znacznie trudniejszą. Garmin pokazał, że pokonaliśmy 58 km czyli ciągle narzut całkiem przyzwoity. Obsługa poinformowała nas, że zajmujemy miejsca około 50, czyli znaczny progres od Punktu 4, mimo błędów nawigacyjnych. Na punkcie uzupełniłem zapas wody, wypiłem jedną zupkę oraz jedną herbatę i ruszyliśmy dalej.

PK7 – PK8

Stosunkowo krótki odcinek: najpierw żmudne podejście pod Chorobowską (jakieś 200 metrów w pionie w górę), po czym zagwozdka czy iść mocno na około, czy może zaryzykować drogą której nie było na mapie.

Zejście drogą której nie było na mapie

Wybrałem opcję drugą co okazało się świetną decyzją, gdyż sprawnie trafiliśmy na punkt gdzie okazało się, że od Punktu 7 przesunęliśmy się o prawie 10 miejsc w górę. Na pukcie kolejna niespodzianka, tym razem żywieniowa, gdyż mogliśmy wziąć sobie po bułce z serem, co posłużyło jako świetne uzupełnienie kalorii i przełamanie słodkiego smaku żeli i batonów.

Jest i Punkt 8

PK8 – PK9

Nawigacyjnie odcinek dość prosty: najpierw podejście na Przełęcz Knurowską, potem zbieg do wsi, a następnie kolejne żmudne podejście. Punkt 9 usytuowany na polance znaleźliśmy bez problemu.

Widoczek z Przełęczy Knurowskiej

PK9 – PK10

Chyba najgorszy odcinek ze wszystkich! Po dość powolnym zejściu mokrą i kamienistą ścieżką wybrałem ewidentnie zły wariant. Po fakcie widzę, że warianty organizatora czy Krzyśka Lisaka były o niebo lepsze.

Po żmudnym podejściu pod Skalisty Gronik, sugerując się innym zawodnikiem, ruszyliśmy na azymut w kierunku Jamnego, co było męczącym i powolnym zejściem przez wilgotne łąki i chaszcze. Z Jamnego ruszyliśmy znów pod górę drogą która po chwili rozpłynęła się na ostrym stoku w gęstym lesie. Iście ślimaczym tempem brnęliśmy pod górę licząc, że lada chwila trafimy na drogę. Wtedy byłem konkretnie wściekły i miałem tego wszystkiego dość, co Michał może potwierdzić jako świadek moich niekończących się obelg kierowanych pod adresem góry, lasu, gałęzi, kamieni i innych przedmiotów, które za nic miały sobie moje słowa.

W końcu trafiliśmy na drogę, którą dotarliśmy do zielonego szlaku, z którego na azymut pokierowaliśmy się w dół doliny. Po wyczerpującym i irytującym przebijaniu się przez las i dłużącym się zejściu drogą zawitaliśmy na Punkcie 10. Odcinek o długości 8 km pokonaliśmy w 2 godziny i 42 minuty czyli z porażającą średnią prędkością 3 km/h! Nie wiem dokładnie ile ale spadliśmy w klasyfikacji o sporo miejsc.

PK10 – PK11

Nadal  wściekły, zmęczony, obolały i z denerwującymi obtarciami na piętach, zamiast trochę odpocząć musiałem ruszyć ostro w górę, żeby się wdrapać na drogę trawersującą Strzelowskie. Żeby było mało, to okazało się, że chyba przebijając się przez chaszcze, zgubiłem jeden z moich dwóch bidonów Salomon Softflask. Abstrahując od tego, że same bidony są dość drogie, oznaczało to, że na ten długi odcinek będę miał bardzo mało picia. W rezultacie okoliczne drzewa usłyszały kolejny stek bluzg.

Po masakrycznym i powolnym podejściu w końcu wbiliśmy się na drogę. Po kilkudziesięciu metrach stwierdziłem, że muszę jednak usiąść i ogarnąć swoje stopy; Michałowi powiedziałem żeby szedł i nie czekał. Usiadłszy na trawie, zdjąłem buty i przemoczone skarpety, oczyściłem trochę stopy i zakleiłem plastrami otarte pięty oraz jeden palec. Na szczęście nie miałem żadnych pęcherzy. Założyłem nowe skarpety, buty i … poczułem się jak nowo narodzony! Cały przystanek trwał może tylko 5-7 minut, a efekt był zbawienny. Dostałem od razu silnego kopa i mogłem szybko biec na nogach, które wydawały się niewiarygodnie świeże.

Jak widać na śladzie drastycznie zwiększyłem tempo niemal cały czas biegnąc wzdłuż Strzelowskich. Po kilku minutach dogoniłem Michała i nie zatrzymując się zostawiłem go w tyle, zakładając, że to ten moment, że Michał by nie utrzymał mojego tempa i będzie kontynuował własnym tempem. Przed zbiegiem do Młynnego popełniłem błąd nawigacyjny i nietrafiwszy na dobrą ścieżkę musiałem brnąć do drogi w dół ostrego stoku. Po szybkim zbiegu do Młynnego było powolne podejście po czym szybki zbieg do Punktu 11 w Kamienicy. Ostatnie kilka kilometrów musiałem racjonować sobie wodę, na szczęście udało się dotrzeć bez kryzysu.

Punkt 11 zaliczyłem o 12:06, czyli pokonałem 82 km (a w rzeczywistości 86,3 km) w czasie 18 godzin i 6 minut. Od PK10 kilka miejsc na pewno odrobiłem. Na punkcie uzupełniłem wodę, napiłem się jeszcze na zapas i ruszyłem dalej.

PK11 – PK12

Nawigacyjnie najprostszy odcinek gdzie nie dało się zgubić. Prosty, tyle że nie za szybki z racji długiego podejścia na Zbludzkie Wierchy.

PK12 – PK13

Ostatni długi odcinek, trasę wybrałem dobrą, co widać po śladzie i pokonałem ją relatywnie szybko. Sporo podbiegałem i szybko maszerowałem. Na całym odcinku wyprzedziłem bodajże 8 osób, co nie ukrywam, było dość budujące i motywujące do dalszego napierania. Na punkcie pojawiłem się o 14:25 (20 godzin i 25 minut w trasie) i liczyłem, że uda mi się finiszować poniżej 21 godzin.

Gdzieś w drodze na Punkt 13

PK13 – Meta

Miał to być szybki i oczywisty przebieg: ścieżką do drogi i później banalnie wzdłuż głównej drogi. Jakimś cudem (czytaj przez moją nieuwagę) nie poleciałem ścieżką zaznaczoną przez organizatora tylko jakąś inną, która w pewnym momencie się urwała i musiałem iść w kierunku drogi na azymut. Tuż przed samą drogą musiałem przebić się przez las pokrzyw i chaszczy, które niemiłosiernie poparzyły i podrapały moje łydki. Wzdłuż drogi niemal nieprzerwanie biegłem, lecz kilka minut stracone w pokrzywach sprawiło, że nie wyrobiłem się w czasie i finiszowałem o 15:02.

Koniec!

Podsumowanie

Kierata zakończyłem z czasem 21 godzin i 2 minut, pokonawszy wg mojego Garmina 104,83 km dystansu i  4540 metrów przewyższeń, co uważam jest bardzo dobrym wynikiem, biorąc pod uwagę niejednokrotne błądzenie i kilka suboptymalnych wariantów. Wynik ten dał mi wysokie  37 miejsce, z czego jestem niezmiernie zadowolony. Po moim kryzysie w okolicach Punktu 10 i poświęceniu kilku minut na uporządkowanie swoich stóp udało mi się odrobić dobre 20 miejsc.

Podsumowanie z Garmin Connect

Michał zawitał na metę o 16:30, więc niecałe półtora godziny po mnie, zajmując również wysokie 51 miejsce. W sumie, na 660 startujących, 263 osoby ukończyły Kierata w limicie 30 godzin.

Kolejny piękny medal do kolekcji

Fizycznie bardzo dobrze zniosłem ten start. Poza otarciami na piętach i odrapanych łydkach nie miałem żadnych pęcherzy na stopach. Pęcherze mi dokuczały na kilku poprzednich biegach, więc cieszę się, że udało mi się ich uniknąć. Co ważniejsze, nawet kilka dni po Kieracie nie miałem żadnych zakwasów czy bóli mięśniowych, co świadczy, mój organizm dobrze to zniósł (ktoś inny może to zinterpretować, że za słabo napierałem hehe). Tydzień po Kieracie przebiegłem sobie treningowo dystans półmaratonu z czasem poniżej 2 godzin, więc jestem gotowy na kolejny start już niedługo.

Ogólne wrażenie z Kierata naprawdę pozytywne. Jest to bardzo dobrze i profesjonalnie zorganizowana impreza, gdzie widać, że organizatorzy wkładają dużo serca i wysiłku, żeby wszystko się udało. W połączeniu z piękna scenerią Beskidu Wyspowego i Gorców jest to teraz jeden z moich topowych biegów, na którym jeszcze kiedyś będę chciał się pojawić.

Dla zainteresowanych- mapa w całej okazałości

Pozdrawiam,

Marcin

Światowy Dzień Orientacji 2017

24 maja 2017 roku na całym świecie odbyły się lokalne biegi na orientację z okazji Światowego Dnia Orientacji (WOD- World Orienteering Day- http://worldorienteeringday.com/). Celem tej akcji jest popularyzacja biegów na orientację, szczególnie wśród dzieci i młodzieży w szkołach jako aktywnej formy rozrywki i ciekawego sportu rozwijającego sprawność intelektualną.

Na moim blogu do tej pory nie pisałem o biegach na orientację, które, obok biegania w ultramaratonach, są moją drugą pasją. Moją przygodę zacząłem od marszów na orientację w harcerstwie w szkole podstawowej. Następnie byłem przez kilka lat związany z Klubem Imprez na Orientację “Neptun” Gdańsk, zdobywając nawet tytuł Mistrza Województwa Pomorskiego w kategorii juniorów w roku 2001.

Po kilkuletniej przerwie odnowiłem swój kontakt z orientacją, startując w 2006 roku w Harpaganie, czyli rajdzie na orientację, tyle że na dystansie 100 km. Od tego momentu wkręciłem się w marsze/biegi długodystansowe. Na przestrzeni lat moich startów w Harpaganach ewoluowałem od maszerowania do biegania na orientację. Po jakimś czasie od przeprowadzki do Wielkiej Brytanii, w 2012 roku dołączyłem do Thames Valley Orienteering Club, czyli lokalnego klubu orientacji sportowej w Oxfordzie. Regularnie staram się startować w lokalnych i regionalnych biegach na orientację, zwykle traktując je jako dobry trening fizyczny i mentalny, gdyż w orientacji sportowej trzeba bardzo sprawnie i dokładnie nawigować oraz szybko biegać.

Wracając do WOD 2017, 24 maja akurat byłem z rodziną na urlopie w Polsce i stwierdziłem, że warto będzie skorzystać z okazji i przebiec się po Parku Reagana w Gdańsku na imprezie zorganizowanej przez ludzi od Harpagana. Z założenia miała to być raczej lekka przebieżka, gdyż 2 dni później miałem startować w Kieracie- górskim ultramaratonie na dystansie 100 km (o tym będzie kolejny wpis na blogu).

Punkt zaliczony!

Najpierw wyruszyliśmy rodzinnie na trasę krótką, gdzie za znajdywanie punktów i podbijanie karty kontrolnej odpowiedzialna była Ola. Zdobyliśmy bodajże 10 z wymaganych 20 punktów kontrolnych, po czym uwaga Oli nieodwracalnie spoczęła na mijanym właśnie placu zabaw. Oznaczało to koniec trasy dla teamu Krzysztofik.

Ola z tatą w drodze po kolejny punkt

Gdy Ola pod nadzorem swojego dziadka mogła w spokoju eksplorować rozległy plac zabaw, ja mogłem wyruszyć na trasę długą, gdzie było 30 punktów do podbicia. Podbicie wszystkich punktów zajęło mi 35 minut co było trzecim najszybszym czasem na trasie. Biegłem dość szybko, wbrew moim wcześniejszym planom, żeby była to lekka przebieżka. Na szczęście 2 dni na później na Kieracie nie czułem żadnych negatywnych konsekwencji 😊.

Na koniec ja po moim biegu

Podsumowując, uważam, że WOD jest świetną inicjatywą. Sam bardzo zachęcam do startów w marszach czy biegach na orientację. Jest to rozwijająca i aktywna forma spędzania czasu dla całych rodzin, co było widać w Parku Reagana w Gdańsku, gdzie w sumie wystartowały 223 osoby; pośród nich kilka znajomych twarzy oraz wiele rodzin z dziećmi.

Pozdrawiam,

Marcin

Ciekawe miejsca- Paryż

Po moich ostatnich dość długich relacjach z Viking Way Ultra (relacja tu) oraz z Harpagana (relacja tu) wracam kontynuując wątek podróżniczy- tym razem na tapecie stolica Francji. W Paryżu bywam służbowo dość często, raz na miesiąc albo dwa. Często są to szybkie wizyty typu wylot rano i powrót wieczorem tego samego dnia (czasem nie wylot tylko przejazd tunelem pod kanałem La Manche), co naturalnie eliminuje możliwość pobiegania. Jednak gdy tylko zostaję na więcej niż jeden dzień to staram się korzystać z okazji. W Paryżu mam dwa ulubione miejsca do biegania: Lasek Buloński, położony w 16. dzielnicy czyli całkiem centralnie; oraz forêt domaniale de Verrières (dosłownie las państwowy w Verrières, gminie na południe od Paryża). Są też niewątpliwie inne miejsca, które być może odkryję.

Lasek Buloński

Lasek Buloński (Bois du Boulogne) jest drugim co do wielkości parkiem w Paryżu, utworzonym w latach 1852-1858 na zlecenie Imperatora Napoleona III (nie mylić z Napoleonem Bonaparte- wujkiem Napoleona Trzeciego). Napoleon III aktywnie uczestniczył w projektowaniu parku i co ciekawe, rzekomo wzorował się na londyńskim Hyde Park-u, którym się zachwycił podczas pobytu w Londynie. Stąd też w Lasku Bulońskim ładne stawy i strumyki. Wikipedia przedstawia o wiele więcej szczegółów w które specjalnie nie chce mi się wchodzić więc zainteresowanych odsyłam tu: https://pl.wikipedia.org/wiki/Lasek_Bulo%C5%84ski.

Dobrze skorzystać z ładnej pogody
Grand Cascade- wodospad i sztuczne groty w Lasku

Historia historią, ale dla mnie Lasek Buloński jest to przede wszystkim piękna, zielona oaza w środku betonowej dżungli i idealna miejsce do pobiegania z dala od spalin i zgiełku miasta. Z jednej strony lubię zwiedzać miasta przebiegając je wzdłuż i wszerz, czyli przebieżka wzdłuż Sekwany, pod wieżą Eiffla, przez Pole Marsowe, na Montmartre, dokoła Luwru, czy koło Katedry Notre Dame jest dla mnie czymś atrakcyjnym. Jednakże gdy mam pod bokiem opcję alternatywną taką jak Lasek Buloński to nie zastanawiam się długo.

Lac Inferieur- największe jeziorko w parku

Korzystając z pięknej, słonecznej pogody, 27 i 28 marca 2017 zrobiłem dwa biegi. Pierwszego dnia dłuższy, ponad 13 km, drugiego dnia krótszy, co by się nie przemęczyć przed zbliżającym się Viking Way Ultra. Regularni czytelnicy mojego bloga dostrzegą pewnie brak chronologii w moich wpisach. Wyjaśniam więc, że jest to spowodowane brakiem czasu na tak regularne pisanie jakbym chciał, w konsekwencji czego niektóre materiały, tak jak ten z Paryża, muszą czekać na bardziej dogodny czas żeby ujrzeć światło dzienne.

Trasa z 27 marca

Na koniec ciekawostka. Któregoś razu, gdy powiedziałem mojemu francuskiemu koledze, że byłem pobiegać w Lasku Bulońskim, to z niewiadomego dla mnie powodu zaczął się śmiać, po czym doradził mi żebym się tym specjalnie nie chwalił… Okazało się, że ma to związek z paniami lekkich obyczajów, które rzeczywiście widziałem w kilku miejscach. Przez to, że Lasek Buloński jest w Paryżu powszechnie znany jako miejsce, gdzie można skorzystać z usług świadczonych przez te panie, to „pójście do Lasku Bulońskiego” jest kojarzone przez Francuzów jednoznacznie :).

Trasa z 28 marca

Pozdrawiam,

Marcin

Harpagan 53- relacja z biegu

Ci którzy mnie znają to dobrze wiedzą, że Ekstremalny Rajd na Orientację Harpagan (ERnO Harpagan) zajmuje dla mnie od wielu lat święte miejsce w kalendarzu i regularnie staram się na niego przyjeżdżać, mimo, że od ładnych kilku lat mieszkam za granicą. W rzeczy samej, od mojego pierwszego Harpagana (edycja 31, kwiecień 2006) do tejże edycji numer 53, opuściłem tylko 3 Harpagany, a tenże Harpagan był 20-tym w którym startowałem. Tych którzy się dziwią, ile to edycji się odbyło w ciągu 11 lat to informuję, że Harpagan odbywa się dwa razy do roku, w kwietniu i w październiku.

Harpagany są rzeczywiście moimi najważniejszymi startami w roku i pod ich kątem staram się zwykle zbudować możliwie dobrą formę. W ciągu ostatnich kilku lat odniosłem kilka bardzo dobrych wyników (4 miejsce w październiku 2012, 5 w kwietniu 2013, czy mój największy sukces sportowy czyli 3 miejsce w kwietniu 2016 roku). Nawiązawszy nieraz walkę ze ścisłą czołówką nabrałem oczywiście apetytu na jeszcze lepsze wyniki. W październiku 2016 miałem nieudany start- zająłem miejsce 9, popełniwszy jeden bardzo kosztowny błąd nawigacyjny w drodze na jeden z punktów, więc zależało mi na zrehabilitowaniu się i na dobrym wyniku w kwietniu 2017.

Trochę niefortunnie, z racji niedostania się na bieg Grand Union Canal Race, który odbywa się w maju, zapisałem się na Viking Way Ultra, odbywający się tylko 20 dni przed Harpaganem. Mój start w Viking Way Ultra był niestety nieudany co opisałem szczegółowo w poprzednim wpisie na blogu (link tutaj). Dobrze wiedziałem, że przebiegnięcie 181 km 20 dni przed Harpaganem spowoduje, że nie będę w super formie na Harpaganie. Pierwszy tydzień po Viking Way Ultra trochę cierpiałem (bardziej psychicznie niż fizycznie), potem odżyłem i pobiegałem trzykrotnie w celu złapania rytmu i chęci do walki na Harpaganie. Tak więc przed startem czułem się psychicznie dość dobrze, choć świadomy, że mogę nie mieć tyle powera co zwykle. Fizycznie również czułem się dobrze, aczkolwiek 20 dni to było znacznie za mało na regenerację stóp po paskudnych pęcherzach i odciskach z Viking Way Ultra- mimo, że nic nie bolało, to skóra na stopach nie była jeszcze w pełni zregenerowana.

Zanim przejdę do szczegółów mojego występu na Harpaganie, pozwolę sobie opowiedzieć czym jest Harpagan i czym się go je. Trochę mi się rozwlekł ten paragraf, ale polecam go tym, którzy nie znają koncepcji rajdów/biegów na orientację.

O Harpaganie

Harpagan jest rajdem na orientację i oferuje w obecnej formie sporo tras do wyboru:

  • TP100- trasa piesza na dystansie 100km
  • TP50- trasa piesza na dystansie 50km
  • TP25- trasa piesza na dystansie 25km
  • TP10- trasa piesza na dystansie 10km (tzw. Harpuś)
  • TR200- trasa rowerowa na dystansie 200km
  • TR100- trasa rowerowa na dystansie 100km
  • TR50- trasa rowerowa na dystansie 50km
  • TM150- trasa mieszana (50km pieszo i 100 km rowerem)

Z powyższych tras dystansami ‘koronnymi’, czyli takimi na których jest przyznawany tytuł Harpagana, są TP100, TR200 i TM150. Pozostałe dystanse zostały wprowadzone kilka lat temu w celu zachęcenia większej ilości ludzi do spróbowania swoich sił w lesie z mapą. Ja od samego początku startuję tylko i wyłącznie na TP100.

Warto wspomnieć, że wszystkie powyższe trasy są trasami na orientację i wymagają uważnej nawigacji, umiejętności czytania mapy oraz znajomości obsługi kompasu. Co się z tym wiąże, to to, że dystans, np. 100km na TP100, jest wyliczonym przez organizatorów, możliwie najkrótszym i najbardziej optymalnym wariantem przejścia całej trasy (wzdłuż istniejących dróg i granic kultur, nie w linii prostej). W konsekwencji uczestniczy zwykle pokonują znacznie większe dystanse, gdyż nie każdy i nie zawsze wybierze optymalny wariant przejścia trasy.

Trasa na TP100 jest wyznaczona przez umieszczone w terenie punkty kontrolne (PK), przy czym cała trasa składa się z dwóch pętli (każda po około 50km). Na każdej pętli jest 10 punktów; koniec pierwsze pętli jest w bazie zawodów gdzie zawodnicy mają okazję zrobić tzw. ‘przepak’, czyli mając dostęp do swojego bagażu mogą się przebrać, wziąć dokładkę prowiantu na drogę czy zjeść/wypić coś w bazie. Na starcie biegu zawodnicy dostają mapę pierwszej pętli z zaznaczonymi punktami (ale bez zaznaczonej trasy biegu oczywiście!); Ci co dotrą na przepak dostają wtedy mapę drugiej pętli i mogą ruszyć na poszukiwanie kolejnych 10 punktów, po których meta biegu jest znowu w bazie zawodów.

Brzmi łatwo i przyjemnie, prawda? Pewnym ciekawym utrudnieniem, z którym spotykamy się na Harpaganie jest to, że mapy oferowane przez organizatorów są zwykle ‘lekko’ nieaktualne, czytaj pokazują jak teren wyglądał w latach 70-tych 20-go wieku. W konsekwencji, nieraz tam gdzie na mapie ma być las, w terenie jest droga; tam gdzie ma być droga na mapie, w terenie jest bagno; gdzie na mapie ma być wioska, w terenie nie ma śladu żadnych budynków. Innym utrudnieniem jest fakt, że TP100 zaczyna się o godzinie 21:00 więc pierwsza część rajdu odbywa się w nocy- ograniczona widoczność, nieaktualna mapa i czasem jeszcze niesprzyjające warunki pogodowe jak deszcz sprawiają, że nawigacja nie jest taka wcale prosta i przyjemna i nie jest niczym dziwnym, jak zamiast 100km na TP100 pokona się 120km.

H53- Cewice

Michał i ja w drodze do Cewic

Harpagan odbywa się co 6 miesięcy, wędrując po województwie pomorskim, dzięki czemu organizatorzy dają uczestnikom okazję poznania różnych zakątków województwa. Tym razem Harpagan po raz pierwszy odwiedził Cewice, małą miejscowość leżącą pomiędzy Lęborkiem i Sierakowicami. Tradycyjnie razem z Michałem, moim wieloletnim harpaganowym partnerem, wyjechaliśmy z Gdańska w piątek popołudniu i po godzinie 19 zameldowaliśmy się w bazie, odebraliśmy pakiety startowe i poszliśmy się rozłożyć w przygotowanej pod uczestników sali gimnastycznej, gdzie mieliśmy około jednej godziny na spokojne przygotowanie się do startu.

Kamizelka i niezbędne sprzęty (kompas, latarka, zapasowe baterie, odblask, pokrowiec na telefon, folia NRC, tabletki przeciwbólowe, tabletki elektrolitowe), oraz napoje i prowiant na pierwszą petlę
Z Michałem gotowi do startu

Na pół godziny przed startem, w pełni ubrani i spakowani poszliśmy oddać bagaże do przechowalni, po czym, przeczekawszy wewnątrz budynku do ostatniej chwili z powodu padającego deszczu, wyszliśmy na plac startowy gdzie około 165 uczestników zaczęło się ustawiać w kolejki w celu odebrania map (mapy wydawane 5 minut przed startem). Dostawszy swoją mapę, ustawiłem się na starcie i szybko ustaliłem drogę na pierwszy punkt kontrolny PK1. W międzyczasie dołączył do mnie Michał, oraz Tomek, z którym już na kilku Harpaganach razem biegliśmy. Punktualnie o godzinie 21:00 ruszyliśmy!

Tuż przed startem, analizuję mapę i planuję trasę na PK1… trochę mokro było

Część 1- mokro i zimno

Przelot na PK1 miał być szybki, prosty i łatwy- po kilku minutach od startu ‘ładna na mapie’ leśna droga, którą miałem w okamgnieniu dolecieć na punkt nagle zniknęła i skończyliśmy z chłopakami brnąc przez las. Straciwszy cenne minuty trafiliśmy na jakąś drogę, która nas doprowadziła do torów kolejowych i po kilku chwilach trafiliśmy na punkt. Przed punktem spotkaliśmy mojego dawnego kolegę Mateusza, który wybrał wariant niby bezpieczniejszy, ale i tam trasa nie była oczywista.

Mapa pierwszej pętli

Nie tracąc czasu ruszyliśmy w kierunku PK2- nawigacyjnie przelot był prosty, lecz nie bardzo szybki z powodu całkiem stromych i częstych podejść. Ciągle siąpiący i momentami rzęsisty deszcz nie pomagał, ale póki sporo biegliśmy to nie było mi zimno a przemoczone już buty póki co nie stanowiły problemu. Po łatwo znalezionym PK2 większą grupą, razem z Michałem, Tomkiem, Mateuszem i kilkoma innymi osobami w pobliżu ruszyliśmy szybko z górki w kierunku PK3. Nim się obejrzałem okazało się, że minęliśmy ważne skrzyżowanie i odbiliśmy za bardzo na zachód. Mateusz i reszta pobiegli dalej, ja za to naszą trójkę poprowadziłem w chaszcze, przez które przebrnąwszy i straciwszy cenne minuty trafiliśmy na dobrą drogę i bez kolejnych błędów szybko dolecieliśmy na PK3, gdzie znów spotkaliśmy Mateusza i od tego momentu już trzymaliśmy się razem.

Deszcz nie ustawał i przy każdym spowolnieniu robiło się nieprzyjemnie zimno- tak więc była motywacja do biegnięcia. Opracowałem, wydawało mi się, ładną trasę na PK4 i po 2 kilometrach ładnej drogi w dobrym tempie droga zniknęła i trzeba było brnąć powoli przez zaorane pole. Potem znów kawałek drogi i po paruset metrach abrakadabra, czary mary i drogi nie ma… w konsekwencji pół kilometra męczącego brnięcia przez pole do granicy lasu, skąd droga na punkt była już nawigacyjnie prosta, ale biegać się za bardzo nie chciało, czy może nie było chwilowo siły… nie pamiętam.

Zdjęcie zrobione chyba gdzieś w okolicach PK3

Przelot na PK5 był początkowo dobry i szybki (z górki trochę było), lecz w pobliżu punktu coś pokpiliśmy i dłuższą chwilę kręciliśmy się wokoło aż któryś z nas (chyba ja) wpadł na genialny pomysł gdzie jesteśmy no i się udało- PK5 zdobyty 21 minut po północy. Nominalnie było to dopiero 19,5 km trasy pokonane w 3h 21min dając niepowalającą średnią 5,8km. W rzeczywistości jednak odczyt śladu GPS z mojego zegarka Garmin, odczytany i przeanalizowany po fakcie w domu wykazał, że na PK5 to ja już miałem nie 19,5 a 23 km w nogach, dając rzeczywistą średnią 6,9 km/h.

Ruszywszy na PK6 energii i chęci do biegania i początek tego odcinka był powolny. Szybko okazało się, że nie było porządnej drogi tam gdzie jej oczekiwaliśmy w rezultacie czego brnęliśmy powoli to przez chaszcze, to przez wysokie trawy, omijając ogrodzone zagajniki i licząc, że sytuacja się wkrótce wyklaruje. Wyklarowała to nam się wtedy pogoda i przestało padać. Założyłem drugą parę rękawiczek i trafiwszy w końcu na lepszą drogę chcąc się rozgrzać narzuciłem żwawsze tempo tak, że trochę przyspieszyliśmy i bez większych problemów trafiliśmy na PK6, gdzie można było po raz pierwszy od startu uzupełnić zapasy wody oraz zjeść sobie zapewnionego przez organizatorów banana. PK6 znajdował się na 26,5 km, więc była to dopiero połowa pierwszej pętli. Dotarcie tam zajęło nam aż 4h 48 min więc bez szału. Prędkość średnia spadła do 5,5 km/h więc słabo.

Część 2- nawigacyjne piekło

Od PK6 dotarliśmy szybko do główniejszej drogi, po czym szybko namierzyliśmy leśną drogę którą chciałem namierzyć się na drugi od góry zaznaczony na mapie mostek. Podbudowany, i pozytywnie nastawiony przelotem wyglądającym na łatwy byłem święcie przekonany, że kontroluję gdzie jesteśmy i że bez problemu zaraz trafimy na rzeczony mostek. Lecąc entuzjastycznie z długiej górki oczywiście przestałem liczyć czas biegu (w ten sposób estymując pokonany dystans) będąc stuprocentowo pewny siebie.

Moja pewność siebie trochę się zachwiała, kiedy dotarłszy w pobliże rozlewiska rzeczki kierunki nagle przestały się zgadzać, a my ciągle do przodu, do przodu, kiedy to już dawno powinna była być rzeczka. Konsternację rozwiał dopiero Mateusz i potwierdziła to wkrótce rzeźba terenu- polecieliśmy o wiele za bardzo na zachód, praktycznie pod samo Runowo, nadkładając kto wie, może z 1,5-2 km drogi. Spod Runowa bez problemu trafiliśmy w okolice punktu, gdzie się beznadziejnie zagubiliśmy brnąc wokoło bagienek. Dopiero kierowani dobrą decyzją Mateusza trafiliśmy na punkt. Odcinek o nominalnej długości 7km zajął nam 1h 47min… na pocieszenie dużo później się okazało, że większość zawodników miała problemy z tym punktem, nawet zwycięzca, któremu ten przelot zajął ponad 2 godziny!

Podbiwszy PK7 plan był wbić się na bardzo ładnie wyglądającą drogę w kierunku PK8… tylko, że drogi nie było! Straciwszy ładne 10 minut szukając jej w końcu zdecydowaliśmy iść mało wyraźną ścieżką, która była bardzo zarośnięta i mocno podmokła w wielu miejscach. Po dobrej godzinie powolnego brnięcia i kolejnych 30 minutach już na przyzwoitej drodze, przy powoli wznoszącym się nad horyzontem słońcu, o 5:05 zameldowaliśmy się na PK8 gdzie można było znowu uzupełnić napoje. Akurat na punkt zawitał Jego Ekscelencja Kierownik Rajdu i Autor Tego Całego Zamieszania Karol Kalsztein. Pocieszył nas, że pierwsza pętla to jest tylko rozgrzewka przed drugą i prawdziwa zabawa się dopiero zacznie, więc aż się chciało dalej iść.

Część 3- świt a my dalej w polu

Przelot na PK9, już przy świetle dziennym, miał być szybki (i był), mimo wszystko mocno się zdziwiliśmy kiedy po drodze nie było wsi o pięknej nazwie Owsianka. Okazało się, że na przestrzeni lat musiano zlikwidować wszelkie zabudowania i ślady, że ktoś tam kiedyś mieszkał.

Gdzieś przed PK10

Przelot na PK10 był raczej bezproblemowy, chociaż niezbyt szybki. Podobnież droga z PK10 na półmetek w bazie, chociaż przed samymi Cewicami udało nam się lekko zgubić.

W bazie zameldowaliśmy się o godzinie 7:13, czyli pierwsza pętla zajęła nam 10h i 13min. Czas mało imponujący, mimo wszystko jednak byliśmy (my czyli Michał, Tomek, Mateusz i ja) ex aequo na 8 bądź 9 miejscu, więc w sumie nieźle!

Napieramy w kierunku bazy

W bazie wziąłem mapę i natychmiast udałem się do przechowalni bagażu skąd wziąłem mój plecaczek przepakowy. Zrobiłem dolewkę płynów na drogę, zapakowałem do mojej kamizelki rajdowej zapas batonów i żeli i będąc niemal gotowy do wyjścia zdecydowałem się zrobić coś czego normalnie nigdy nie robię a mianowicie zmienić skarpety na świeże. Zdjęcie butów i wilgotnych skarpet nie było niczym przyjemnym, gdyż zobaczyłem, że stopy już miałem w paskudnym stanie, ale po założeniu suchych skarpet i z powrotem tych samych butów poczułem się o niebo lepiej! Wziąwszy do ręki drożdżówkę na drogę ruszyliśmy z Michałem i Tomkiem dalej.

Mapa drugiej pętli

Część 4- my tu sobie gadu gadu a czas spier****

Przelot na PK11 wydawał się oczywisty więc od razu ruszyłem biegiem, pełen zapału po podładowaniu się w bazie oraz dzięki zmianie skarpet na mniej bolących stopach. Po jakimś kilometrze dogonił nas Mateusz którego w bazie straciliśmy z oczu i myślałem, że poleciał do przodu przed nami. Tomek za to zaczął zwalniać i po niedługim czasie został w tyle idąc swoim tempem i w końcu zakończył Harpagana na PK11. Michał, Mateusz i ja sprawnie dotarliśmy na PK11 i od razu ruszyliśmy na PK12, na który to punkt droga była bardzo prosta i oczywista.

Odcinek na PK12 pokonaliśmy dość lajtowo, bardziej idąc i przyjemnie rozmawiając niż biegnąc- teraz wiem, że trzeba było twardo trzymać dobre tempo. Krótki (4,5km) i prosty odcinek zajął nam 43 minuty, z czego kilka minut straty było z mojej winy, bo zacząłem za szybko szukać punktu i władowałem się w bagienko.

Drogę na PK13 zaczęliśmy od błędu- w wyniku nieuwagi wyszliśmy za bardzo na wschód nadkładając niepotrzebnie pewnie jakieś pół kilometra. Dalej na szczęście było ok i bezbłędnie trafiliśmy na punkt.

Mateusz i Michał na tle jeziora Morzyc w drodze na PK13

Przelot na PK14 miał 8km i był najdłuższym odcinkiem na tym Harpaganie. Nawigacyjnie dość prosty odcinek miejscami się całkiem dłużył, lecz my zamiast napierać dobrym tempem to bardziej go spokojnie przeszliśmy tylko okazjonalnie podbiegając. Końcówka dojścia na punkt to było dość powolne i ostrożne zejście malowniczą dolinką, oraz początek iście górskiego etapu tego Harpagana. Czas na punkcie 11:24, nominalny dystans 71,5 km czyli marne 4,96 km/h. GPS za to wskazał, że mieliśmy już 89km w nogach, czyli rzeczywista średnia prędkość wyniosła 6,18 km/h.

Część 5- górska masakra

Widać było po mapie, że kolejne punkty to będzie rzeźnia z racji rzeźby terenu. Tenże teren, na południe od Bożegopola Wielkiego, jest mi bardzo dobrze znany z kilku poprzednich Harpaganów- bardzo łatwo jest wybrać nieoptymalną trasę i w konsekwencji wielokrotnie zaliczać ostre podejścia i zejścia z całkiem pokaźnych jak na północną Polskę górek.

Z PK14 wróciliśmy się kawałek na górkę z której przyszliśmy po czym zeszliśmy do główniejszej drogi. Następnie było męczące i strome podejście. Żeby nie schodzić znowu i później się kolejny raz wspinać na PK15 udało mi się wyznaczyć trasę lekko na około na zachód, trzymając się wysokiego gruntu gdzie nawet dało się trochę podbiegać. Do PK15 miało być tylko 3,5km i mimo sprawnego przejścia bez błądzenia zajęło nam to aż 54 minuty.

Widok z Jeleniej Góry na Pradolinę Redy-Łeby

Z PK15 podobna sytuacja- bardzo strome zejście w lesie do drogi, po czym długie i żmudne podejście pod górę na szczyt znienawidzonej Jeleniej Góry. Ok, trochę dramatyzuję, wcale nie jest taka znienawidzona, ba, wręcz przeciwnie- jest to śliczne miejsce z pięknym widokiem na Pradolinę Redy-Łeby. Gdyby nie to, że organizatorzy na każdej edycji Harpagana w tej okolicy (H31 w Bożympolu Wielkim, H35 w Łęczycach, H47 znowu w Bożympolu Wielkim) muszą katować uczestników punktem na tym właśnie konkretnym szczycie to skojarzenia byłyby wyłącznie miłe. Odcinek do PK16 krótki- tylko 2,5 km za zajął całe 42 minuty!

Michał i Mateusz doganiają mnie na Jeleniej Górze

Po zaliczeniu PK16 szliśmy kawałek grzbietem wzniesienia po czym trzeba było zaliczyć kolejne bardzo strome zejście w dolinkę do drogi, skąd, niespodzianka, zaczęliśmy kolejne długie i żmudne podejście, na szczęście ostatnie. Pod koniec podejścia byłem wycieńczony i bez energii. Spojrzawszy na mapę zdałem sobie jednak sprawę, że do mety zostało już tylko około 20 km więc chyba czas na mój stary dobry trik, czyli nakręcenie się na ostry finisz! Od półmetka byliśmy cały czas około miejsca 8, więc skonsumowałem żel kofeinowy i narzuciłem ostrzejsze tempo licząc, że do mety jeszcze kogoś uda się wyprzedzić.

Część 6- need for speed

Michał i Mateusz utrzymywali moje tempo choć wiedziałem, że Michał ma już serdecznie dość i pewnie niedługo zdecyduje się kontynuować swoim tempem. Reszta drogi od szczytu wzniesienia koło Dąbrowej Góry do PK17 była całkiem prosta i bez niespodzianek- cały odcinek od PK16 do PK17 zajął nam mimo wszystko aż prawie półtora godziny. Dla porównania, zwycięzca śmignął go w 54 minuty, więc szału nie było. Na punkcie była szybka dolewka wody na drogę i ekspresowy start dalej.

Po opuszczeniu PK17 sporo biegłem i Mateusz z Michałem zaczęli stopniowo zostawać w tyle- ostatni raz widziałem ich kiedy przekraczałem linię kolejową. Nie wątpiłem, że bez problemu swoim tempem dotrą na metę, więc bez dalszego oglądania się za siebie ruszyłem w kierunku PK18 wyraźną i oczywistą drogą. Przed samym punktem było dość ostre podejście, na szczycie którego, po ładnych 57 minutach (najlepszy czas ze wszystkich uczestników na tym odcinku) podbiłem kartę chipową i ruszyłem dalej.

Szybko opracowałem trasę na PK19 i po 20 minutach byłem w pobliżu punktu. Niestety odbiłem z drogi na jednym skrzyżowaniu za wcześnie i w konsekwencji straciłem dobre 10 minut szukając punktu. Wróciwszy do drogi skręciłem w kolejne odbicie i tam punkt rzeczywiście był. 34 minuty od PK18, a mogło być pewnie poniżej 25 minut.

Na PK20 zdecydowałem się iść najpierw ścieżkami i drogami leśnymi na zachód do drogi. Dobrze się naprzemiennie biegło i szło, jedynie przed samą drogą za wcześnie wbiłem się w bagienko co mnie kosztowało parę minut. Następnie dość szybko pokonałem ponad 2 km drogą asfaltową, głównie biegnąc i uważając, żeby nie zostać rozjechanym. Z drogi wbiłem się w las i zbiegnąwszy ładną drogą przekroczyłem strumyk i dalej wzdłuż lasu kierując się na południe dotarłem w pobliże punktu. Na sam punkt wszedłem powoli z racji jego położenia na górce i podbiłem kartę 1h 22 minuty od PK19 (drugi najlepszy czas na tym odcinku, zaraz po zwycięzcy).

Z PK20 na metę zostało tylko 1,5 km drogą którą po prostu nie dało się zgubić. Idąc przez pola, jakieś pół kilometra za mną zobaczyłem wychodzącego z lasu zawodnika, więc jeszcze bardziej przyspieszyłem co by mnie nie dogonił na samym finiszu. Na mecie zameldowałem się po 11 minutach z PK20 (drugi najlepszy czas odcinka) i z łącznym czasem 20h 31min 29sek. Dało mi to 6 miejsce, więc na ostatnich 20 kilometrach udało mi się ‘łyknąć’ dwóch zawodników- nikogo nie widziałem po drodze, więc była to ewidentnie kwestia wyboru dobrego wariantu trasy.

W końcu na mecie!

Podsumowanie

Michał i Mateusz dotarli na metę godzinę po mnie, zamykając pierwszą dziesiątkę. W sumie w 24-godzinnym limicie czasu bieg ukończyło bodajże 23 zawodników na 165 wszystkich startujących na TP100.

Dekoracja zawodników (od lewej: m-ce 6- ja, m-ce 10- Michał, m-ce 7, m-ce 9- Mateusz)

W porównaniu do kilku ostatnich edycji ta była dość trudna z racji deszczu i mocno zarośniętego/zabagnionego terenu na pierwszej pętli i górzystego na drugiej, więc z wyniku, mimo, że dawno tak długo nie byłem na trasie Harpagana, to jestem zadowolony. Czas 20:31:29 daje średnią około 4,87 km/h. Analiza mojego śladu GPS wykazała, że w rzeczywistości pokonałem około 124 km, co daje rzeczywistą średnią 6,04 km/h. Na moim najszybszym Harpaganie pokonałem 107 km w 13h 53min (średnia 7,7 km/h), ale tam było płasko i sucho więc trudno porównywać te dwa wyniki.

Numer startowy, certyfikat ukończenia rajdu oraz medal, kolejny do kolekcji

Czołówka była niestety znacznie poza zasięgiem tym razem. Zwycięzca Marcin Hippner ukończył bieg 2h 45min przede mną. Co ciekawe, na PK7 był tylko 24 minuty przede mną, mimo, że mocno się tam pogubiliśmy. Na półmetku miał ponad godzinę przewagi, na PK15 dwie godziny, na PK17 2h 40min i tak już mniej więcej zostało do końca.  Do zawodnika na miejscu piątym zabrakło mi 41 minut, więc był w zasięgu ale to już przecież nie ma sensu analizować.

Fizycznie najbardziej ucierpiały moje stopy. Pisząc te słowa 3-4 dni po Harpaganie nadal trudno mi się chodzi dzięki obolałym podbiciom stóp z niezagojoną w pełni skórą. Zrzucam to na fakt, że nie zdążyły się w pełni zregenerować po Viking Way Ultra 20 dni wcześniej. O dziwo, nie mam żadnych zakwasów ani bóli mięśniowych więc jestem bardzo pozytywnie zaskoczony.

Serdecznie dziękuję organizatorom Harpagana za kolejną wspaniałą imprezę i za przypomnienie, po kilku dość łatwych edycjach, że może być trudno i trzeba się postarać o dobry wynik!

Zainteresowanych tematem zapraszam do kontaktu ze mną, jak również zapraszam do spróbowania swoich sił, tym bardziej, że nie trzeba rzucać się od razu na głęboką wodę z TP100 tylko można zacząć od tras krótszych (TP10, TP25, czy TP50). Następna edycja Harpagana będzie miała miejsce w Szemudzie (blisko Trójmiasta) 20.10.2017 więc czasu na przygotowanie (psychiczne i fizyczne) jest sporo.

Spotkajmy się w Szemudzie na kolejnym Harpaganie!

Ja tymczasem liczę, że stopy mi się sprawnie zagoją, bo 26 maja czeka mnie wymagający start w Maratonie Kierat- to będzie coś!

Pozdrawiam,

Marcin

Postscriptum (12/05/2017)

Na dwa tygodnie przed Kieratem stopy są w stanie przyzwoitym i w tym tygodniu kilkukrotnie biegałem czując się dobrze i pozytywnie nastawiony na Kierata. Jako dodatek do mojego wpisu mam przyjemność dołączyć tzw. wzorcówki czyli mapy z naniesionym przez organizatorów optymalnym przebiegiem trasy. Dla tych co lubią analizować mapy ciekawe pewnie będzie to, że na wzorcówki nałożyłem mój własny przebieg, według mojego GPS-a. Łatwo zobaczyć, gdzie nadłożyłem najwięcej drogi i od razu wydaje się oczywiste w jaki sposób zrobiłem aż tyle kilometrów!

Wzorcówka- pętla 1. Na czerwono przebieg optymalny, na niebiesko mój
Wzorcówka- pętla 2. Na czerwono przebieg optymalny, na niebiesko mój

Relacja z Viking Way Ultra 2017

Wreszcie, po dłuższej przerwie mogę przedstawić relację z ostatniego ultramaratonu w którym brałem udział. Trochę mi zajęło spisanie tego materiału i w konsekwencji jest to dość długi wpis, więc proponuję zaparzyć sobie kawę czy herbatę i rozsiąść się wygodnie w oczekiwaniu na interesującą lekturę. Myślałem najpierw o rozbiciu go na 2 osobne wpisy, ale jest jednak jeden wpis, tyle, że składający się z wyraźnie wydzielonych części takich jak opisy poszczególnych odcinków biegu, które czytelnik może sobie odpuścić, jeśli aż takie szczegóły nie są intersujące, przeskakując do decydującego siódmego odcinka i następującego po nim podsumowania.

To będzie trochę jak w tych książkach, gdzie autor na samym początku mówi jak się dana historia zakończyła, a następnie opowiada jak do tegoż zakończenia doszło. Tak więc w weekend 1-2 kwietnia 2017 roku wystartowałem w biegu zwanym Viking Way Ultra (VWU- http://www.vikingwayultra.com/). Są to zawody na trasie długodystansowego szlaku turystycznego Viking Way (https://www.lincolnshire.gov.uk/countryside/visiting/walking/viking-way/120966.article, https://en.wikipedia.org/wiki/Viking_Way) biegnącego przez brytyjskie hrabstwa Lincolnshire i Rutland.

Trasa Viking Way Ultra

Cały szlak (i bieg) ma długość 147 mil (235 km) i w ramach zawodów uczestnicy mają limit 40 godzin na pokonanie tego dystansu. Przedstawiając zakończenie tejże opowieści, nie udało mi się niestety ukończyć tego biegu. Po około 30 godzinach i pokonanych 113,5 milach (181,5 km) zdecydowałem się zakończyć swój bieg na siódmym punkcie kontrolnym, skąd minibusem zostałem zawieziony na metę. Powodem były paskudne pęcherze na stopach, zmęczenie oraz świadomość, że nie było szans abym dotarł na metę w limicie czasowym. Są to pierwsze zawody od wielu lat, których nie ukończyłem, więc moment dość przełomowy i wymagający refleksji.

Decyzja o starcie

Do 2014 roku przez wiele lat moim najdłuższym biegiem był Harpagan, czyli 100 km. W 2015 zachciało mi się spróbować biegów na dystansie dłuższym, więc w sierpniu 2015 wystartowałem w Ridgeway Challenge (86 mil / 137,5 km). Łatwo nie było, ale bieg ukończyłem. Kilka tygodni później postanowiłem, ze celem na rok 2016 będzie 100 mil (160 km) i niemalże od razu zapisałem się na bieg South Downs Way 100, w którym wystartowałem w czerwcu 2016 roku i ukończyłem go w lepszym stanie niż 86 mil w roku poprzednim. Idąc dalej tym tropem zacząłem szukać czegoś na dystansie powyżej 100 mil. Pierwszym strzałem był Grand Union Canal Race (145 mil / 232 km z Birmingham do Londynu), ale się nie dostałem w losowaniu. Alternatywną opcją było właśnie Viking Way Ultra- zgłosiłem się, moje zgłoszenie zostało zaakceptowane, więc opłaciwszy wpisowe wiedziałem, że mam kilka miesięcy na porządny trening żeby się przygotować do tego trudnego biegu.

Trening

Intensywny rok 2016 zakończyłem na początku grudnia ultramaratonem w Walii, po czym grudzień i styczeń przeznaczyłem na okres regeneracji. W tym okresie w ogóle nie biegałem, poza 2-3 lokalnymi biegami na orientację. Taki okres odpoczynku po intensywnym sezonie jest polecany w celu regeneracji ciała i umysłu oraz nabrania ‘głodu’ na kolejny sezon biegania. W tym czasie ułożyłem sobie wielomiesięczny plan treningowy, zakładający:

  • ‘rozgrzewkowy’ start w TUT-cie (relacja tu: http://wolnybiegacz.pl/pl/tut-2017-relacja-z-biegu/)
  • luty i marzec na zbudowanie formy na Viking Way…
  • … i na odbywającego się 3 tygodnie później Harpagana…
  • … oraz całą serię biegów górskich w maju, czerwcu i lipcu.

Teoria była piękna, niestety w praktyce okazało się, że po TUT-cie ciągnęło się za mną jakieś przeziębienie połączone z męczącym kaszlem i ogólnym osłabieniem organizmu. W konsekwencji od połowy lutego do startu w Viking Way Ultra nie zrobiłem żadnego długiego biegu treningowego (długi bieg treningowy to jest minimum 30 km). Na blogu mogłem sprawiać wrażenie, że dużo biegam moimi postami ze Stuttgartu, Dhahranu, KAEC, czy Wiednia. Prawda jest taka, że w stosunku do założonego planu było to biegania niewiele, no ale zawsze więcej niż nic. Tak więc w tygodniu poprzedzającym start w VWU byłem świadomy, że moje przygotowanie było suboptymalne i że łatwo nie będzie.

Droga na start

Sam start w VWU to była niemała operacja logistyczna, przez to start biegu był w Barton upon Humber na północy Lincolnshire, a meta w Oakham w hrabstwie Rutland. Spakowawszy się i pożegnawszy z rodziną, w piątek 31 marca wczesnym popołudniem wyruszyłem z naszego domu w Oxfordzie samochodem do Oakham. Po dwóch godzinach jazdy zostawiłem samochód w pobliżu kwatery w Oakham w której miałem spędzić noc z niedzieli na poniedziałek (czyli po ukończeniu biegu), wziąłem swoje bagaże (plecak i reklamówkę, niestety nie Biedronkową) i po 10 minutach spaceru dotarłem na stację kolejową, gdzie spotkała mnie niemiła niespodzianka.

Trasa biegu w dalszej perspektywie…

Bilety na pociąg na start biegu miałem kupione wcześniej online i jedynie trzeba było je odebrać na stacji albo w okienku albo w samoobsługowej maszynie. Niestety nie sprawdziłem, że stacja w Oakham jest bardzo mała i a) nie ma tam maszyny biletowej oraz b) okienko jest czynne tylko rano, tak więc zostałem bez biletów. Stwierdziłem jednak, że pierwsze pół godziny może uda mi się przejechać przekonawszy kontrolera jaka sytuacja zaistniała i przesiadając się na kolejny pociąg w Peterborough bilety odbiorę tam na resztę podróży. Mając ponad 40 minut do zabicia czekając na pociąg z Oakham, tuż obok stacji natknąłem się na ciekawie wyglądający mikro-browar, którego produktem się z przyjemnością uraczyłem. Nie ma to jak dobra dieta wysokowęglowodanowa przed długim biegiem!

Węglowodany i nawodnienie- samo zdrowie

Z Oakham do Peterborough udało się dojechać bez problemu i bez kontroli biletów, po czym odetchnąłem z ulgą odebrawszy bilety w Peterborough i wsiadłem w pociąg na północ. Po około godzinie przesiadłem się w Doncaster i po kolejnych 40 minutach wysiadłem na małej stacji Hessle (tuż przed Hull) skąd piechotą doszedłem do leżącego w cieniu mostu Humber hotelu Premier Inn, gdzie zatrzymałem się na noc i gdzie była rejestracja na bieg. W hotelowej restauracji szybko wypatrzyłem grupę dziwnych ludzi, wyraźnie odstającą od otoczenia, więc wiedziałem, dokąd się kierować. Odebrawszy pakiet startowy od kierownika biegu Marka Cockbaina i podpisawszy listę obecności zamówiłem sobie burgera z frytkami i zamieniłem kilka słów z Markiem oraz innymi osobami. Wszyscy wydawali się całkiem wyluzowani, jakby jutrzejszy bieg był niczym specjalnym, więc i ja nie czułem się jakoś specjalnie przejęty. Po zjedzeniu dobrego, zdrowego i wcale niecieknącego tłuszczem burgera przeszedłem się na niedługi spacer to pobliskiego sklepu w celu kupienia owsianki na śniadanie. Wróciwszy do pokoju spakowałem się, wziąłem prysznic i około godziny 22 położyłem się spać.

Prowiant

Warto wspomnieć co i w jakich ilościach przygotowałem sobie na bieg. Biegam w kamizelce biegowej Salomon S-LAB Adv Skin3 12 SET, która, mimo, że jest mała, lekka i przylegająca do ciała, jest też wyjątkowo pakowna. Viking Way Ultra jest wygodnie podzielony na trzy niemalże identyczne co do długości etapy- w uproszczeniu założyłem sobie, że są to 3 odcinki po 50 mil / 80 km. Tak więc w swojej kamizelce musiałem mieć prowiant na 80 km, po czym na głównych punktach mogłem się doładować z mojego składzika, który był przewożony z punktu do punktu przez Marka. Do tego, na każdym etapie były małe punkty kontrolne na których można było sobie dolać wody, napić się kawy/zupy, zjeść ciasta czy czipsów oraz wziąć sobie dodatkowe batony czy żele na drogę.

W każdym razie moja paczka na każde 80 km wyglądała tak:

  • 2 litry płynów (woda, elektrolit, sok żurawinowy)
  • 3 żele High5
  • 2 żele Science in Sport (SiS) Double Caffeine
  • 1 żel SiS GO Isotonic Energy
  • 1 tubka zwykłych żelków
  • 4 batony (mix: Snickers, Bounty, Twix)
  • 2 serki żółte Babybel
  • 2 Cheesestrings (też ser żółty)
  • Garść orzechów nerkowca

Do tego ekwipunek obowiązkowy czyli 2 latarki, zapasowe baterie, folia termiczna, kurtka przeciwdeszczowa, kompas, pieniądze i telefon.

Dzień biegu

Budzik zadzwonił o godzinie 5:15 i z trudem wygrzebałem się z łóżka. Zalałem sobie dwa opakowania owsianki instant gorącą wodą i ubierając się oraz pakując dwa plecaki (jeden na plecy na drogę, drugi wieziony przez organizatorów i dostarczany po kolei na trzeci i szósty punkt kontrolny oraz na metę) zjadłem swoje śniadanie, napiłem się i tuż przed 6 rano zszedłem na dół, gdzie pośród innych skazańców czekałem chwilę na minibusa który miał nas zawieźć na start biegu po drugiej stronie mostu. Sam przejazd zajął około 15 minut, z czego spory kawałek imponującym, ponad dwukilometrowym mostem Humber. Jest to 8 najdłuższy na świecie most wiszący, a w momencie otwarcia w 1981 roku dzierżył zaszczytne miasto najdłuższego na świecie.

Widok ze startu na most Humber
Czekając na start

Zaraz za mostem minibus wysadził skazańców na starcie biegu. Tam złożyłem swój duży plecak w minivanie Marka i miałem okazję zrobić kilka zdjęć podziwiając ładny wschód słońca. Kilka minut przed godziną 7 rano Mark Cockbain przedstawił bardzo minimalistyczny ‘race briefing’ czyli ‘biegnijcie przed siebie, jak się zgubicie to wasz problem, a jak coś poważnego Wam się stanie to dzwońcie na 999 a nie do mnie bo wam nie pomogę’. Tak zmotywowani i pokrzepieni czekaliśmy na start.

Banda szaleńców przed startem
Ten znak kłamie- szlak ma 147 mil!

Na bieg zapisało się w sumie 30 zawodników. Do dnia biegu kilka osób zdążyło się wykruszyć z różnych powodów a na samym starcie stanęło 22 śmiałków- 20 mężczyzn i 2 kobiety. O 7 rano ogary poszły w las!

Odcinek 1: Barton upon Humber do Bigby (15,8 mil / 25 km)

 

Kilka minut po starcie
Spokojny początek wzdłuż estuarium Humber

Start spokojny, nikt nie wiadomo jak nie gnał, ale po 15-20 minutach grupa 22 biegaczy już się znacznie zdążyła rozciągnąć. Początek ładną ścieżką wzdłuż estuarium Humber a potem odbicie na południe i na przemian lokalnymi szosami oraz ścieżkami między polami. Przez większość czasu biegłem sam przyjemnie lekkim tempem około miejsca 13, aczkolwiek zwykle jakiś inny biegacz był w zasięgu wzroku i z niektórymi się co jakiś czas nawzajem wyprzedzaliśmy. Po minięciu małej miejscowości Barnetby le Wold jeszcze krótki odcinek między polami i po czasie 2h 53min dotarłem na pierwszy punkt w Bigby, obsługiwany przez Marka Cockbaina. Tam dolałem picia, zjadłem kilka ciastek i bez zwlekania ruszyłem w dalszą drogę.

Odcinek 2: Bigby do Tealby (14,7 mil / 23,5 km)

Na tym odcinku zaczęło się pasmo wzgórz Lincolnshire Wolds, tak więc było trochę podejść. Z Bigby ruszyłem spokojnie i trochę biegając, trochę chodząc polnymi ścieżkami pokonywałem malowniczą okolicę, mając na początku wzgórza po lewej stronie.

Początki wzgórz Lincolnshire Wolds
Nastrój wciąż bojowy!

Minąwszy historyczne miasteczko Caistor (niegdyś założone przez Rzymian), zaraz za wioską Nettleton był bodajże najładniejszy odcinek całej trasy czyli dolinka Nettleton. W samym Nettleton dogoniłem Javeda Bhatti, osobnika dość znanego w środowisku ultra biegaczy na Wyspach. Javed miał szybki początek, ale potem coś go zaczęło boleć i musiał zwolnić- w końcu wycofał się z biegu na 3. punkcie.

Dolinka Nettleton

Kontynuując wzdłuż dolinki Nettleton bardziej idąc niż biegnąc dostałem się w pobliże najwyższego punktu całej trasy. Minąwszy wioskę Normandby le Wold, w kolejnej wiosce Walesby okazało się, że jakiś dowcipniś przekręcił znak wskazujący którędy biegnie szlak. Pobiegłem w złą stronę na szczęście tylko jakieś 100 metrów zanim zdałem sobie z tego sprawę, więc tragedii nie było. Trisha van Rooyen pojawiła się tuż za mną, lecz zdecydowała się wypróbować fałszywą trasę mimo mojego zdania, że trzeba biec w drugą stronę, w rezultacie czego wyrobiłem sobie nad nią kilkuminutową przewagę i po niedługim czasie dotarłem na punkt nr 2, gdzie uzupełniłem zapasy na pokonanie trzeciego odcinka. Czas na punkcie 2: 6h 20min od startu i 3h 27min od punktu pierwszego. Chwilę później pojawili się Trisha oraz Ben Davies.

Dolewka na punkcie 2.
Ja z Benem i Trishą, gotowy do dalszej drogi

Ocinek 3: Tealby do Fulletby (19,7 mil / 31,5 km)

Mając ponad 30,5 mil w nogach, czyli prawie 50km, zacząłem odczuwać zmęczenie i pierwsze kilometry po wyjście z punktu były ciężkie i pokonane dość powoli. Trisha, Ben i chyba Steve Hayes jeszcze szybko mnie wyprzedzili i po chwili zniknęli z pola widzenia. Dopiero jak łyknąłem sobie żel kofeinowy i na chwilę usiadłem w wiosce Ludford to trochę się ożywiłem i byłem w stanie przyspieszyć, biegnąc jednak przez większość tego długiego odcinka samotnie i bez nikogo w zasięgu wzroku. Stopniowo pokonując kolejne ścieżki i skrzyżowania oraz mijając niczym specjalnym niewyróżniające się wioski poruszałem się do przodu monitorując upływający czas i zastanawiając się jak wcześnie przed 12,5-godzinnym limitem uda mi się pojawić na punkcie 3. Po 4h 43min od punktu 2. zaraz za wioską Fulletby zameldowałem się na punkcie 3. z czasem około 11h 3min, czyli mając całkiem niezłą rezerwę czasową. Na punkcie spotkałem znowu Bena, Trishę i Steve’a, którzy szykowali się do dalszej drogi, co znaczyło, że moja strata do nich jest nieduża.

Na punkcie miałem dostęp do mojego dużego plecaka, z którego dołożyłem sobie prowiantu na kolejne 80 km. Zjadłem sobie również kilka parówek oraz napiłem się soku pomidorowego jako uzupełnienie soli mineralnych i przełamanie słodkiego posmaku od żeli, batonów i picia. Miałem opcję przebrania się, czyli na przykład założenie długich getrów czy bluzy na zbliżającą się noc, ale stwierdziłem, że nie ma potrzeby… następnego dnia zdałem sobie jednak sprawę, że chyba jednak trzeba było się przebrać…

Ocinek 4: Fulletby do Stixwould (13,5 mili / 21,6 km)

Pokonawszy pierwsze 50,2 mili czułem się całkiem dobrze. Po krótkim odpoczynku na punkcie, około godziny 18:20 ruszyłem żwawo żeby jak najwięcej dystansu pokonać jeszcze przed zmrokiem. Od początku odcinka sporo biegłem- była siła! Było również łagodnie z górki co ewidentnie ułatwiało sprawę. Po jakiś 20 minutach od punktu wyprzedziłem Trishę i Steve’a, którzy się zatrzymali na bodajże założenie plastrów na stopy u Trishy. W oddali widziałem Bena więc ruszyłem za nim i wkrótce dotarłem do Horncastle, kolejnego dawnego Rzymskiego miasta po drodze.

W Horncastle, już trochę widać zmęczenie…

Już prawie wychodząc z Horncastle zrównałem się z Benem i przez najbliższe pół godziny szliśmy/biegliśmy razem albo w pobliżu siebie. Za Horncastle był długi i prostu odcinek najpierw wzdłuż kanału, potem starą linią kolejową (wtedy się ściemniło i musiałem włączyć latarkę), a następnie przez pole golfowe, po czym trafiliśmy do miasteczka Woodhall Spa. Wtedy Trisha i Steve dogonili nas i przez chwilę byliśmy razem, jednak zaraz reszta ekipy, wbrew mojej sugestii, poszła w złą stronę, tak więc ja sam ruszyłem poprzez miasto.

Statek wikingów wzdłuż dawnej linii kolejowej między Horncastle a Woodhall Spa

Za Woodhall Spa zostało jeszcze kilka kilometrów przez pola i wzdłuż lasków do kolejnego punktu. Kilkaset metrów za mną widziałem czołówki i rzeczywiście chwilę później na punkt w Stixwould przybiegli również Trisha i Steve- Ben został w tyle. Czas na punkcie: 21:16 czyli ponad 14 godzin w trasie. Dystans pokonany 63,7 mil czyli ponad 100km.

Odcinek 5: Stixwould do Greetwell (18,5 mili / 29,6 km)

Czułem się zmęczony wychodząc z punktu ale raczej dobrze nastawiony i zadowolony z przekroczenia 100 kilometrów. Z drugiej strony wiedziałem, że to będzie dłużący się odcinek. Szlak wiódł głównie lokalnymi szlakami i polnymi drogami. Za punktem chwilę szedłem z Trishą i Stevem i chwilę nawet porozmawialiśmy, po czym oni ruszyli do przodu szybszym tempem niż mi się chciało utrzymywać, jednak w wiosce Southrey znów ich wyprzedziłem, bo się zatrzymali z niewiadomego powodu. Dalej szedłem/biegłem sam, mając w oddali na widoku oświetloną fabrykę cukru w Bardney. Noc była całkiem przyjemna, nie padało, ani specjalnie nie wiało więc czułem, że byłem ubrany odpowiednio. Minąwszy Bardney, a następnie jakieś 45 minut później Stainfield, zaczęła się zabawa- kilka kilometrów najpierw drogi lekko błotnistej, następnie mocno trawiastej a potem po zbitej glinie. Nie byłem praktycznie w stanie biec, więc wolno człapałem licząc, że to się szybko skończy. Na szczęście po minięciu ruin opactwa Barlings Abbey znów była ładna ścieżka i mogłem trochę pobiegać. Po kilku kilometrach szlak dotarł nad rzekę Witham, wzdłuż której biegł przez kolejne kilka kilometrów, niemalże do samego punktu. Ten odcinek był trochę irytujący z racji nierównego podłoża i kęp trawy, więc super wygodnie się nie biegło. Tak czy inaczej, zaraz po odbiciu od rzeki trafiłem na punkt nr. 5. 81,2 mile za mną, czyli ponad połowa drogi z głowy! Czas na punkcie 2:02 rano czyli przyzwoite ponad 19 godzin w trasie.

Na punkcie 5. po 19 godzinach napierania i 130 km w nogach

Odcinek 6: Greetwell do Wellingore (15,6 mil / 25 km)

Na punkcie jak zwykle dolewka napojów, kawa, zupka z proszku, jakieś przegryzki, słowa otuchy i uścisk od motywującej wszystkich Karen Webber i w drogę w kierunku całkiem interesującego punktu na trasie- miasta Lincoln z imponującą średniowieczną katedrą, niegdyś najwyższym budykiem na świecie. Początek spokojnie, głównie idąc i lekko podbiegając, do momentu kiedy już w samym Lincoln pękły mi pęcherze na stopach… masakra- ból jest przeraźliwy i trudno to porównać z czymś innym. Mając jednak na uwadze upływ czasu uraczyłem się ibuprofenem oraz żelem kofeinowym i ruszyłem powoli kuśtykając. Po paru minutach ból został trochę stłumiony, po 15 minutach już praktycznie nie pamiętałem o nim i mogłem szybkim marszem zmierzać w kierunku katedry. Trafiwszy w końcu w jej oblicze punktualnie o godzinie 3:00 odbiłem w dół i ruszyłem w kierunku centrum imprezowego miasta, gdzie wyglądałem trochę nie na miejscu pośród ludzi/zwłok wychodzących (wypełzających/wyrzucanych) z klubów nocnych. Kolejne 20 minut poprzez spokojniejszą część miasta i z powrotem trafiłem na normalny szlak i tak powoli posuwałem się do przodu.

Koło godziny 5 rano nastąpił prawdziwy kryzys- zaczęły mi się zamykać oczy i miałem poważne trudności z rozbudzeniem się. To już był niestety ten stan, kiedy żele kofeinowe przestały działać, tak więc mimo, że próbowałem rozbudzić się różne sposoby (gadanie do siebie, śpiewanie, uderzanie się mapą po twarzy czy szczypanie się) to było ciężko. W którejś wiosce, bodajże Waddington wyprzedziłem zawodnika, którym później okazał się Andy Horsley- trzykrotny finiszer VWU w poprzednich latach jak również finiszer wielu prestiżowych biegów. Andy sobie chwilę odpoczywał, ale jakieś 20 minut później dogonił mnie gdyż ja ciągle walczyłem ze snem. Trochę wtedy szliśmy/biegliśmy razem i rozmowa mnie rozbudziła, tak więc udało się minąć kolejne wioski Harmston, Coleby, Boothby Grafoe i Navenby. Stopniowo zacząłem zostawać w tyle za Andym i znowu odjeżdżać, tak więc Andy miał niewątpliwą przyjemność słyszeć za sobą moje gadanie do siebie i śpiewanie, co tak naprawdę było bełkotem po polsku więc całe szczęście, że nic nie rozumiał.

Tuż za Navenby minęliśmy Wellingore i niecałe półtora kilometra dalej wreszcie trafiliśmy na punkt. Czas na zegarku 6:48, tak więc dystans 96,8 mil (155 km) pokonany w 23h 48 min. Ostatnie 15,6 mil (25 km) pokonałem w 4h 46min, co daje średnią 5,25 km/h- nic imponującego, ale przyzwoicie biorąc pod uwagę czas na punkcie 5, pęcherze przed Lincoln i kryzys po Lincoln. Zdawałem sobie sprawę, że utrzymując tę prędkość bez większego problemu zmieszczę się w limicie czasowym na mecie (zostało 81 km do pokonania i 16 godzin, co wymaga średniej nie mniejszej niż 5.1 km/h), więc byłem zadowolony.

Odcinek 7: Wellingore do Foston (16,7 mil / 26,7 km)

Na punkcie miałem dostęp do mojej trzeciej i ostatniej paczki żywieniowej, z której przełożyłem prowiant do mojej kamizelki, dolałem płynów, napiłem się, zjadłem trochę zupy i innych przegryzek oraz popełniłem swój bodajże największy błąd podczas tych zawodów a mianowicie bez dłuższego odpoczynku ruszyłem dalej, pozytywnie nastawiony na sprawne pokonanie odcinka z dobrą średnią. Zamiast tego, powinienem był się zdrzemnąć na punkcie- 15-20 minut zdziałałoby cuda, tym bardziej, że były warunki w postaci minibusa w którym mógłbym się położyć.

Na punkcie, a w zasadzie tuż przed nim, zdałem sobie też sprawę, że jednak trochę się wyziębiłem w nocy, mimo, że przez większość nocy tego nie czułem. To ewidentnie wpłynęło na ogólne zmęczenie organizmu niestety. Ruszając z punktu robiło się już jasno, więc liczyłem, że się szybko rozgrzeję… przeliczyłem się.

Tak więc zamiast się zdrzemnąć, ruszyłem dość żwawo śladem Andy’ego który był 100-200 metrów przede mną. Mój żwawy trucht okazał się niestety krótkotrwały, szybko przeszedłem do marszu i niestety znowu zaczęła mnie brutalnie atakować senność. No ale jakoś całkiem sprawnie maszerowałem. Wyprzedziwszy w pewnym momencie Andy’ego wysunąłem się na przód idąc wzdłuż asfaltówki, lecz tuż przed odbiciem od niej Andy znowu przejął inicjatywę i dość szybko zniknął mi z oczu, kiedy ja walczyłem z sennością.

Dochodząc do wioski Carlton Scroop byłem już zdesperowany i musiałem się gdzieś położyć. W wiosce znalazłem nasłoneczniony przystanek autobusowy gdzie położyłem się na ławce… leżałem może 3 minuty, ale już coś mi się zaczęło śnić. Gdy wstałem po tych 3 minutach poczułem się trochę bardziej rześko i zadowolony, że prędkość średnia nie spadła mi poniżej 5 km/h po tym ‘odpoczynku’ ruszyłem dalej. Nie minęło niestety 10 minut i znów mózg zaczął się domagać odpoczynku. Przebrnąłem kolejne 4-5 kilometrów niemal jak w transie, półświadomy tego co się dzieje naokoło mnie i podjąłem decyzję, że muszę się na dłużej położyć. Znalazłem kawałek ładnej, nieobsranej przed żadną zwierzynę, przydrożnej trawy, gdzie się położyłem i od razu odpłynąłem na około 15 minut.

Odpoczynek ten miał w rzeczy samej działanie zbawienne, gdyż poczułem się znacznie lepiej. Niestety jednak prędkość średnia spadła mi do około 4,5 km/h więc zdałem sobie sprawę, że tym tempem nie dotrę na metę w czasie. Do punktu 7 zostało mi wtedy jeszcze jakieś 8 km, więc stwierdziłem, że idąc do punktu będę monitorował swój progres i ocenię czy jestem w stanie przyspieszyć czy nie. Pomimo regeneracji nie byłem praktycznie w stanie już biec, więc został sprawny marsz. Minąwszy miejscowość Marston średnia prędkość trochę mi podskoczyła, lecz niestety nie na tyle, żeby myśleć o finiszu, tak więc tuż za Marston niejako podjąłem trudną decyzję, że kończę na najbliższym punkcie. Przez 3 godziny myślałem o tym, liczyłem dystanse, czasy, średnie ale niestety dochodziłem ciągle do tego samego wniosku. Tym bardziej, że słyszałem od pozostałych uczestników, że spora część szlaku od punktu 7 jest bardzo błotnista, co oznacza, że tym bardziej nie byłbym w stanie tam przyspieszyć.

Za Marston, jakieś 2-3 km przed punktem zobaczyłem daleko z przodu Andy’ego. Mimo mojego żałosnego tempa całkiem szybko się do niego zbliżałem, więc chyba coś mu się musiało stać. Kilometr przed punktem byłem tuż za Andym, za to za mną pojawił się Steve Hayes, biegnący jakby dopiero co zaczął! Zaraz mnie dogonił i byłem zszokowany jak on jest w stanie tak biec! Oznajmiłem mu, że niestety dla mnie koniec i życzyłem powodzenia, szczerze mając nadzieję, że mu się uda utrzymać to tempo i ukończyć bieg. Andy ze swojej strony próbował przekonać mnie, żebym nie rezygnował, no ale decyzja poparta faktami została już podjęta.

Na punkcie pojawiłem się o 12:45, czyli 16,7 mili (26,7 km) pokonałem w prawie 6 godzin, czyli ze średnią 4,45km/h. 113,5 mili (181,6 km) pokonałem w 29h 45 min czyli ze dobrą średnią 6,10 km/h. Do mety zostało 34,3 mili (55 km) i 10 godzin na to, co wymagało średniej nie gorszej niż 5,5 km/h. Liczby nie kłamią- powiadomiłem obsługę punktu, że rezygnuję i oficjalnie wycofałem się z zawodów, podobnie zresztą jak Andy, który ostatnie kilka kilometrów ledwo co przeszedł. Tak na marginesie, gdyby limit wynosił 42 a nie 40 godzin to bym ruszył dalej.

Steve po krótkim odpoczynku ruszył dalej. Niecałe 10 godzin później, z czasem 39h 35min zameldował się na mecie jako siódmy i ostatni finiszer. Zwycięzca, Barry Miller, ukończył bieg z czasem 34h 10min.

Anne na punkcie 7. Andy wychyla głowę z minibusa zachęcając Anne do dalszego napierania. Ja siedzę obok Andy’ego i dogorywam.

35 minut po mnie na punkcie 7 zameldowała się Anne Green, która, wiedząc, że już kiepsko stoi czasem, ruszyła jednak dalej. Niestety zakończyła bieg na punkcie 8. Ja w tym czasie razem z Andym rozsiadłem się wygodnie w minibusie i chyba dobrą godzinę pospałem. Trzeba było poczekać na punkcie na Bena który był ostatnim zawodnikiem na trasie za nami. Ben pojawił się na punkcie 2 godziny po mnie. Przez chwilę rozważał czy nie ruszyć jeszcze na punkt 8 ale zdrowy rozsądek zwyciężył i niedługo później trzy półżywe zwłoki zostały zawiezione do Oakham. Tak odebrałem od Marka mój duży plecak, podziękowałem za organizację imprezy i udałem się na regenerację.

Podsumowanie i analiza porażki

Tak jak napisałem na początku, był to pierwszy bieg od 10 lat którego nie ukończyłem, więc miałem dogłębną potrzebę analizy tego co się stało, co zrobiłem źle i czy byłem w stanie pokonać ten potężny dystans. Wpis ten pisałem stopniowo na przestrzeni 10 dni po biegu i mogę wyznać, że pierwszy tydzień po biegu był dla mnie bardzo trudny. Stopy przestały boleć 2 dni po, pęcherze przestały dokuczać 3 dni po, zakwasów w łydkach i udach o dziwo praktycznie nie miałem, za to przez tydzień nie miałem energii ani chęci na nic. Czułem się wewnętrznie wypalony i obawiałem się czy przypadkiem nie wpadłem w większy dołek z którego miesiącami się nie wydostanę. Spisanie tej relacji było dla mnie rzeczą niezmiernie ważną, musiałem rozliczyć się z tym biegiem, wyciągnąć wnioski i przede wszystkim odnaleźć w sobie chęć i energię do dalszego napierania.

Tak więc pozwolę sobie tutaj wyliczyć rzeczy, z których jestem zadowolony oraz moje główne błędy przez które nie ukończyłem zawodów.

Na plus:

  • Strategia odżywiania, czyli prowiant który miałem ze sobą oraz na głównych punktach, plus do tego wszystko co było dostarczone przez organizatora, sprawdziła się bardzo dobrze. Nie byłem głodny, nie byłem osłabiony z powodu braku prowiantu, ba, nawet nie schudłem specjalnie po biegu!
  • Podobnie strategia nawadniania- miałem ze sobą zawsze wystarczająco picia. Słuchałem się mojego organizmu i piłem kiedy miałem na to ochotę. Mając mix wody i elektrolitów nie doprowadziłem do żadnego rodzaju odwodnienia tj. ani izotonicznego (utrata wody i elektrolitów w tej samej proporcji), ani hipotonicznego (większa utrata elektrolitów niż wody), ani hipertonicznego (większa utrata wody niż elektrolitów);
  • Miałem naprawdę dobre tempo. Podczas wielu zawodów zdarza mi się, że pod wpływem adrenaliny i endorfin ruszam na hura na początku biegu, szybko się wypalam i później się męczę przez większość biegu. Tutaj od początku miałem lekkie i przyjemne tempo i nie szarżowałem, w konsekwencji pierwsze 155 km pokonałem z bardzo dobrą średnią 6,5 km/h!
  • Nawigacja, czytanie mapy i koncentracja były bez zarzutu, gdyż ani razu się nie zgubiłem i poza 100 metrami na początku nigdzie nie nadłożyłem drogi. Zdarzało się na poprzednich edycjach, że zawodnicy potrafili pół godziny biec w złą stronę, tracąc w konsekwencji godzinę i nadkładając 5 czy więcej kilometrów.

Na minus:

  • Główny grzech i wg mnie główna przyczyna porażki: na punkcie 6 powinienem był się przespać. Czas miałem dobry, bo byłem na punkcie z czasem 23h 48min a limit był 26h 30min. Mogłem poświęcić 15-20 a nawet 30 minut na regeneracyjną drzemkę i ruszyć dalej trzymając dobre marszowe tempo z okazjonalnym podbieganiem, tym bardziej, że był ładny dzień;
  • Na punkcie 3 trzeba było założyć dodatkową koszulkę termalną i zmienić getry z krótkich na długie, oraz po punkcie 3 szybciej założyć rękawiczki i Buffa na głowę. Biegałem na niejednym Harpaganie lżej ubrany przy niższych temperaturach i to przyzwyczajenie mnie zwiodło. Powinienem był wziąć pod uwagę, że mimo, że nie jest bardzo zimno, to ja jestem o wiele bardziej zmęczony i łatwiej się wyziębiam;
  • Jak wspomniałem wcześniej, słabe przygotowanie w ciągu 2 poprzedzających miesięcy i brak długich wybiegań sprawiły, że było trudniej niż by mogło być. Nie jest to jednak punkt tak decydujący jak dwa poprzednie.
  • Być może powinienem był zmienić moje przesiąknięte wodą, ropą i potem skarpety na punkcie 6, ale nie jestem na 100% do tego przekonany. Z jednej strony miałbym poczucie, że przewietrzyłem stopy i być może pęcherze by aż tak nie dokuczały, z drugiej strony stopy były już tak rozbabrane, że nie wiem czy cokolwiek by im pomogło i pewnie bym jeszcze bardziej poczuł ból zdejmując buty i skarpety.

Podsumowując powyższe punkty, to ze swojego start w Viking Way Ultra jestem zadowolony i wcale nie uważam go za porażkę. Uważam, że ukończenie było jak najbardziej w moim zasięgu i gdyby nie popełnione błędy (których nigdy wcześniej nie miałem okazji popełnić, bo nigdy wcześniej nie biegłem tak długiego dystansu) to byłby sukces. Na pewno nie uważam, że porwałem się na coś co mnie przerosło. Ustanowiłem swój nowy rekord życiowy pokonanego dystansu zwiększając go do 181,5 km od poprzednich 160 kilometrów z czerwca 2016 roku. Jestem na 100% przekonany, że chcę wrócić na trasę Viking Way i pokonać cały dystans. Póki co niestety Mark Cockbain twierdzi, że nie będzie więcej tego biegu organizował, liczę jednak, że zmieni zdanie.

Jeśli doczytałeś/doczytałaś do tego momentu to bardzo Ci dziękuję i bardzo zapraszam do dyskusji na blogu czy na Facebooku- jestem ciekawy czy ktoś się na podstawie mojej relacji dopatrzył innych błędów, albo czy się zgadza/nie zgadza z moimi wnioskami i dlaczego.

Pozdrawiam, Marcin

Postscriptum

10 dni po VWU czuję się znowu silny, chętny i zmotywowany do zawalczenia w zbliżającym się niedługo (21 kwietnia) Harpaganie. Dzisiejszego dnia wcześnie rano pokonałem ponad 20 km w Alpach Lepontyńskich (oczywiście będzie wpis na blogu na ten temat), podziwiając piękne widoki na szwajcarskie Lugano i kanton Ticino, więc czuję, że bieg Viking Way Ultra mnie nie złamał; wręcz przeciwnie czuję się silniejszy, mądrzejszy i bardziej doświadczony.

Ciekawe miejsca- Wiedeń

Blogowanie o bieganiu w interesujących miejscach miało być z założenia okazjonalnie, a tu proszę… Po moich ostatnich egzotycznych wojażach i bieganiu w Arabii Saudyjskiej (część pierwsza tu, część druga tu) długo w domu nie posiedziałem i w zeszłym tygodniu miałem okazję odwiedzić piękny Wiedeń. O tym co w Wiedniu można zobaczyć to pisać nie będę bo to nie miejsce na to, więc przejdę od razu do rzeczy.

Nie był to pierwszy raz, kiedy miałem okazję pobiegać w Wiedniu. Jakieś 3 lata temu korzystając z okazji przebiegłem się na szybko żeby spojrzeć na znane miejsca takie jak Hofburg, Wiener Staatsoper (Opera), kościół Św. Szczepana, czy ratusz; zahaczyłem również o barokowy park w dzielnicy Leopoldstadt zwany Augarten żeby zobaczyć charakterystyczne wieże przeciwlotnicze z czasów II Wojny Światowej.

Pałac Schönbrunn.

Tym razem na cel wziąłem sobie jedną z głównych atrakcji Wiednia- Pałac Schönbrunn, a konkretnie piękny barokowy park znajdujący się na jego tyłach. Jedyną wadą tej eskapady było to, że z racji lokalizacji hotelu w którym się zatrzymałem oraz ograniczeń czasowych (czytaj nie chciało mi się wstać odpowiednio wcześnie) miałem spory kawałek do przebiegnięcia przez miasto. Wyglądało to mniej więcej tak:

  1. Około 4 km przez miasto- nuda
  2. 2 km z hakiem przez park
  3. Około 4,5 km przez miasto (inną drogą)- również nuda
Trasa biegu.

W samym parku wolałbym zdecydowanie spędzić więcej czasu, dłużej się pokręcić alejkami, pobłądzić trochę po części leśnej znajdującej się na wzgórzu czy nawet zrobić sobie całą sesję podbiegów i zbiegów (pomiędzy pałacem a znajdującą się na szczycie wzgórza Glorietą jest jakieś 60m różnicy wysokości), no ale nie tym razem. Następnym razem jak będę w Wiedniu muszę zatrzymać się w bardziej strategicznie ulokowanym hotelu. 🙂

Widok z Gloriety na pałac i centrum Wiednia daleko w tle.