Ciekawe miejsca- Wiedeń

Blogowanie o bieganiu w interesujących miejscach miało być z założenia okazjonalnie, a tu proszę… Po moich ostatnich egzotycznych wojażach i bieganiu w Arabii Saudyjskiej (część pierwsza tu, część druga tu) długo w domu nie posiedziałem i w zeszłym tygodniu miałem okazję odwiedzić piękny Wiedeń. O tym co w Wiedniu można zobaczyć to pisać nie będę bo to nie miejsce na to, więc przejdę od razu do rzeczy.

Nie był to pierwszy raz, kiedy miałem okazję pobiegać w Wiedniu. Jakieś 3 lata temu korzystając z okazji przebiegłem się na szybko żeby spojrzeć na znane miejsca takie jak Hofburg, Wiener Staatsoper (Opera), kościół Św. Szczepana, czy ratusz; zahaczyłem również o barokowy park w dzielnicy Leopoldstadt zwany Augarten żeby zobaczyć charakterystyczne wieże przeciwlotnicze z czasów II Wojny Światowej.

Pałac Schönbrunn.

Tym razem na cel wziąłem sobie jedną z głównych atrakcji Wiednia- Pałac Schönbrunn, a konkretnie piękny barokowy park znajdujący się na jego tyłach. Jedyną wadą tej eskapady było to, że z racji lokalizacji hotelu w którym się zatrzymałem oraz ograniczeń czasowych (czytaj nie chciało mi się wstać odpowiednio wcześnie) miałem spory kawałek do przebiegnięcia przez miasto. Wyglądało to mniej więcej tak:

  1. Około 4 km przez miasto- nuda
  2. 2 km z hakiem przez park
  3. Około 4,5 km przez miasto (inną drogą)- również nuda
Trasa biegu.

W samym parku wolałbym zdecydowanie spędzić więcej czasu, dłużej się pokręcić alejkami, pobłądzić trochę po części leśnej znajdującej się na wzgórzu czy nawet zrobić sobie całą sesję podbiegów i zbiegów (pomiędzy pałacem a znajdującą się na szczycie wzgórza Glorietą jest jakieś 60m różnicy wysokości), no ale nie tym razem. Następnym razem jak będę w Wiedniu muszę zatrzymać się w bardziej strategicznie ulokowanym hotelu. 🙂

Widok z Gloriety na pałac i centrum Wiednia daleko w tle.

Ciekawe miejsca- King Abdullah Economic City (KAEC)

Po zeszłotygodniowym pobycie w Dhahranie spędziłem 2 noce w drugim co do wielkości mieście Arabii Saudyjskiej Dżeddzie (ang. Jeddah). Razem z kolegą z pracy mieliśmy okazję trochę pochodzić po mieście i pozwiedzać, nie było za to za bardzo okazji do pobiegania. Plan był żeby nadrobić później w trzecim i ostatnim punkcie wyprawy.

Dżedda jak przystało na 4-milionowe miasto na Bliskim Wschodzie jest miejscem w którym trudno może być się obcokrajowcowi odnaleźć. Pogmatwana sieć dróg, częsty brak adresów i nazw ulic, nieznający miasta taksówkarze, czy wszechobecne roboty drogowe są przez nas postrzegane jako totalny chaos. Z drugiej strony wszystko to jakoś funkcjonuje :).

Stare miasto Al-Balad znajduje się na liście Światowego Dziedzictwa UNESCO od 2014 roku.

W mieście są w zasadzie dwa miejsca gdzie warto się przespacerować: stara Dżedda (Al-Balad) oraz Corniche czyli nadmorska promenada. W Al-Balad możemy zobaczyć stare, tradycyjne domy, niektóre wyglądające jakby zaraz miały runąć; souki, czyli tradycyjne bazary przypraw, orzechów i daktyli, odzieży, obuwia; oraz życie codzienne mieszkańców, rzemieślników i sklepikarzy. Wystarczy poniżej godziny żeby obejść cała dzielnicę i pobłądzić wąskimi uliczkami żeby poczuć klimat tego starego portowego miasta i skrzyżowania wielu szlaków handlowych. Nadmienię, że czułem się tam bardzo bezpiecznie- żadnych krzywych spojrzeń ani żadnych podejrzanych typów zainteresowanych niczego nieświadomymi obcokrajowcami.

Al-Balad- tradycyjna zabudowa.
Al-Balad- tradycyjna zabudowa.

Corniche jest miejscem o zupełnie innej naturze- jest to stosunkowo nowo wybudowana nadmorska promenada, z supernowoczesnymi biurowcami, pięknymi willami, czy luksusowymi hotelami jak Hilton czy Waldorf Astoria. Przede wszystkim jednak jest to miejsce spotkań Saudyjczyków, szczególnie po zmroku, kiedy słońce przestaje palić i temperatura staje się znośna. Całe rodziny przyjeżdżają na spacer, wiele z nich przywozi koce, jedzenie i picie i rozkładają się na plaży bądź na trawnikach siedząc tak do 3 czy 4 nad ranem. Bardzo przyjemne miejsce- a będzie jeszcze przyjemniejsze, gdyż póki co działa tylko fragment- reszta jest w budowie.

Corniche- przepraszam za słabą jakość zdjęcia.

Jak wspomniałem tam jednak nie dane było mi pobiegać. Półtora godziny drogi samochodem na północ od Dżeddy znajduje się KAEC- King Abdullah Economic City. Można to przetłumaczyć jako ‘Ekonomiczne Miasto im. Króla Abdullaha’. Ekonomiczne miasto nie brzmi mi specjalnie dobrze po polsku- lepszym tłumaczeniem jest ekonomiczna strefa, aczkolwiek słowo strefa nie odzwierciedla zamysłu króla. Abdullah, poprzedni władca Arabii Saudyjskiej, w 2005 ogłosił wielki, ambitny i dalekosiężny plan utworzenia kilku nowych miast w celu zmniejszenia zagęszczenia w dużych miastach jak Riyad czy Dżedda i ściągnięcia zagranicznych inwestycji.

Nadmorska promenada i miejsce spotkań w KAEC.

Pierwsza część KAEC została oddana do użytku w 2010 roku, za to całe miasto miało być niby gotowe w 2020, ale obecnie się mówi bardziej o roku 2035. W ramach inwestycji powstają również potężny port (Port im. Króla Abdullaha) i pierwsza w kraju linia superszybkiej kolei.W sąsiedztwie znajduje się również jeden z wiodących światowych uniwersytetów- KAUST (King Abdullah University of Science and Technology / Uniwersytet Nauki i Techniki Króla Abdullaha).

Kampus KAUST.

Sam KAUST jest miejscem imponującym i robiącym ogromne wrażenie- mógłbym pewnie całego posta napisać na temat tego uniwersytetu i jego najbliższej okolicy, ale to może innym razem.

Charakterystyczna latarnia morska (KAUST Breakwater Beacon).

Zatrzymawszy się właśnie na kilka nocy w miejscu zwanym Bay La Sun w KAEC skorzystałem z okazji żeby zrobić sobie bieg dłuższy niż te ostatnie w Dhahranie. Wyszło ponad 17 km kręcenia się po stosunkowo niedużym obszarze, trochę wzdłuż plaży, trochę naokoło centrum biurowego, trochę wzdłuż dróg prowadzących (póki co) donikąd. Bieg zacząłem koło godziny 18, kiedy było jeszcze jasno i gorąco, więc początek był dość ciężki. Jednak gdy słońce zniknęło za horyzontem i temperatura trochę spadła do miłych 18 stopni zrobiło się znacznie przyjemniej. Cały bieg zajął 1 godzinę i 45 minut.

Plaża w Bay La Sun (KAEC).

Następnego dnia bardzo, ale to bardzo nie chciało mi się wstać wcześnie rano, żeby zrobić 10-kilometrowy bieg, więc zdecydowałem się na trening znacznie krótszy, za to niepomiernie intensywniejszy, a mianowicie bieg po schodach w hotelu. Do dyspozycji miałem 11 pięter, w sumie jakieś około 230 stopni. W ciągu 10 minut wbiegłem na górę i zbiegłem trzykrotnie. Wydaje się, że to niby 10 minut, ale już po pierwszym wbiegnięciu pot lał się ze mnie strumieniami. Fajny trening na siłę nóg, polecam.

Tym wpisem kończę arabskie przygody. Arabia Saudyjska jest krajem niewątpliwie fascynującym, miejscem gdzie ostra religijna ortodoksja kontrastuje z nowoczesnymi inwestycjami wartymi setki miliardów dolarów i gdzie enklawy takie jakie Dhahran camp, KAUST, czy KAEC oferują trochę wypaczony obraz reszty kraju, ale za to są świetnymi miejscami dla obcokrajowców mieszkających w Arabii Saudyjskiej.

Ciekawe miejsca- Dhahran

Po zeszłotygodniowym biegu w zimnym i pochmurnym Stuttgarcie czas na zmianę klimatu- tym razem kierunek trochę mniej konwencjonalny a mianowicie Dhahran w Arabii Saudyjskiej. A konretnie szczelnie ogrodzony i strzeżony Dhahran Camp czyli dzielnica mieszkalna dla części pracowników jak również główna siedziba Saudi Aramco (https://pl.wikipedia.org/wiki/Saudi_Aramco).

Saudi Aramco jest największym na świecie koncernem paliwowym. W 100% należący do państwa (czytaj saudyjskiej rodziny królewskiej) i zarządzający największymi udokumentowanymi zasobami ropy naftowej na świecie koncern ten jest niewątpliwie największą firmą na świecie (pod względem wartości). Nie po raz pierwszy miałem okazję wyruszyć w delegację do Saudi Aramco, za to po raz pierwszy z intencją, żeby tam pobiegać.

Główne budynki Saudi Aramco, tzw. Core Area

Arabia Saudyjska nie należy do najbardziej liberalnych krajów… chociażby z kilku powodów takich jak kara śmierci za posiadanie narkotyków, ucięcie ręki za kradzież, całkowity zakaz spożywania alkoholu i wieprzowiny w całym kraju, całkowity zakaz wyznawania innych religii niż Islamu, zakaz prowadzenia samochodów przez kobiety czy obowiązek zakrywania ciała/twarzy/włosów przez kobiety. Te zasady są generalnie dość rygorystycznie przestrzegane i egzekwowane w całym kraju, za wyjątkiem odgrodzonych osiedli takich jak Dhahran Camp (Dhahran Camp na Wikipedii, niestety tylko po angielsku), gdzie policja saudyjska czy osławiona policja religijna Muttawa nie mają wstępu. W Dhahran Camp miałem okazję właśnie się zatrzymać i rzeczywiście dało się zobaczyć inny swiat niż za murem i drutem kolczastym. Dlatego też już wcześniej wiedziałem, że bez problemu będę w stanie tam pobiegać.

W tle mur okalający Dhahran Camp

W ciągu ostanich 3 lat byłem w Arabii Saudyjskiej bodajże z 10 razy i się przyzwyczaiłem do temperatur od minimum 30 stopni aż do około 50 stopni w cieniu. W marcu nad zatoką Perską jest jednak bardzo przyjemnie- około 15 stopni w nocy do 25-28 za dnia, więc po raz pierwszy nie chciałem jak najszybciej dostać się z jednego klimatyzowanego pomieszczenia do drugiego tylko wolałem spędzić trochę czasu na zewnątrz. Dlatego też z wielką chęcią popołudniem, przy około 20-22 stopniach, wyruszyłem na przebieżkę.

Dhahran Camp, prawie jak Kalifornia

Sam bieg to nic specjalnego- ni to daleko, ni to szybko, przewyższeń żadnych. Zrobiłem sobie krótką, relaksującą przebieżkę w celu zobaczenia Dhahran Camp i ewentualnie znalezienia potencjalnie ciekawej trasy na przyszłość. Jeśli chodzi o wrażenia o Dhahran Camp to jak dla mnie jest to ewidentnie mały kawałek Kalifornii na Bliskim Wschodzie. Drogi, budynki, roślinność, znaki drogowe, czy samochody na drogach bardzo mi się skojarzyły z kalifornijskimi miasteczkami takimi jak np. Palo Alto, co, jak się zastanowić, ma sens, biorąc pod uwagę historię Saudi Aramco i jej amerykańskie korzenie.

Core Area w tle

Jesli chodzi o ciekawą trasę to rzeczywiście znalazłem takową. Następnego dnia, tym razem przy temperaturze już bliżej 30 stopni, obiegłem lokalne pole golfowe ścieżką ‘Dhahran Golf Course Fitness Trail’.

Dhahran Golf Course Fitness Trail

Dystans wyszedł podobny, czyli lekko ponad 7 km, za to miesjce na bieg znacznie fajniejsze bo bez skrzyżowań i dróg do przekraczania, a do tego nawet trochę zieleni i wody po drodze. Jak będę miał okazję to z chęcią się znowu tam przebiegnę.

Ścieżka dokoła pola golfowego
Kawałek zieleni pośród wypalonej przez słońce ziemi
Woda! (Duck Pond)

Kolejny wpis na blogu będzie również z Arabii Saudyjskiej, jednak tym razem nie z nad Zatoki Perskiej lecz z nad Morza Czerwonego.

Pozdrawiam, Marcin

Ciekawe miejsca- Stuttgart- Birkenkopf

Moja praca, jak chyba każda praca, ma swoje plusy i minusy. Pewnym minusem jest to, że dość często jeżdżę/latam w delegacje w (głównie w Europie ale nie tylko) co się wiąże z ciągłymi dojazdami, przejazdami, przesiadkami, czy ciasnymi przestrzeniami w samolotach. Plusem takich wyjazdów jest natomiast to, że czasem mam okazję odwiedzić ciekawe miejsca i sobie oczywiście pobiegać.

W tym tygodniu miałem przyjemność po raz pierwszy odwiedzić Stuttgart, stolicę kraju związkowego Badenii-Wirtembergii w Niemczech. Było to jedno z ostatnich głównych miast w Niemczech w którym do tej pory mnie nie było, więc byłem całkiem ciekawy jak się prezentuje. Jedynym zmartwieniem było to, że w poprzednim tygodniu złapałem przeziębienie i odłożyłem bieganie w celu wykurowania się. Lecąc do Niemiec jeszcze nie czułem się najlepiej, ale wziąłem buty i geterki, licząc, że następnego dnia rano będę się czuł w miarę dobrze. Z doświadczenia wiem, że może się stać jedno z dwojga: albo poczuję się dobrze po bieganiu i wirus pójdzie do diabła, albo rozłożę się na dobre z jakimś zapaleniem oskrzeli czy innym ustrojstwem.

Obudziwszy się następnego dnia rano stwierdziłem, że biegnę. Przygotowałem sobie cel biegu wcześniej i tak mniej więcej ustaliłem trasę. Celem przebieżki był szczyt Birkenkopf, zwany wzgórzem gruzów. Jest to znajdujące się na obrzeżu miasta wzgórze o wysokości 511 metrów nad poziomem morza. Uznałem to za doskonały cel na bieg, po pierwsze z racji historii tego miejsca, po drugie z powodu, że na dystansie około 5 km będzie ponad 250 metrów podejścia, więc przyzwoicie jak na bieg z centrum dużego miasta, a po trzecie, że mają być stamtąd ładne widoki.

Widok na Stuttgart z Birkenkopf

Historia jest taka, że w czasie II Wojny Światowej Stuttgart został zbombardowany przez Aliantów i znacznie zniszczony. Po wojnie 1,5 miliona metrów sześciennych gruzów zostało wywiezione na Birkenkopf efektywnie zwiększając wysokość wzgórza o 40 metrów do obecnych 511. Co ciekawe, w Niemczech po wojnie powstało całkiem sporo takich wzgórz (zwanych Trümmerbergen czyli górami gruzów); celem było pewne upamiętnienie konsekwencji wojny i przestrzeżenie kolejnych pokoleń.

Bieg zacząłem o godzinie 6:40 rano przy głównym dworcu kolejowym (Stuttgart Hauptbahnhof), który jest bodajże najbardziej charakterystycznym budynkiem Stuttgartu jak również szeroko rozpoznawalnym w całych Niemczech i znanym z obracającej się gwiazdy Mercedesa na szczycie 12-piętrowej wieży.

Główny dworzec kolejowy- Stuttgart Hauptbahnhof

Od dworca ruszyłem głównym deptakiem Stuttgartu Königstraße a następnie wzdłuż kolejnych ulic powoli i stopniowo pnąc się pod górę. Skończywszy podejście na Hasenbergstraße skończyła się dzielnica mieszkaniowa a zaczął się las. Kawałek przez las, przekroczenie jednej z głównych dróg dojazdowych do miasta i końcowe okrężne podejście na sam szczyt.

Droga na szczyt
Tablica pamiątkowa na szczycie. Luźne tłumaczenie: Ta góra usypana po II Wojnie Światowej z gruzów miasta stoi jako pomnik ku pamięci ofiar i ku przestrodze żyjącym.

Na szycie chwila przerwy, czas na kilka zdjęć oraz na podziwianie panoramy Stuttgartu- rzeczywiście całkiem przyjemny widok. Pewnie nie tak ładny jak latem i przy ładnej pogodzie ale tak czy inaczej warto było.

Gruzy na szczycie
Selfie jako dowód musi być!

Droga powrotna była o wiele szybsza, dzięki sprzyjającym działaniu siły grawitacji, więc po godzinie i 16 minutach oraz 11,23 przebiegniętych kilometrach byłem z powrotem w hotelu, pozytywnie naładowany na zaczynający się właśnie dzień.

Trasa biegu

Marcin

PS po paru dniach wygląda na to, że się bardziej nie rozłożyłem, więc chyba warto było 🙂