O ultramaratonach

Witam ponownie na moim blogu. Mam nadzieję, że dotychczasowe posty były dla Ciebie interesujące, widziałem po statystykach, że relacja z TUT-a cieszyła się sporym zainteresowaniem.

Dostałem od kilku osób informację zwrotną, że zamiast śledzić bloga na Facebooku wolałyby dostać maila kiedy pojawi się nowy post. Dlatego też teraz na blogu jest opcja wpisania swojego maila. Mechanizm jest prosty- ilekroć pojawi się nowy wpis na blogu automatycnie dostaniesz maila z wiadomością. Obiecuję nie spamować nic ponadto :). Zainteresowanych proszę o wypróbowanie tego rozwiązania jak również o informację zwrotną jak się okaże, że coś nie działa- trochę mam z tymi ustawieniami eksperymentowania…

To tyle ze spraw administracyjnych. W tym wpisie o tym czym jest ultramaraton. Najczęściej pojawiająca się i szeroko akceptowana definicja ultramaratonu brzmi, że ultramaraton jest to bieg na dystansie dłuższym od maratońskiego, czyli 42 kilometry i 195 metrów. Znaczna większość ultramaratonów jest rozgrywana na trasach długości:

  • 50 km,
  • 50 mil (80 km),
  • 100 km,
  • 100 mil (160 km),
  • 200 km i więcej aczkolwiek są to już raczej rzadziej pojawiące się biegi,
  • Są też biegi na przeróżnych ‘nieokrągłych’ dystansach takie jak Ridgeway Challenge w Wielkiej Brytanii (86 mil) czy Bieg Ultra Granią Tatr (BUGT- 71 km),
  • Pewną podkategorią dla każdego z powyższych dystansów są biegi górskie, gdzie oprócz długiego dystansu jest też element wysokościowy, na przykład BUGT dystansie 71 km zawiera ponad 5 km przewyższeń (5 km jest rozumiane jako suma wszystkich podejść), czy 6,2 km przewyższeń na dystansie 101 km na francuskim CCC.

Do tego mamy osobną kategorię biegów 12-godzinnych, 24-godzinnych czy 48-godzinnych gdzie idea jest taka, że w podanym czasie trzeba przebiec ile się da. Najczęściej takie biegi są rozgrywane na 5- czy 10-kilometrowej pętli czyli de facto wygrywa ten zawodnik który zrobi najwięcej okrążeń. Dla przykładu, w Mistrzostwach Świata w biegu 24-godzinnym w 2012 roku zwycięzca Michael Morton z USA przebiegł 277,5km!!!

Kolejną kategorią będą biegi etapowe (multi-day races) takie jak Marathon Piasków (Marathon Des Sables) w Maroko czy Cape Wrath Ultra w Wielkiej Brytanii. Koncepcja takich biegów jest taka, że bieg jest rozgrywany na przestrzeni kilku dni czy tygodnia, gdzie każdego dnia jest konkretny dystans do pokonania. Każdy odcinek kończy się w obozie gdzie wszyscy uczestnicy mają zwyklenzapewniony nocleg, prysznice i jedzenie. Zwykle, bo w niektórych biegach uczestnicy muszą przez wszystkie dni nieść na plecach swój sprzęt i prowiant! Trudność takiego biegu polega na tym, że najczęściej każdy odcinek jest ultramaratonem sam w sobie, więc trzeba przebiec 6 czy 7 ultramaratonów dzień po dniu, nieraz w zróżnicowanym, górzystym terenie (Everest Trail Race w Nepalu czy Cape Wrath Ultra albo Dragon’s Back Race w Wielkiej Brytanii), czy w tropikach (The Coastal Challenge w Kostaryce) czy przez pustynię (Marathon Des Sables na Saharze).

Jeśli chodzi o moje doświadczenie w biegach ultra to póki co dane mi było ukończyć:

  • 14 biegów na dystansie 50-100 km
  • 18 biegów na dystansie 100-120 km
  • 1 bieg na dystanie 86 mil (137,5 km)
  • 1 bieg na dystansie 100 mil (161 km)
  • 0 biegów n-godzinnych czy etapowych

Wszystkie 34 biegi na przestrzeni ostatnich 10 lat, z czego znaczna większość niedawno (1 w 2017, 8 w 2016, 9 w 2015, 3 w 2014, 1-2 rocznie w poprzednich latach). Moje bieganie znacząco zintensyfikowałem począwszy od 2015 i mam nadzieję utrzymać podobny trend w kolejnych latach. Niewątpliwym marzeniem w przeciągu najbliższych kilku lat jest dla mnie ukończenie biegu etapowego, ale potrzeba do tego znacznie lepszego przygotowania niż moja obecna forma, jak również w przypadku chyba wszystkich fajnych biegów etapowych jakie znam znacznych funduszy… ale o tym może innym razem.

W kolejnym odcinku opowiem trochę o mojej drodze od niebiegania do 8 czy 9 ultramaratonów rocznie.

Pozdrawiam, Marcin

TUT 2017- relacja z biegu

Kontynuując wątek z poprzedniego posta (http://wolnybiegacz.pl/pl/pierwszy-start-sezonu-2017/) w tym poście zamieszczam relację z Trójmiejskiego Ultra Tracka (TUTa- http://tutrail.pl/).

Start

Sobota 18 lutego 2017- pobudka o 5 rano, szybka kawa i lekkie śniadanie. O 5:30 przyjechał Michał, zostawił swój samochód pod moim domem rodzinnym w Gdańsku-Wrzeszczu i razem ruszyliśmy truchtem w kierunku stacji Zaspa SKM skąd SKM-ką po dwudziestu kilku minutach dojechaliśmy do Gdyni Głównej.

W drodze do Gdyni
Gotowy do opuszczenia ciepłego dworca

Z dworca po około 10 minutach żwawego marszu byliśmy już na starcie TUTa. Tam już było dość tłoczno, gdyż około 300 osób szykowało się do startu. Kręcąc się przed startem spotkaliśmy Igora, kolegę którego poznaliśmy na jednym Harpaganie i z którym na kilku Harpaganach biegłem. Igor wydawał się być w bojowym nastroju- jego końcowy wynik zrobił wrażenie, ale o tym później.

Przed startem- wybaczcie jakość zdjęcia!

Odcinek 1 (Start, Gdynia, ul. Tatrzańska – Punkt 1, Mały Kack)

Punktualnie o 7:00 rzesza ludzi ruszyła pod górę w las. Na początku trasy była szklanka więc ruszyłem bokiem gdzie tylko było trochę przyczepności. Wielu zawodników miało nakładki na buty pozwalające biec po lodzie i był to niewątpliwie dobry wybór i znaczne ułatwienie. Ja się zdecydowałem startować w moich ulubionych butach Salomon Speedcross, które mają profil na tyle agresywny, żeby gwarantować dobrą przyczepność na błocie i przyzwoitą na śniegu, ale absolutnie żadną na lodzie. Igor poleciał od razu tak że go nawet nie widziałem, Michał zaś przez pierwszy kilometr był tuż przede mną, jednak stopniowo dystans między nami rósł aż straciłem go z pola widzenia na najbliższe około 7 godzin.

W gdyńskich lasach

Tak jak pisałem wcześniej moim celem było ukończenie biegu, nawet w limicie czasu (11 h). Przemyślawszy to później wyznaczyłem sobie cel 10 h. Michał za to przekonywał mnie, że czas 9 h jest jak najbardziej w naszym zasięgu. Tak czy inaczej początek był dość intensywny jak dla mnie- biegło się ok i mimo, że Michał ruszył znacznie szybciej i się zdecydowałem go nie gonić, to pierwszą godzinę biegu zamknąłem dystansem 9,3 km. Trochę za szybko pomyślałem, ale biegło się ok, warunki w gdyńskich lasach były dobre, więc stwierdziłem jak jest para w płucach i siła w nogach to lecę.

Po 2 godzinach było 18 km na liczniku więc minimalnie wolniej, ale biorąc pod uwagę całą serię górek pomiędzy Pustkami Cisowskimi a Chwarznem przyzwoicie. Na kilometrze 22-gim miał być pierwszy punkt żywieniowy). Mój GPS pokazał 22km a tu punktu nie ma. W końcu po 2 ostrych podejściach i przyjemnym zbiegu trafiłem na punkt z czasem 2:39:29 i wskazaniem GPS-a 23,23 km. Dowiedziałem się dopiero parę godzin później, że Michał był na punkcie 15 minut wcześniej, tak więc sporo straciłem do niego.

Pierwszy punkt

Odcinek 2 (Punkt 1, Mały Kack – Punkt 2, Spacerowa)

Szybko dolałem wody do butelki, zgarnąłem garść krakersów, pół drożdżówki i nie tracąc czasu ruszyłem spokojnie przez Mały Kack. Wtedy odczułem jednak szybkie tempo pierwszego odcinka i zmęczenie zaczęło dawać znać o sobie. Znacznie zwolniłem i sporo chodząc dawałem się wyprzedzać znacznej ilości zawodników. Tempo zwiększyłem dopiero przecinając Wielki Kack, ale później w lasach sopockich znów więcej chodu niż biegania. Prędkość średnia tego odcinka oscylowała wokół 6,7-7 km/h. W okolicach 30 kilometra biegu zaczął się asfalt koło Gołębiewa gdzie dało się przyspieszyć po płaskim, później przez Wielką Gwiazdę i tak do świemirowskich ogródków działkowych gdzie seria kilku intensywnych podejść trochę mnie dobiła. Gdy zbiegłem do ul. Spacerowej czułem się całkiem wycieńczony i tylko czekałem na drugi punkt żywieniowy który jakoś nie chciał i nie chciał się pojawiać.

Radość biegania

W końcu po czasie 2:29:51 od pierwszego punktu dotarłem do drugiego. Mój Garmin wskazywał 41,11 km, wobec 42 km które podali organizatorzy. Później sie dowiedziałem, że Michał miał wtedy 20-minutową przewagę, czyli nieznacznie mi się oddalił, ale nie tak szybko jak na pierwszym odcinku.

Odcinek 3 (Punkt 2, Spacerowa – Punkt 3, Rybakówka)

Na punkcie woda do jednej butelki, magnez/izotonik do drugiej, kubeczek rozgrzewającego barszczu z torebki, kawałek banana i garść żelków i w drogę. Odcinek do punktu trzeciego jest teraz znacznie krótszy od dwóch poprzednich i wiedzie w dużej mierze znakowanymi szlakami turystycznymi- moim ulubionym żółtym oraz czarnym, za to jest cała seria górek do pokonania więc wiedziałem, że nie będzie łatwo. Z racji, że większość biegu była już za mną nastawienie psychiczne miałem trochę lepsze więc spokojnie pokonywałem ten odcinek podchodząc pod górki, a biegnąc w dół i po płaskim. W połowie odcinka zaaplikowałem sobie żel z kofeiną który ewidentnie mnie pobudził i dał lekkiego kopa do napierania. Po Węglowej Drodze coś mi się zaczęło z odległością nie zgadzać- okazało się dopiero później, że organizatorzy skrócili trasę w okolicy Doliny Bobrów o jakieś 1,5 kilometra, tak więc na kolejny punkt żywieniowy trafiłem szybciej niż się tego spodziewałem- wyszło 12,37 km od punktu drugiego. Całkowity dystans na liczniku 53,48 km wobec 55 km podanych przez organizatora. Czas: 1:49:19 od poprzedniego punktu, 6:58:39 w sumie. Strata do Michała ok 14 minut.

Odcinek 4 (Punkt 3, Rybakówka – Meta, Gdańsk, ul. Kiepury)

Na punkcie trzecim nastrój miałem naprawdę bojowy i czułem siłę i chęć do szybkiego pokonania ostatniego odcinka. Do mety zostało 10 km tak więc finiszowanie znacznie przed godziną 16 powinno było być do wykonania. Po bardzo krótkim postoju na punkcie ruszyłem biegiem Szlakiem Wzgórz Szymbarskich (czarnym). Dość szybko zaczęło się ostatnie duże podejście, po którym był długi, przyjemny i szybki zbieg wzdłuż Potoku Czystej Wody aż do Dworu Oliwskiego. Przekroczywszy asfaltówkę zacząłem żwawo kolejne podejście i wtedy jakieś 200 metrów przed sobą, u szczytu tegoż podejścia zobaczyłem Michała, który był łatwo rozpoznawalny dzięki swoim żarówiastym spodenkom. Ucieszyłem się i dostałem dodatkowego kopa żeby go dogonić, co się udało 2 podejścia dalej na szlaku zielonym tuż przed górą/wzgórzem Głowicą.

Z Michałem w kierunku mety

Michałowi generalnie bardzo dobrze się biegło i ewidentnie użycie nakładek na buty pomogło mu utrzymać szybsze tempo- lekcja dla mnie na przyszłość. Po części moje dogonienie Michała wynikało z tego, że jednak zwykle mam silne końcówki i na ostatnich kilometrach często udaje mi się wyprzedzić sporo zawodników i trochę zmniejszyć stratę.

Ostatnie kilka kilometrów biegu  szliśmy/biegliśmy razem, pokonując serię bardzo ostrych podejść na zielonym szlaku. Gdy ostatnie podejście było już za nami to dało się słyszeć głos z głośników na mecie, więc wiedzieliśmy, że jest blisko. Ostatni zbieg starym torem saneczkowym i w końcu meta którą przekroczyliśmy wspólnie z czasem 8:27:33.

Po uwzględnieniu sekundowych różnic kiedy kto przekroczył linię startu wyszło, że zająłem miejsce 160-te z czasem netto 8:27:23 a Michał 161-sze z czasem netto 8:27:24.

Medale mamy, cel osiągnięty

Startowało 306 zawodników z czego na mecie zameldowało się 297. Zaraz na mecie spotkaliśmy Igora który finiszował na świetnym 8-mym miejscu z imponującym czasem 6:10:36! Wynik godny podziwu… poważnie się teraz obawiam silnej konkurencji na najbliższym Harpaganie 🙂 Pozostaje mi jeszcze wspomnieć, że zwycięzca Tomasz Baranow potrzebował 5:23:41 na pokonanie trasy- daje to prędkość średnią 12 km/h co jest dla mnie absolutnie niepojęte biorąc pod uwagę rzeźbę terenu i warunki. Jeszcze bardziej imponujący jest wynik pierwszej kobiety, Dominiki Stelmach, która wleciała na metę tylko 6 minut i 10 sekund po zwycięzcy, zajmując drugie miejsce w kategorii Open. Ten wynik budzi mój ogromny podziw, gdyż w takich zawodach różnica między pierwszym mężczyzną a pierwszą kobietą jest najczęściej znacznie większa, co świadczy o niewątpliwej klasie tejże zawodniczki.

Gorąca atmosfera na mecie- super klimat!

Po odebraniu medali uzupełniliśmy z Michałem trochę kalorii i płynów po czym opuściliśmy metę, zakończywszy TUT-a 2017.

Podsumowanie

Ze startu jestem zadowolony, gdyż osiągnąłem znacznie lepszy czas niż zakładałem. Miejsce 160 jest oczywiście niczym imponującym, no ale nie mam z tym problemu, może jedynie lekki niedosyt. Trzy dni po biegu czułem się dobrze, nie mam praktycznie żadnych zakwasów czyli cel żeby się za bardzo nie zniszczyć również został osiągnięty- mogę bez problemu wrócić do regularnych treningów i nie obawiam się spadku formy. Biorąc również pod uwagę to, że dwie poprzedzające noce miałem bardzo słabo przespane (w piątek rano wczesny lot do Gdańska a w nocy z piątku na sobotę o 2 rano wizyta w całodobowej przychodni z moją pierworodną) to nie poszło źle. Przede wszystkim cieszę się, że mogłem się przebiec taką piękną i zróżnicowaną trasą w profesjonalnie zorganizowanym biegu. Gorąco polecam ten bieg i jestem przekonany, że jeszcze kiedyś w nim wystartuję, być może z celem aby powalczyć o bardziej przyzwoite miejsce.

Na koniec garść liczb, parę komentarzy, oraz kilka linków

Odcinek Dystans (km wg.  GPS) Czas Średnio tempo (min/km) Średnia prędkość (km/h) Komentarz
Start- Punkt 1 23,23 2:39:29 6:52 8,7 Pierwszy odcinek ewidentnie najszybszy
Punkt 1- Punkt 2 17,88 2:29:51 8:23 7,2 Drugi odcinek znacznie wolniej
Start- Punkt 2 41,11 5:09:20 7:31 8,0 Średnia prędkość z dwóch pierwszych odcinków nadal przyzwoita mimo słabszego drugiego odcinka
Punkt 2- Punkt 3 12,37 1:49:19 8:50 6,8 Tu niespodzianka- miałem wrażenie, że ten odcinek był szybszy od drugiego a jednak nie był
Start- Punkt 3 53,48 6:58:39 7:49 7,7 Średnia z trzech odcinków naturalnie spadła ale nadal jest dobra
Punkt 3- Meta 10,01 1:29:04 8:54 6,7 Kolejna niespodzianka- byłem przekonany, że ten odcinek będzie szybszy od drugiego i od trzeciego, a jednak nie- odpowiadają za to ostre podejścia i zejścia na szlaku zielonym
Start-Meta 63,49 8:27:33 8:00 7,5 Meta- 63,49 km pokonane ze średnią prędkością 7,5 km/h

Linki:

W następnym odcinku….

Tym kończę ten całkiem długi wpis- mam nadzieję, że czytało się dobrze! Będę wdzięczny za każdą informację zwrotną na temat mojego blogowania- krytyka zarówno pozytywna jak i negatywna jest mile widziana i posłuży ulepszaniu mojego warsztatu pisarskiego. W następnym poście chcę wrócić do oryginalnego planu czyli napisać co nieco o tym czym są ultramaratony i jak zaczęła się moja przygoda z nimi.

Pozdrawiam,

Marcin

 

Pierwszy start sezonu 2017

Czas na drugiego posta. Po pierwsze dziękuję bardzo ponad 30 osobom za polubienie bloga na Facebooku. Bardzo mnie to cieszy się i jest to rezultat ponad moje oczekiwania 🙂 Po drugie, jest zmiana koncepcji co do tego posta. Miało być o ultramaratonach, będzie za to do dość krótko o moim pierwszym biegu ultra w tym roku.

W najbliższą sobotę, 18 lutego, startuję w Trójmiejskim Ultra Tracku (zwanym TUT-em -> http://tutrail.pl/). Jest to bieg na dystansie 65 kilometrów szlakami Trójmiejskiego Parku Krajobrazowego. Co ciekawe, można go z czystym sumieniem nazwać biegiem górskim. Jak ktoś chodził, biegał, czy jeździł rowerem po trójmiejskich lasach to wie o co chodzi- wzniesienia może nie są górami samymi w sobie, ale liczne i częste górki i dolinki dają ponad 1500m przewyższeń na trasie biegu, więc całkiem niemało.

Poniżej przedstawiam (za organizatorami) mapkę z trasą biegu. Oryginał w lepszej rozdzielczości można znaleźć tutaj: http://tutrail.pl/trasa.

Trasa TUT-a

Zaczynamy o 7:00 rano na ul. Tatrzańskiej w Gdyni (koło dworca Gdynia Główna) a kończymy przy kościele na ul. Kiepury w Gdańsku. Limit czasu ukończenia biegu narzucony przez organizatorów wynosi 11h. Proste obliczenia mówią, że trzeba utrzymać średnią nie gorszą niż 5,9 km/h żeby się wyrobić. Czyli szybki marsz… proste, nie?

Moim celem jest ukończenie biegu w jakimkolwiek czasie, tzn. nie walczę o wysokie miejsce, nie walczę o super czas, po prostu chcę ukończyć. Pytanie skąd taki ‘brak ambicji’? Odpowiedź jest całkiem prosta i składa się na nią kilka czynników.

  1. W grudniu i styczniu miałem przerwę od biegania- taka regeneracja ciała i umysłu po dość aktywnym 2016 roku. Aktywnie trenuję od 30 stycznia, czyli tylko niecałe 3 tygodnie przed biegiem-> za mało czasu na silną formę
  2. Nie jest to jeden z moich głównych biegów sezonu, więc traktuję go w pewnym sensie jako długi bieg treningowy
  3. Niejako wynikając z punktu powyższego- nie chce się ‘zajechać’ na tym biegu i w konsekwencji mieć długą przerwę regeneracyjną
  4. Będzie to mój pierwszy ultramaraton zimowy, więc coś zupełnie nowego. W lasach będzie sporo śniegu i lodu. Póki co wygląda, że nie będzie mroźnie, ale warunki mogą być trudne i nie będzie łatwo utrzymać dobrej prędkości
  5. Po prostu uwielbiam trójmiejskie lasy! Jako, że nie mieszkam teraz w Gdańsku zdecydowałem się skorzystać z okazji pobiegnięcia w zawodach w moich rodzinnych stronach

To chyba tyle na temat TUT-a. W przyszłym tygodniu postaram się napisać relację z biegu. Jeśli uda mi się uruchomić moją nową zabawkę to relacja będzie bogato ilustrowana. 🙂

Zanim zakończę tego posta muszę jeszcze pochwalić się, że chwilowo jestem oficjalną twarzą Harpagana na Facebooku 😀 (zobaczcie sami: https://www.facebook.com/harpagan/?fref=ts). Harpagan jest ultramaratonem na orientację na 100km. Jest to impreza cykliczna, odbywająca się nieprzerwanie od ponad 25 lat w różnych zakątkach woj. pomorskiego.

Z oficjalnej strony Harpagana na Facebooku. Zdjęcie z edycji 52 w Człuchowie, październik 2016

Żeby było jasne, nikt się mnie o to nie pytał, ani ja o to nie zabiegałem. Szczęśliwie dla mnie organizatorzy Harpagana użyli zdjęcia z ostaniej edycji na którym akurat nie wyglądam jakbym miał zaraz paść ze zmęczenia. Ja tym bardziej nie mam nic przeciwko temu, biorąc pod uwagę, że Harpagan jest jedną z najważniejszych imprez w moim kalendarzu, jest takim biegiem jednym z główniejszych, gdzie akurat walczę o wysokie miejsce i dobry czas. Więcej na ten temat będzie w kwietniu, kiedy to jest najbliższa edycja Harpagana.

Na koniec, ponawiam zaproszenie do polubienia strony https://www.facebook.com/wolnybiegaczPL/ gdzie będą pojawiały się automatycznie powiadomienia o nowych postach na blogu. Ta sama sytuacja z Twitterem -> https://twitter.com/wolnybiegacz.

Pozdrawiam,
Marcin

Pierwszy wpis- otwieram bloga!

Witam serdecznie na moim blogu, którego tymże wpisem hucznie otwieram! Zapraszam przede wszystkim do zajrzenia na stronę „O mnie” gdzie napisałem co nieco na temat tego o czym zamierzam blogować. Plan jest taki, żeby robić to regularnie i zapewniać mojej (niewątpliwie ekspresowo rosnącej) rzeszy czytelników ciekawą lekturą.

Strona „Biegi” póki co zawiera listę biegów- z czasem mam nadzieję napisać relacje z tychże biegów i wtedy podlinkować na stronie, więc przyszłościowo widzę tę stronę jako dobry punkt referencyjny gdy ktoś będzie zainteresowany konkretnym biegiem.

Warto w tymże pierwszym poście napisać dlaczego zdecydowałem się pisać bloga. Przyznam się, że ten pomysł przewijał się w myślach od jakiegoś czasu, lecz zwykle moja konkluzja była taka, że jest już mnóstwo blogów, stron czy fanpejdży na Facebooku o bieganiu (również ultramaratonów), więc nie mam nic ciekawego do zaoferowania. W grudniu 2016 roku za namową żony znów o tym myślałem i z jej wsparciem stwierdziłem, że jednak może będę miał coś interesującego do powiedzenia, coś co sprawi, że Tobie i innym zainteresowanym będzie się chciało tu raz na jakiś czas zaglądać.

No właśnie, ta więc próbując uargumentować dlaczego otworzyłem bloga przechodzę gładko do genezy nazwy bloga, w której kryje się pewna dwuznaczność. Bieganie daje mi poczucie wolności, jest dla mnie czasem oderwania się od wszystkich obowiązków dnia codziennego, czasem regeneracji psychicznej (niekoniecznie fizycznej- ci co biegają wiedzą o co chodzi). Podczas długich biegów przychodzą mi do głowy dobre pomysły, znajduję rozwiązanie problemów nad którymi się głowiłem, czy po prostu nabieram do dystansu do spraw które wydawały się dużymi problemami. Także dlatego „Wolny Biegacz”.

Z drugiej strony „Wolny Biegacz” to taki biegacz który niekoniecznie biega szybko. Ba, nawet biega całkiem wolno… a nawet często po prostu idzie podczas zawodów. Na tym blogu będę chciał pokazać, że nie trzeba być super szybkim, żeby odnosić satysfakcję z biegania ultramaratońskiego, że nie ma w tym nic złego jeśli kończymy bieg w czasie 2 razy dłuższym od czasu zwycięzcy, o ile my sami jesteśmy zadowoleni z naszego osiągnięcia. Przyznam się, że zwykle jak czytam o jakiś biegach to natykam się na sprawozdania zawodników raczej „topowych”. Czytając tylko takie historie nieraz zdarzało mi się trochę zdołować, myśląc „Ale bym chciał mieć taką formę jak on”, „Dlaczego ja nie robię takich postępów mimo moich regularnych treningów”, czy ”To na pewno dlatego, że mieszkam daleko od gór i nie moge regularnie trenować podbiegów i zbiegów”. Pragnę tu pokazać, że takie myślenie nie ma sensu, że możemy być sobie tym biegaczem ze średnio-niskiej półki a odnosić osobiste sukcesy i odczuwać satysfakcję.

To by raczej było na tyle jeśli chodzi o ten pierwszy wpis. Uprzejmie proszę o komentarze czy pytania na które na pewno odpowiem, jak również zapraszam do polubienia bloga na Facebooku i Twitterze jeśli używacie tych mediów.

W następnym wpisie myślę, że rozwinę trochę ten wpis na temat czym są ultramaratony i dlaczego akurat ultramaratony zdecydowałem się biegać.

Pozdrawiam,
Marcin