Harpagan 53- relacja z biegu

Ci którzy mnie znają to dobrze wiedzą, że Ekstremalny Rajd na Orientację Harpagan (ERnO Harpagan) zajmuje dla mnie od wielu lat święte miejsce w kalendarzu i regularnie staram się na niego przyjeżdżać, mimo, że od ładnych kilku lat mieszkam za granicą. W rzeczy samej, od mojego pierwszego Harpagana (edycja 31, kwiecień 2006) do tejże edycji numer 53, opuściłem tylko 3 Harpagany, a tenże Harpagan był 20-tym w którym startowałem. Tych którzy się dziwią, ile to edycji się odbyło w ciągu 11 lat to informuję, że Harpagan odbywa się dwa razy do roku, w kwietniu i w październiku.

Harpagany są rzeczywiście moimi najważniejszymi startami w roku i pod ich kątem staram się zwykle zbudować możliwie dobrą formę. W ciągu ostatnich kilku lat odniosłem kilka bardzo dobrych wyników (4 miejsce w październiku 2012, 5 w kwietniu 2013, czy mój największy sukces sportowy czyli 3 miejsce w kwietniu 2016 roku). Nawiązawszy nieraz walkę ze ścisłą czołówką nabrałem oczywiście apetytu na jeszcze lepsze wyniki. W październiku 2016 miałem nieudany start- zająłem miejsce 9, popełniwszy jeden bardzo kosztowny błąd nawigacyjny w drodze na jeden z punktów, więc zależało mi na zrehabilitowaniu się i na dobrym wyniku w kwietniu 2017.

Trochę niefortunnie, z racji niedostania się na bieg Grand Union Canal Race, który odbywa się w maju, zapisałem się na Viking Way Ultra, odbywający się tylko 20 dni przed Harpaganem. Mój start w Viking Way Ultra był niestety nieudany co opisałem szczegółowo w poprzednim wpisie na blogu (link tutaj). Dobrze wiedziałem, że przebiegnięcie 181 km 20 dni przed Harpaganem spowoduje, że nie będę w super formie na Harpaganie. Pierwszy tydzień po Viking Way Ultra trochę cierpiałem (bardziej psychicznie niż fizycznie), potem odżyłem i pobiegałem trzykrotnie w celu złapania rytmu i chęci do walki na Harpaganie. Tak więc przed startem czułem się psychicznie dość dobrze, choć świadomy, że mogę nie mieć tyle powera co zwykle. Fizycznie również czułem się dobrze, aczkolwiek 20 dni to było znacznie za mało na regenerację stóp po paskudnych pęcherzach i odciskach z Viking Way Ultra- mimo, że nic nie bolało, to skóra na stopach nie była jeszcze w pełni zregenerowana.

Zanim przejdę do szczegółów mojego występu na Harpaganie, pozwolę sobie opowiedzieć czym jest Harpagan i czym się go je. Trochę mi się rozwlekł ten paragraf, ale polecam go tym, którzy nie znają koncepcji rajdów/biegów na orientację.

O Harpaganie

Harpagan jest rajdem na orientację i oferuje w obecnej formie sporo tras do wyboru:

  • TP100- trasa piesza na dystansie 100km
  • TP50- trasa piesza na dystansie 50km
  • TP25- trasa piesza na dystansie 25km
  • TP10- trasa piesza na dystansie 10km (tzw. Harpuś)
  • TR200- trasa rowerowa na dystansie 200km
  • TR100- trasa rowerowa na dystansie 100km
  • TR50- trasa rowerowa na dystansie 50km
  • TM150- trasa mieszana (50km pieszo i 100 km rowerem)

Z powyższych tras dystansami ‘koronnymi’, czyli takimi na których jest przyznawany tytuł Harpagana, są TP100, TR200 i TM150. Pozostałe dystanse zostały wprowadzone kilka lat temu w celu zachęcenia większej ilości ludzi do spróbowania swoich sił w lesie z mapą. Ja od samego początku startuję tylko i wyłącznie na TP100.

Warto wspomnieć, że wszystkie powyższe trasy są trasami na orientację i wymagają uważnej nawigacji, umiejętności czytania mapy oraz znajomości obsługi kompasu. Co się z tym wiąże, to to, że dystans, np. 100km na TP100, jest wyliczonym przez organizatorów, możliwie najkrótszym i najbardziej optymalnym wariantem przejścia całej trasy (wzdłuż istniejących dróg i granic kultur, nie w linii prostej). W konsekwencji uczestniczy zwykle pokonują znacznie większe dystanse, gdyż nie każdy i nie zawsze wybierze optymalny wariant przejścia trasy.

Trasa na TP100 jest wyznaczona przez umieszczone w terenie punkty kontrolne (PK), przy czym cała trasa składa się z dwóch pętli (każda po około 50km). Na każdej pętli jest 10 punktów; koniec pierwsze pętli jest w bazie zawodów gdzie zawodnicy mają okazję zrobić tzw. ‘przepak’, czyli mając dostęp do swojego bagażu mogą się przebrać, wziąć dokładkę prowiantu na drogę czy zjeść/wypić coś w bazie. Na starcie biegu zawodnicy dostają mapę pierwszej pętli z zaznaczonymi punktami (ale bez zaznaczonej trasy biegu oczywiście!); Ci co dotrą na przepak dostają wtedy mapę drugiej pętli i mogą ruszyć na poszukiwanie kolejnych 10 punktów, po których meta biegu jest znowu w bazie zawodów.

Brzmi łatwo i przyjemnie, prawda? Pewnym ciekawym utrudnieniem, z którym spotykamy się na Harpaganie jest to, że mapy oferowane przez organizatorów są zwykle ‘lekko’ nieaktualne, czytaj pokazują jak teren wyglądał w latach 70-tych 20-go wieku. W konsekwencji, nieraz tam gdzie na mapie ma być las, w terenie jest droga; tam gdzie ma być droga na mapie, w terenie jest bagno; gdzie na mapie ma być wioska, w terenie nie ma śladu żadnych budynków. Innym utrudnieniem jest fakt, że TP100 zaczyna się o godzinie 21:00 więc pierwsza część rajdu odbywa się w nocy- ograniczona widoczność, nieaktualna mapa i czasem jeszcze niesprzyjające warunki pogodowe jak deszcz sprawiają, że nawigacja nie jest taka wcale prosta i przyjemna i nie jest niczym dziwnym, jak zamiast 100km na TP100 pokona się 120km.

H53- Cewice

Michał i ja w drodze do Cewic

Harpagan odbywa się co 6 miesięcy, wędrując po województwie pomorskim, dzięki czemu organizatorzy dają uczestnikom okazję poznania różnych zakątków województwa. Tym razem Harpagan po raz pierwszy odwiedził Cewice, małą miejscowość leżącą pomiędzy Lęborkiem i Sierakowicami. Tradycyjnie razem z Michałem, moim wieloletnim harpaganowym partnerem, wyjechaliśmy z Gdańska w piątek popołudniu i po godzinie 19 zameldowaliśmy się w bazie, odebraliśmy pakiety startowe i poszliśmy się rozłożyć w przygotowanej pod uczestników sali gimnastycznej, gdzie mieliśmy około jednej godziny na spokojne przygotowanie się do startu.

Kamizelka i niezbędne sprzęty (kompas, latarka, zapasowe baterie, odblask, pokrowiec na telefon, folia NRC, tabletki przeciwbólowe, tabletki elektrolitowe), oraz napoje i prowiant na pierwszą petlę
Z Michałem gotowi do startu

Na pół godziny przed startem, w pełni ubrani i spakowani poszliśmy oddać bagaże do przechowalni, po czym, przeczekawszy wewnątrz budynku do ostatniej chwili z powodu padającego deszczu, wyszliśmy na plac startowy gdzie około 165 uczestników zaczęło się ustawiać w kolejki w celu odebrania map (mapy wydawane 5 minut przed startem). Dostawszy swoją mapę, ustawiłem się na starcie i szybko ustaliłem drogę na pierwszy punkt kontrolny PK1. W międzyczasie dołączył do mnie Michał, oraz Tomek, z którym już na kilku Harpaganach razem biegliśmy. Punktualnie o godzinie 21:00 ruszyliśmy!

Tuż przed startem, analizuję mapę i planuję trasę na PK1… trochę mokro było

Część 1- mokro i zimno

Przelot na PK1 miał być szybki, prosty i łatwy- po kilku minutach od startu ‘ładna na mapie’ leśna droga, którą miałem w okamgnieniu dolecieć na punkt nagle zniknęła i skończyliśmy z chłopakami brnąc przez las. Straciwszy cenne minuty trafiliśmy na jakąś drogę, która nas doprowadziła do torów kolejowych i po kilku chwilach trafiliśmy na punkt. Przed punktem spotkaliśmy mojego dawnego kolegę Mateusza, który wybrał wariant niby bezpieczniejszy, ale i tam trasa nie była oczywista.

Mapa pierwszej pętli

Nie tracąc czasu ruszyliśmy w kierunku PK2- nawigacyjnie przelot był prosty, lecz nie bardzo szybki z powodu całkiem stromych i częstych podejść. Ciągle siąpiący i momentami rzęsisty deszcz nie pomagał, ale póki sporo biegliśmy to nie było mi zimno a przemoczone już buty póki co nie stanowiły problemu. Po łatwo znalezionym PK2 większą grupą, razem z Michałem, Tomkiem, Mateuszem i kilkoma innymi osobami w pobliżu ruszyliśmy szybko z górki w kierunku PK3. Nim się obejrzałem okazało się, że minęliśmy ważne skrzyżowanie i odbiliśmy za bardzo na zachód. Mateusz i reszta pobiegli dalej, ja za to naszą trójkę poprowadziłem w chaszcze, przez które przebrnąwszy i straciwszy cenne minuty trafiliśmy na dobrą drogę i bez kolejnych błędów szybko dolecieliśmy na PK3, gdzie znów spotkaliśmy Mateusza i od tego momentu już trzymaliśmy się razem.

Deszcz nie ustawał i przy każdym spowolnieniu robiło się nieprzyjemnie zimno- tak więc była motywacja do biegnięcia. Opracowałem, wydawało mi się, ładną trasę na PK4 i po 2 kilometrach ładnej drogi w dobrym tempie droga zniknęła i trzeba było brnąć powoli przez zaorane pole. Potem znów kawałek drogi i po paruset metrach abrakadabra, czary mary i drogi nie ma… w konsekwencji pół kilometra męczącego brnięcia przez pole do granicy lasu, skąd droga na punkt była już nawigacyjnie prosta, ale biegać się za bardzo nie chciało, czy może nie było chwilowo siły… nie pamiętam.

Zdjęcie zrobione chyba gdzieś w okolicach PK3

Przelot na PK5 był początkowo dobry i szybki (z górki trochę było), lecz w pobliżu punktu coś pokpiliśmy i dłuższą chwilę kręciliśmy się wokoło aż któryś z nas (chyba ja) wpadł na genialny pomysł gdzie jesteśmy no i się udało- PK5 zdobyty 21 minut po północy. Nominalnie było to dopiero 19,5 km trasy pokonane w 3h 21min dając niepowalającą średnią 5,8km. W rzeczywistości jednak odczyt śladu GPS z mojego zegarka Garmin, odczytany i przeanalizowany po fakcie w domu wykazał, że na PK5 to ja już miałem nie 19,5 a 23 km w nogach, dając rzeczywistą średnią 6,9 km/h.

Ruszywszy na PK6 energii i chęci do biegania i początek tego odcinka był powolny. Szybko okazało się, że nie było porządnej drogi tam gdzie jej oczekiwaliśmy w rezultacie czego brnęliśmy powoli to przez chaszcze, to przez wysokie trawy, omijając ogrodzone zagajniki i licząc, że sytuacja się wkrótce wyklaruje. Wyklarowała to nam się wtedy pogoda i przestało padać. Założyłem drugą parę rękawiczek i trafiwszy w końcu na lepszą drogę chcąc się rozgrzać narzuciłem żwawsze tempo tak, że trochę przyspieszyliśmy i bez większych problemów trafiliśmy na PK6, gdzie można było po raz pierwszy od startu uzupełnić zapasy wody oraz zjeść sobie zapewnionego przez organizatorów banana. PK6 znajdował się na 26,5 km, więc była to dopiero połowa pierwszej pętli. Dotarcie tam zajęło nam aż 4h 48 min więc bez szału. Prędkość średnia spadła do 5,5 km/h więc słabo.

Część 2- nawigacyjne piekło

Od PK6 dotarliśmy szybko do główniejszej drogi, po czym szybko namierzyliśmy leśną drogę którą chciałem namierzyć się na drugi od góry zaznaczony na mapie mostek. Podbudowany, i pozytywnie nastawiony przelotem wyglądającym na łatwy byłem święcie przekonany, że kontroluję gdzie jesteśmy i że bez problemu zaraz trafimy na rzeczony mostek. Lecąc entuzjastycznie z długiej górki oczywiście przestałem liczyć czas biegu (w ten sposób estymując pokonany dystans) będąc stuprocentowo pewny siebie.

Moja pewność siebie trochę się zachwiała, kiedy dotarłszy w pobliże rozlewiska rzeczki kierunki nagle przestały się zgadzać, a my ciągle do przodu, do przodu, kiedy to już dawno powinna była być rzeczka. Konsternację rozwiał dopiero Mateusz i potwierdziła to wkrótce rzeźba terenu- polecieliśmy o wiele za bardzo na zachód, praktycznie pod samo Runowo, nadkładając kto wie, może z 1,5-2 km drogi. Spod Runowa bez problemu trafiliśmy w okolice punktu, gdzie się beznadziejnie zagubiliśmy brnąc wokoło bagienek. Dopiero kierowani dobrą decyzją Mateusza trafiliśmy na punkt. Odcinek o nominalnej długości 7km zajął nam 1h 47min… na pocieszenie dużo później się okazało, że większość zawodników miała problemy z tym punktem, nawet zwycięzca, któremu ten przelot zajął ponad 2 godziny!

Podbiwszy PK7 plan był wbić się na bardzo ładnie wyglądającą drogę w kierunku PK8… tylko, że drogi nie było! Straciwszy ładne 10 minut szukając jej w końcu zdecydowaliśmy iść mało wyraźną ścieżką, która była bardzo zarośnięta i mocno podmokła w wielu miejscach. Po dobrej godzinie powolnego brnięcia i kolejnych 30 minutach już na przyzwoitej drodze, przy powoli wznoszącym się nad horyzontem słońcu, o 5:05 zameldowaliśmy się na PK8 gdzie można było znowu uzupełnić napoje. Akurat na punkt zawitał Jego Ekscelencja Kierownik Rajdu i Autor Tego Całego Zamieszania Karol Kalsztein. Pocieszył nas, że pierwsza pętla to jest tylko rozgrzewka przed drugą i prawdziwa zabawa się dopiero zacznie, więc aż się chciało dalej iść.

Część 3- świt a my dalej w polu

Przelot na PK9, już przy świetle dziennym, miał być szybki (i był), mimo wszystko mocno się zdziwiliśmy kiedy po drodze nie było wsi o pięknej nazwie Owsianka. Okazało się, że na przestrzeni lat musiano zlikwidować wszelkie zabudowania i ślady, że ktoś tam kiedyś mieszkał.

Gdzieś przed PK10

Przelot na PK10 był raczej bezproblemowy, chociaż niezbyt szybki. Podobnież droga z PK10 na półmetek w bazie, chociaż przed samymi Cewicami udało nam się lekko zgubić.

W bazie zameldowaliśmy się o godzinie 7:13, czyli pierwsza pętla zajęła nam 10h i 13min. Czas mało imponujący, mimo wszystko jednak byliśmy (my czyli Michał, Tomek, Mateusz i ja) ex aequo na 8 bądź 9 miejscu, więc w sumie nieźle!

Napieramy w kierunku bazy

W bazie wziąłem mapę i natychmiast udałem się do przechowalni bagażu skąd wziąłem mój plecaczek przepakowy. Zrobiłem dolewkę płynów na drogę, zapakowałem do mojej kamizelki rajdowej zapas batonów i żeli i będąc niemal gotowy do wyjścia zdecydowałem się zrobić coś czego normalnie nigdy nie robię a mianowicie zmienić skarpety na świeże. Zdjęcie butów i wilgotnych skarpet nie było niczym przyjemnym, gdyż zobaczyłem, że stopy już miałem w paskudnym stanie, ale po założeniu suchych skarpet i z powrotem tych samych butów poczułem się o niebo lepiej! Wziąwszy do ręki drożdżówkę na drogę ruszyliśmy z Michałem i Tomkiem dalej.

Mapa drugiej pętli

Część 4- my tu sobie gadu gadu a czas spier****

Przelot na PK11 wydawał się oczywisty więc od razu ruszyłem biegiem, pełen zapału po podładowaniu się w bazie oraz dzięki zmianie skarpet na mniej bolących stopach. Po jakimś kilometrze dogonił nas Mateusz którego w bazie straciliśmy z oczu i myślałem, że poleciał do przodu przed nami. Tomek za to zaczął zwalniać i po niedługim czasie został w tyle idąc swoim tempem i w końcu zakończył Harpagana na PK11. Michał, Mateusz i ja sprawnie dotarliśmy na PK11 i od razu ruszyliśmy na PK12, na który to punkt droga była bardzo prosta i oczywista.

Odcinek na PK12 pokonaliśmy dość lajtowo, bardziej idąc i przyjemnie rozmawiając niż biegnąc- teraz wiem, że trzeba było twardo trzymać dobre tempo. Krótki (4,5km) i prosty odcinek zajął nam 43 minuty, z czego kilka minut straty było z mojej winy, bo zacząłem za szybko szukać punktu i władowałem się w bagienko.

Drogę na PK13 zaczęliśmy od błędu- w wyniku nieuwagi wyszliśmy za bardzo na wschód nadkładając niepotrzebnie pewnie jakieś pół kilometra. Dalej na szczęście było ok i bezbłędnie trafiliśmy na punkt.

Mateusz i Michał na tle jeziora Morzyc w drodze na PK13

Przelot na PK14 miał 8km i był najdłuższym odcinkiem na tym Harpaganie. Nawigacyjnie dość prosty odcinek miejscami się całkiem dłużył, lecz my zamiast napierać dobrym tempem to bardziej go spokojnie przeszliśmy tylko okazjonalnie podbiegając. Końcówka dojścia na punkt to było dość powolne i ostrożne zejście malowniczą dolinką, oraz początek iście górskiego etapu tego Harpagana. Czas na punkcie 11:24, nominalny dystans 71,5 km czyli marne 4,96 km/h. GPS za to wskazał, że mieliśmy już 89km w nogach, czyli rzeczywista średnia prędkość wyniosła 6,18 km/h.

Część 5- górska masakra

Widać było po mapie, że kolejne punkty to będzie rzeźnia z racji rzeźby terenu. Tenże teren, na południe od Bożegopola Wielkiego, jest mi bardzo dobrze znany z kilku poprzednich Harpaganów- bardzo łatwo jest wybrać nieoptymalną trasę i w konsekwencji wielokrotnie zaliczać ostre podejścia i zejścia z całkiem pokaźnych jak na północną Polskę górek.

Z PK14 wróciliśmy się kawałek na górkę z której przyszliśmy po czym zeszliśmy do główniejszej drogi. Następnie było męczące i strome podejście. Żeby nie schodzić znowu i później się kolejny raz wspinać na PK15 udało mi się wyznaczyć trasę lekko na około na zachód, trzymając się wysokiego gruntu gdzie nawet dało się trochę podbiegać. Do PK15 miało być tylko 3,5km i mimo sprawnego przejścia bez błądzenia zajęło nam to aż 54 minuty.

Widok z Jeleniej Góry na Pradolinę Redy-Łeby

Z PK15 podobna sytuacja- bardzo strome zejście w lesie do drogi, po czym długie i żmudne podejście pod górę na szczyt znienawidzonej Jeleniej Góry. Ok, trochę dramatyzuję, wcale nie jest taka znienawidzona, ba, wręcz przeciwnie- jest to śliczne miejsce z pięknym widokiem na Pradolinę Redy-Łeby. Gdyby nie to, że organizatorzy na każdej edycji Harpagana w tej okolicy (H31 w Bożympolu Wielkim, H35 w Łęczycach, H47 znowu w Bożympolu Wielkim) muszą katować uczestników punktem na tym właśnie konkretnym szczycie to skojarzenia byłyby wyłącznie miłe. Odcinek do PK16 krótki- tylko 2,5 km za zajął całe 42 minuty!

Michał i Mateusz doganiają mnie na Jeleniej Górze

Po zaliczeniu PK16 szliśmy kawałek grzbietem wzniesienia po czym trzeba było zaliczyć kolejne bardzo strome zejście w dolinkę do drogi, skąd, niespodzianka, zaczęliśmy kolejne długie i żmudne podejście, na szczęście ostatnie. Pod koniec podejścia byłem wycieńczony i bez energii. Spojrzawszy na mapę zdałem sobie jednak sprawę, że do mety zostało już tylko około 20 km więc chyba czas na mój stary dobry trik, czyli nakręcenie się na ostry finisz! Od półmetka byliśmy cały czas około miejsca 8, więc skonsumowałem żel kofeinowy i narzuciłem ostrzejsze tempo licząc, że do mety jeszcze kogoś uda się wyprzedzić.

Część 6- need for speed

Michał i Mateusz utrzymywali moje tempo choć wiedziałem, że Michał ma już serdecznie dość i pewnie niedługo zdecyduje się kontynuować swoim tempem. Reszta drogi od szczytu wzniesienia koło Dąbrowej Góry do PK17 była całkiem prosta i bez niespodzianek- cały odcinek od PK16 do PK17 zajął nam mimo wszystko aż prawie półtora godziny. Dla porównania, zwycięzca śmignął go w 54 minuty, więc szału nie było. Na punkcie była szybka dolewka wody na drogę i ekspresowy start dalej.

Po opuszczeniu PK17 sporo biegłem i Mateusz z Michałem zaczęli stopniowo zostawać w tyle- ostatni raz widziałem ich kiedy przekraczałem linię kolejową. Nie wątpiłem, że bez problemu swoim tempem dotrą na metę, więc bez dalszego oglądania się za siebie ruszyłem w kierunku PK18 wyraźną i oczywistą drogą. Przed samym punktem było dość ostre podejście, na szczycie którego, po ładnych 57 minutach (najlepszy czas ze wszystkich uczestników na tym odcinku) podbiłem kartę chipową i ruszyłem dalej.

Szybko opracowałem trasę na PK19 i po 20 minutach byłem w pobliżu punktu. Niestety odbiłem z drogi na jednym skrzyżowaniu za wcześnie i w konsekwencji straciłem dobre 10 minut szukając punktu. Wróciwszy do drogi skręciłem w kolejne odbicie i tam punkt rzeczywiście był. 34 minuty od PK18, a mogło być pewnie poniżej 25 minut.

Na PK20 zdecydowałem się iść najpierw ścieżkami i drogami leśnymi na zachód do drogi. Dobrze się naprzemiennie biegło i szło, jedynie przed samą drogą za wcześnie wbiłem się w bagienko co mnie kosztowało parę minut. Następnie dość szybko pokonałem ponad 2 km drogą asfaltową, głównie biegnąc i uważając, żeby nie zostać rozjechanym. Z drogi wbiłem się w las i zbiegnąwszy ładną drogą przekroczyłem strumyk i dalej wzdłuż lasu kierując się na południe dotarłem w pobliże punktu. Na sam punkt wszedłem powoli z racji jego położenia na górce i podbiłem kartę 1h 22 minuty od PK19 (drugi najlepszy czas na tym odcinku, zaraz po zwycięzcy).

Z PK20 na metę zostało tylko 1,5 km drogą którą po prostu nie dało się zgubić. Idąc przez pola, jakieś pół kilometra za mną zobaczyłem wychodzącego z lasu zawodnika, więc jeszcze bardziej przyspieszyłem co by mnie nie dogonił na samym finiszu. Na mecie zameldowałem się po 11 minutach z PK20 (drugi najlepszy czas odcinka) i z łącznym czasem 20h 31min 29sek. Dało mi to 6 miejsce, więc na ostatnich 20 kilometrach udało mi się ‘łyknąć’ dwóch zawodników- nikogo nie widziałem po drodze, więc była to ewidentnie kwestia wyboru dobrego wariantu trasy.

W końcu na mecie!

Podsumowanie

Michał i Mateusz dotarli na metę godzinę po mnie, zamykając pierwszą dziesiątkę. W sumie w 24-godzinnym limicie czasu bieg ukończyło bodajże 23 zawodników na 165 wszystkich startujących na TP100.

Dekoracja zawodników (od lewej: m-ce 6- ja, m-ce 10- Michał, m-ce 7, m-ce 9- Mateusz)

W porównaniu do kilku ostatnich edycji ta była dość trudna z racji deszczu i mocno zarośniętego/zabagnionego terenu na pierwszej pętli i górzystego na drugiej, więc z wyniku, mimo, że dawno tak długo nie byłem na trasie Harpagana, to jestem zadowolony. Czas 20:31:29 daje średnią około 4,87 km/h. Analiza mojego śladu GPS wykazała, że w rzeczywistości pokonałem około 124 km, co daje rzeczywistą średnią 6,04 km/h. Na moim najszybszym Harpaganie pokonałem 107 km w 13h 53min (średnia 7,7 km/h), ale tam było płasko i sucho więc trudno porównywać te dwa wyniki.

Numer startowy, certyfikat ukończenia rajdu oraz medal, kolejny do kolekcji

Czołówka była niestety znacznie poza zasięgiem tym razem. Zwycięzca Marcin Hippner ukończył bieg 2h 45min przede mną. Co ciekawe, na PK7 był tylko 24 minuty przede mną, mimo, że mocno się tam pogubiliśmy. Na półmetku miał ponad godzinę przewagi, na PK15 dwie godziny, na PK17 2h 40min i tak już mniej więcej zostało do końca.  Do zawodnika na miejscu piątym zabrakło mi 41 minut, więc był w zasięgu ale to już przecież nie ma sensu analizować.

Fizycznie najbardziej ucierpiały moje stopy. Pisząc te słowa 3-4 dni po Harpaganie nadal trudno mi się chodzi dzięki obolałym podbiciom stóp z niezagojoną w pełni skórą. Zrzucam to na fakt, że nie zdążyły się w pełni zregenerować po Viking Way Ultra 20 dni wcześniej. O dziwo, nie mam żadnych zakwasów ani bóli mięśniowych więc jestem bardzo pozytywnie zaskoczony.

Serdecznie dziękuję organizatorom Harpagana za kolejną wspaniałą imprezę i za przypomnienie, po kilku dość łatwych edycjach, że może być trudno i trzeba się postarać o dobry wynik!

Zainteresowanych tematem zapraszam do kontaktu ze mną, jak również zapraszam do spróbowania swoich sił, tym bardziej, że nie trzeba rzucać się od razu na głęboką wodę z TP100 tylko można zacząć od tras krótszych (TP10, TP25, czy TP50). Następna edycja Harpagana będzie miała miejsce w Szemudzie (blisko Trójmiasta) 20.10.2017 więc czasu na przygotowanie (psychiczne i fizyczne) jest sporo.

Spotkajmy się w Szemudzie na kolejnym Harpaganie!

Ja tymczasem liczę, że stopy mi się sprawnie zagoją, bo 26 maja czeka mnie wymagający start w Maratonie Kierat- to będzie coś!

Pozdrawiam,

Marcin

Postscriptum (12/05/2017)

Na dwa tygodnie przed Kieratem stopy są w stanie przyzwoitym i w tym tygodniu kilkukrotnie biegałem czując się dobrze i pozytywnie nastawiony na Kierata. Jako dodatek do mojego wpisu mam przyjemność dołączyć tzw. wzorcówki czyli mapy z naniesionym przez organizatorów optymalnym przebiegiem trasy. Dla tych co lubią analizować mapy ciekawe pewnie będzie to, że na wzorcówki nałożyłem mój własny przebieg, według mojego GPS-a. Łatwo zobaczyć, gdzie nadłożyłem najwięcej drogi i od razu wydaje się oczywiste w jaki sposób zrobiłem aż tyle kilometrów!

Wzorcówka- pętla 1. Na czerwono przebieg optymalny, na niebiesko mój
Wzorcówka- pętla 2. Na czerwono przebieg optymalny, na niebiesko mój

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *