Harpagan 54- relacja z rajdu

20 października 2017 roku: 54 edycja Harpagana. Powiem szczerze, że nie wiązałem z tą edycją żadnych specjalnych oczekiwań. Niecały miesiąc wcześniej, 24 września ukończyłem 164-kilometrowy bieg Cotswold Way Century i od tego czasu za dużo nie zrobiłem. Po dwóch tygodniach regeneracji miałem dosłownie 2 krótkie przebieżki i tyle. Na samego Harpagana ewidentnie nie czułem się w szczycie formy. Celem było ukończenie na przyzwoitym miejscu i danie z siebie ile się da na zakończenie tego bardzo intensywnego (i nie za dobrze rozplanowanego) sezonu. Wpis podsumowujący sezon będzie pewnie jakoś w grudniu :).

Tej jesieni Harpagan zawitał do pod-trójmiejskiego Szemudu. Czytelników niekojarzących za dobrze Harpagana informuję, że Harpagan „wędruje’ po Woj. Pomorskim i co edycja jest okazja pobiegać po innym zakątku województwa. Po więcej informacji dot. idei Harpagana i panujących na nim zasad zapraszam do zapoznania się z moim wpisem z 53-ej edycji Harpagana.

Start

Tradycyjnie Michał przyjechał po mnie i razem wyruszyliśmy z Gdańska. Jechał z nami również kolega Michała Łukasz, którego poznałem kilka lat temu na jednym Harpaganie. Po około 40 minutach jazdy byliśmy już w Szemudzie. W bazie rajdu się standardowo zarejestrowaliśmy, odebraliśmy pakiety startowe oraz karty chipowe i udaliśmy do się sali gimnastycznej. Tam się rozłożyliśmy mając półtorej godziny na przygotowanie. Zaraz zobaczyłem Mateusza, z którym przebiegliśmy większość poprzedniego Harpagana. Zmówiliśmy się, że spotykamy się na starcie i napieramy razem.

Spakowawszy prowiant na drogę, prowiant na przepak, oraz oddawszy bagaże do przechowalni byliśmy gotowi do startu. Udaliśmy się na szkolne boisko, gdzie mieliśmy jeszcze z 10 minut do otrzymania map. Pogoda była wyjątkowo przyjemna, około 12 stopni. Później w nocy i nad ranem miało niby trochę padać, ale póki co było na tyle fajnie, że można było lecieć w krótkich getrach i mojej spawdzonej technicznej koszulce. Kurtka była oczywiście spakowana w kamizelce, tak na wszelki wypadek.

Na starcie: planujemy atak na PK1

5 minut przed godziną 21 odebrałem mapę i od razu ustawiłem się na starcie. Po chwili dołączyli do mnie Michał, Łukasz i Mateusz, jak również pojawił się Tomek (towarzysz z poprzedniego jak i kilku wcześniejszych Harpaganów). Dość szybko opracowałem plan ataku na łatwiutki PK1 (punkt kontrolny nr 1) i o 21:00 ruszyliśmy!

W dalszej części tego wpisu zastosowałem formułę taką jak w moim wpisie z Kierata. Mianowicie, na poszczególnych mapkach grubą, czerwoną linią jest zaznaczony przebieg wzorcowy, czyli taki, który wg. organizatora jest najkrótszą drogą na punkt. Żeby było jasne, przebieg wzorcowy zostaje podany po ukończeniu rajdu; na mapie, którą dostaję do ręki, nic takiego nie ma i muszę sam wybrać drogę na punkt. Linią cieńszą w różnych odcieniach zieleni, żółci i czerwieni, zaznaczony jest mój przebieg, według pomiaru GPS. Kolor ciemnozielony oznacza, że dośc sybko biegłem, jasnozielony, że truchtałem, żółty, że maszerowałem czy szedłem, natomiast czerwony oznacza bardzo wolne tempo: stanie w miejscu czy mozolne wdrapywanie się pod górę.

PK1

Przelot na PK1 był dość szybki i bezproblemowy, poza za szybkim skręcenim zaraz za bazą i nadłożeniem jakiś 100-150 metrów. Pośród licznych uczestników dobiegliśmy do wsi Grabowiec a następnie bez większej trudności, po 25 minutach od startu, zameldowaliśmy się na punkcie.

W świetle obiektywów myślimy i planujemy atak na kolejny punkt

PK2

Plan był prosty i jego wykonanie było bezbłędne, do czasu aż dotarliśmy do Jeziora Borowo. Na mapie biegnie wzdłuż niego ścieżka, którą mieliśmy się pokierować na północ do Borowa i stamtąd dalej na punkt. Zmiast ścieżki trafliśmy na bagno i trzeba było brnąć przez gęste zarośla. Idąc wzdłuż wąwozu w kierunku wschodnim w końcu trafiliśmy na przecinkę i następnie na przyzwoitą drogę, którą można było znowu biec. Bez większych problemów dotarliśmy na PK2. Byłem zły, bo dobre 20 minut kosztowało nas to błądzenie koło jeziora. PK2 był bezobsługowy, więc nie mogłem się dowiedzieć ilu zawodników nas wyprzedziło. Na pewno wielu!

PK3

Na PK3 wybrałem wariant w kierunku Gniewowa, wydający się łatwieszy niż trasa z mnóstwem wąwozów i dolinek, którą proponują organizatorzy. Przez większość tego odcinka bardzo dobrze się biegło; szczególnie przyjemny był długi zbieg do Cedronu. Za Gniewowem trafiliśmy w okolice dość górzyste, ale po opuszczeniu głównej ścieżki i pokonaniu kilku grzbietów niemalże bezbłędnie trafiliśmy na PK3. Tam niespodzianka: okazało się, że przed nami było tylko 2 zawodników, z czego jeden z trasy TM150. Oznaczało to, że mimo dużej straty w drodze na PK2, jesteśmy na 2 miejscu (Michał, Tomek, Łukasz, Mateusz i ja ex aequo)! Szok i niedowierzanie!

PK4

Podbudowani super wiadomością szybko ruszyliśmy dalej. Najpierw tą samą, sprawdzoną drogą w kierunku Gniewowa a następnie dość oczywistą drogą prosto na PK4. W międzyczasie dogonił nas inny zawodnik, więc byliśmy świadomi, że trzeba trzymać dobre tempo, bo będziemy ścigani i przez innych.

PK5

Na PK5 zaplanowałem trasę nawigacyjnie prostą i taką, która miała oferować dużo możliwości do biegania. Szybko zbiegliśmy przyjemną dolinką do Szmelty, skąd, trochę idąc, trochę podbiegając, bez problemu trafiliśmy na PK5, gdzie można było uzupełnić zapasy wody oraz posilić się bananami i waflami w czekoladzie. Kolega, który wędrował za nami, gdzieś zniknął po drodze na PK5, tak więc znowu byliśmy w piątkę.

PK6

Wybrałem nawigacyjnie bezpieczny wariant na Łężyce. Po podejściu pod Łężyce było sporo dobrej, płaskiej nawierzchni, więc biegliśmy ile się dało. Bez problemu dotarliśmy w okolice PK6. Niestety, jakieś 100 metrów za szybko wbiliśmy się na górki, gdzie zaczęliśmy błądzić i szukać punktu. W końcu Michał nadał dobry kierunek i po kilku minutach przedzierania się przez chaszcze udało się znaleźć punkt. Bez ociągania ruszyliśmy dalej, gdyż w oddali widać było światła latarek: ogary były na naszym tropie bliżej niż byśmy tego chcieli!

PK7

Początek odcinka był dość trudny, z racji pagórkowatego terenu i niezgadzającej się z mapą drożni. Względnie szybko jednak trafiliśmy na fajną drogę, którą szybko zbiegliśmy do rezerwatu przyrody Cisowa. Za rezerwatem z nawigacją nie było problemu. Po szybkim zbiegu do Marszewa, przecięliśmy „na azymut” Potok Marszewski i bez problemu zameldowaliśmy się u obsługi na PK7. Gdy ja robiłem sobie dolewkę picia, Mateusz zapytał się obsługi na którym miejscu jesteśmy. Otrzymał informację, że przed nami był jeden zawodnik (ten z trasy mieszanej), co oznaczało, że jesteśmy na pierwszym miejscu. Szok!

Nie dopytywałem się u obsługi, bo zaraz polecieliśmy dalej, ale nie chciało mi się w to wierzyć. I słusznie: patrząc na międzyczasy po zakończeniu rajdu tak naprawdę to utrzymywaliśmy się wciąż na miejscu drugim. Mimo wszystko, fakt, że jesteśmy tak wysoko, był bardzo motywujący i ekscytujący!

PK8

Bardzo prosty przebieg z dużą ilością biegania. Chociaż muszę przyznać, że zaraz za Wiczlinem trochę złapało mnie zmęczenie. Siąpiący deszcz nie ułatwiał sprawy.

PK9

Zaraz za PK8 mieliśmy trafić na przecinkę, która miała nas ładnie wyprowadzić na drogę oznaczoną kolorem białym. Zamiast przecinki mieliśmy mix chaszczowania i poruszania się trochę w ciemno w mniej więcej dobrym kierunku. Straciliśmy na tym sporo czasu, ale w końcu trafiliśmy do drogi oznaczonej na czerwono, skąd już szybkim tempem i bez problemów trafiliśmy w okolice punktu. Jakieś 200 metrów od punktu zaczęliśmy się od niego oddalać, na szczęście szybko się zreflektowałem i po chwili podbiliśmy punkt.

PK10

Ehh, serce mi się kraje na wspomnienie tego przebiegu. Plan był prosty: po dotarciu do jeziorka znajdującego się na południe od PK10 mieliśmy ostatnie 200 metrów pokonać na azymut i idealnie trafić na punkt. Do jeziorka dotarliśmy szybko, sprawnie i według planu. Niestety, przegapiliśmy moment i na azymut ruszyliśmy jakieś 300 metrów za daleko. Nie wiedząc, gdzie dokładnie jesteśmy, szukaliśmy jakiegoś punktu charakterystycznego, gdzie moglibyśmy się zorientować gdzie jesteśmy. W konsekwencji zrobiliśmy tą paskudną, widoczną na mapce, pętelkę dokoła PK10. Na punkt trafiliśmy, ale kosztowało to nas lekką ręką 20-25 minut. Obsługa na punkcie poinformowała nas, że jakieś 3-4 osoby nas przegoniły.

Baza- półmetek

Deszcz był od jakiegoś czasu całkiem rzęsisty, ale dopiero po PK10 założyłem kurtkę. To kręcenie się i frustracja spowodowana stratą kilku miejsc sprawiły, że zrobiło mi się zimno i dość nieprzyjemnie. Narzuciliśmy jednak z chłopakami dobre tempo, więc szybko się rozgrzałem. Bez problemów trafiliśmy na drogę w Grabowcu, skąd sprawnie dobiegliśmy na półmetek.

Pierwsza pętla miała mieć 52 km. Garmin pokazał, że zrobiliśmy 62 km w czasie 9 godzin i 43 minut.

W bazie udaliśmy się do przechowalni, gdzie każdy z nas wziął swoją torbę przepakową. Napełniłem swoje butelki, dołożyłem sobie żeli i batonów, wziąłem bułkę z serem na drogę i po niecałych 10 minutach od podbicia punktu kontrolnego na wlocie do bazy byłem gotowy do dalszej drogi. Michał, Mateusz i Tomek wyrobili się w tym samym czasie, a Łukasz zdecydował się ruszyć na drugą pętlę chwilę później i pokonać ją swoim tempem. Tak więc tuż przed godziną 7 rano we czterech ruszyliśmy na drugą pętlę.

PK11

Bez problemów trafiliśmy w okolice PK11, niestety zbiegliśmy do wąwozu za bardzo na północny-zachód, w konsekwencji czego trzeba było się cofnąć. Na punkcie spotkaliśmy jakiegoś zawodnika, który zaraz szybko ruszył, ewidentnie chcąc nam uciec.

PK12

Najdłuższy odcinek całego Harpagana: wg mapy aż 9 km. Bez problemu dotarliśmy do Donimierza sporo biegnąc. Za Donimierzem mój oryginalny plan zakładał, żeby iść tą drogą, którą wiedzie wariant wzorcowy. Chłopaki jednak mnie przekonali, żeby iść trochę inaczej. Koło Maszyny przecięliśmy na azymut na północ do drogi, skąd drogą przez las mieliśmy łatwo dobić do drogi wzorcowej. Niestety zamiast tego trafiliśmy na rozległe bagna. Na początku był tylko teren podmokły i jakoś go obchodziliśmy licząc, że zaraz będzie droga. W pewnym momencie, nie chcąc odbijać za bardzo na południe, zacząłem przecinać przez to przeklęte bagno.

Na początku było ok, ale w pewnym momencie zauważyłem, że stawiając krok na jedną kępę mchu, cała połać mchu dokoła mnie zaczyna łagodnie falować! Dopiero gdy postawiwszy krok nagle zapadłem się w wodę po pas, zdałem sobie sprawę, że pode mną jest cholera wie ile wody! Serce zaczęło bić szybciej. Doszło do mnie, że to chyba nie jest najlepsza trasa. Podciągnąwszy się za gałęzie, wydostałem się z wody i po kilku chwiejnych krokach byłem między drzewami. Względnie bezpiecznie, gdyż jest się czego złapać, ale wciąż w byłem w dupie. Chłopaki oddalali się na południowy wschód, próbując obejść bagno.

Ja za to, żołnierz niezłomny, ruszyłem dalej i na odległości 20 metrów kolejne 2 razy wpadłem przez mech i trawy do wody. Masakra. Jedyne co mnie wiodło do przodu to to, że widziałem, że teren się podnosił. Rzeczywiście, po chwili trafiłem na suchy ląd i zaraz, zataczając się, wleciałem na drogę. Krzyknąłem chłopakom, że jest droga i nie czekając na nich ruszyłem dalej.

Po jakiś 10 minutach marszobiegu w tyle pojawił się napierający Michał, który po chwili mnie dogonił. Okazało się, że udało się im wszystkim trzem obejść to bagno i trafić na drogę, ale chłopaki nie ruszyli od razu za Michałem. Idąc/biegnąc już we dwóch minęliśmy Częstkowo i dalej bez problemów, po półtorej godziny od PK11, podbiliśmy PK12.

PK13

Zaraz za PK12 pojawił się za nami Piotr Kopacz, znany mi z czołówki wielu poprzednich Harpaganów. Wyglądając świeżo jak młody bóg, wyprzedził nas. Trochę mnie zdenerwowało, że przez stratę czasu na bagnie, nie dość, że czołówka nam ucieka, to jeszcze i nas przeganiają.

Biegliśmy z Michałem ile było sił, mając Piotra w zasięgu wzroku, aż do PK13, na który trafiliśmy chwilę po nim. Na punkcie obsługa nas poinformowała, że zajmujemy 4 miejsce.

PK14

Piotr ruszył szybko… nic dziwnego. Wiedział, że musi uciekać, jeśli chce obronić 3 miejsce. Idąc w kierunku Wyszeckiej Huty nie udało nam się trafić na leśną drogę na północny-zachód. Tak więc, minąwszy Wyszecką Hutę myślałem, że pokierujemy się na Rzepecką i stamtąd na północny-zachód w kierunku punktu, tak jak poleciał Piotr. Michał wpadł jednak na (później okazało się genialny) pomysł, żeby odbić na północ. Rzeczywiście, ścieżka była super, pięknie się biegło zalesionym grzbietem a następnie dobrej jakości drogą leśną. Znajdujący się na wysokiej górce PK14 podbiliśmy bez problemu, nie zobaczywszy żadnych innych zawodników.

PK15

Wracając przez 2 km tą samą drogą spotkaliśmy Mateusza i Tomka, którzy prężnie napierali na PK14. Mieli być może z 20 minut straty do nas. Kontynuując dalej prostą drogą w kierunku PK15 tylko się głowiliśmy, czy naszym wariantem na PK14 wyprzedziliśmy Piotra, czy nie. Mi się wydawało, że tak. PK15 znaleziony bez trudności i żadnej żywej duszy po drodze.

PK16

Przez ostatnie kilka kilometrów dokuczał mi ochraniacz na kostkę. Jakoś mnie tak niefortunnie obcierał, że bieganie zaczęło być bolesne. Zaraz za PK15 zdecydowałem się go zdjąć i stał się cud! Ból ustąpił, poczułem się jak młody bóg i wyrwałem biegiem do przodu, co widać po dużej ilości koloru zielonego. Bez najmniejszego problemu trafiliśmy na PK16, gdzie obsługa nas poinformowała, że chyba jesteśmy na pierwszym miejscu, aczkolwiek, był przed nami jakiś zakręcony gość, który tylko podbił punkt, ale nie odnotował swojej obecności u nich. Odebrałem to, że jesteśmy w takim razie na drugim miejscu. Tak więc wariant Michała na PK14 okazał się sukcesem i wyprzedziliśmy Piotra i jeszcze jednego zawodnika!

PK17

Mimo wysokiego miejsca i super newsów, narzuciłem mocne tempo. Założyłem, że ci co trafią na PK16 za nami i dowiedzą się, ile stracili, będą za wszelką cenę nas gonić! Nawigacyjnie odcinek był banalny i trochę biegnąc, trochę maszerując, pewnie podbiliśmy PK17.

PK18

Kolejny prościutki odcinek. Tylko trochę siły w nogach brakowało do biegania. Na PK18 dowiedzieliśmy się, że zawodnik nr 1 ma nad nami półtorej godziny przewagi, co oznaczało, że jest poza zasięgiem. Nie wiedzieliśmy jednak, ile straty ma do nas zawodnik kolejny, więc szybko dolaliśmy sobie wody, wzięliśmy po bananie na drogę i biegiem ruszyliśmy.

PK19

Wybrałem wariant przez Ustarbowo: może minimalnie dłuższy niż ten na południe, ale ewidentnie bardziej przebieżny, co staraliśmy się wykorzystać kiedy tylko były siły. Sprawnie i pewnie zameldowaliśmy się na PK19.

PK20

Podobnie szybki i sprawny przebieg pokonany marszobiegiem. Nic do zrelacjonowania. Drożnia tuż przed PK20 wydawała się na mapie dość skomplikowana i niezbyt się zgadzała z tym co było w terenie. Uważnie nawigując udało mi się jednak doprowadzić nas prosto na punkt.

Meta

Ostatni odcinek został przez nas w dużej większości przebiegnięty. Jakiś kilometr przed metą byliśmy już pewni, że nikt nie ma szans nas wyprzedzić. Już wcześniej ustaliliśmy, że finiszujemy razem tak, żeby podzielić się miejscem drugim. Pod wpływem adrenaliny ostatnie kilkaset metrów pokonaliśmy iście sprinterskim tempem i o godzinie 14:50, po 17 godzinach i 50 minutach od startu i pokonanych 116 kilometrach, ukończyliśmy 54 edycję Harpagana, razem, na wspaniałym 2 miejscu.

Harpagany chwilę po finiszowaniu!

Epilog

W sumie trasę pieszą ukończyło i zdobyło tytuł Harpagana 18 osób, na 162 osoby startujące. Łukasz zakończył na miejscu 7, Mateusz na miejscu 8. Tomek, nie mogąc znaleźć PK14 zdecydował się niestety zrezygnować z dalszego napierania. Zwycięzca, Marcin Hippner, ukończył godzinę i 17 minut przed nami, tak więc od PK18 udało nam się nawet odrobić 13 minut straty.

Trochę frustrujące jest to, że podliczywszy nasze błędy i ile czasu nas one kosztowały (20 minut w drodze na PK2, 10 minut na PK6, 20 minut na PK10, 5 minut na PK11, 15 minut na bagnach), to mogliśmy być niemalże na równi z liderem. Tak więc sądzę, że był w naszym zasięgu, ale takie jest piękno Harpagana, że nawet jeden błąd nawigacyjny może całkowicie zmienić końcowy wynik.

Od lewej: m-ce 2 ex aequo Michał Głód, m-ce 1 Marcin Hippner, m-ce 2 ex aequo Marcin Krzysztofik

Tak czy inaczej, jest to dla mnie mój najlepszy start w historii, ukoronowany pięknym wynikiem. Wynikiem bardzo niespodziewanym, bo wybierałem się na tego Harpagana bez większych oczekiwań. Miłe jest też to, że po 11 latach wspólnych startów, udało się to osiągnąć razem z Michałem. Ogromny szacun dla Michała, który w ciągu ostatniego półrocza dokonał bardzo dużego postępu biegowego. Był w tak świetnej formie, że bez problemu trzymał moje tempo przez całą drogę. Ba, niejednokrotnie to ja musiałem za nim nadążać!

Garść statystyk

Tym Harpaganem zakończyłem sezon biegowy, więc jestem szczęśliwy, że udało się zamknąć rok 2017 takim wynikiem. Zrewidowałem niedawno swój kalendarz startów i przez najbliższe 6 miesiący nie będę biegł żadnego biegu ultra. Chcę użyć ten czas na regenerację i odpoczynek, a następnie na dobry trening w celu przygotowania do 55 edycji Harpagana, która odbędzie sie w kwietniu 2018 roku w Choczewie.

Jeszcze na samo zakończenie wpisu, gdyby ktoś był zainteresowany to poniżej są dostępne pełne mapy obu pętli.

Pętla 1: na czerwono wzorcówka, na zielono-żółto mój przebieg
Pętla 2: na czerwono wzorcówka, na zielono-żółto mój przebieg

Pozdrawiam,

Marcin

Comment / Dodaj komentarz