Harpagan 55- relacja z biegu

Witam na blogu po dłuższej przerwie i zapraszam do pierwszego od pół roku raportu z zawodów. Tak jak pisałem w moim wpisie Podsumowanie Roku 2017, na rok 2018 zaplanowałem sobie znacznie mniej startów w zawodach, a więcej treningów. Rzeczywiście, od początku stycznia ruszyłem z planem treningowym. Na przestrzeni stycznia, lutego, marca i kwietnia wybiegałem całkiem sporo kilometrów (175 w styczniu, 246 w lutym, 215 w marcu, 88 w kwietniu) i czułem się w formie. Gdyby nie 2 okresy kiedy na prawie tydzień odpuściłem bieganie z powodu przeziebięnia, było by pięknie, no ale co zrobić. W każdym razie, trenując skoncentrowałem się na zbudowanie jak najlepszej formy na Harpagana, którego 55 edycja odbyła się 20 kwietnia w Choczewie.

Jeśli ktoś nie wie co to jest Harpagan to zapraszam do przeczytania mojego wpisu z 53 edycji. Po świetnym wyniku (2 miejsce) na 54 edycji pół roku temu (relacja) miałem ogromny apetyt powalczyć o zwycięstwo, stąd też te wszystkie treningi i żadnych biegów ultra w okresie od stycznia do kwietnia. Byłem przekonany (i nadal jestem), że jest to w moim zasięgu przy założeniu dobrej formy i braku większych błędów nawigacyjnych. Okazało się, że forma raczej była, tak jak i błędy nawigacyjne, ale o tym zaraz…

Przed startem

Do Choczewa tradycyjnie dojechałem z moim wieloletnim partnerem harpaganowym Michałem. Po zarejestrowaniu się spotkaliśmy Mateusza, towarzsza z ostatnich kilku Harpaganów, więc było wiadomo w jakiej ekipie startujemy. Zauważyłem też Marcina Hippnera, zwycięzcę ostatnich dwóch edycji, jak również kilku innych zawodników plasujących się zwykle w czołówce, więc było wiadomo, że o dobre miejsce trzeba będzie walczyć.

Warto również wspomnieć, że pogoda była piękna. W piątkowy wieczór było jakieś 15 stopni, nie wiele mniej miało być w nocy. Zarówno noc jak i sobota miały być bezdeszczowe, przy czym sobotni poranek trochę chłodniejszy, może około 10 stopni. Dawno nie było tak ciepło na Harpaganie!

Gotowi do startu!

5 minut przed godziną 21 na placu startowym odebraliśmy mapy i okazało się, że pierwsza pętla prowadzi nas na północ nad morze, więc powinno byc dość płasko i nawigacyjnie stosunkowo łatwo. Tuż przed 21 staliśmy z Michałem i Mateuszem na przedzie, podekscytowani tym co nam noc przyniesie.

Pierwsza pętla

Na PK1

Na poniższych mapkach zaznaczone są 2 przebiegi: na pomarańczowo wariant wzorcowy/najkrótszy (podany przez organizatorów po rajdzie), natomiast na niebiesko przybliżony ślad mojego przebiegu.

Trasa od startu do PK3, niemal identycznie z wzorcówką

Droga do pierwszego punktu kontrolnego (PK1) była oczywista i w sporej mierze asfaltem i kilka pierwsze 1,5 km lecieliśmy z prędkością ponad 12 km/h! Mimo tego, Hippner jak również i kilku innych zawodników poleciało jeszcze szybciej i na punkcie mieli minimalną przewagę. Kolejne punkty były nawigacyjnie dość niewymagające, więc mogliśmy się skoncentrować na utrzymywaniu dobrego tempa. PK2 i PK3 zdobyliśmy szybko i sprawnie. Większośc drogi na PK4 przebiegliśmy dobrym tempem. Przed samym punktem wbiliśmy się w las dość niefortunnie i straciliśmy kilka minut przebijając się przez gęste krzaczory zanim znaleźliśmy punkt.

Trasa na PK4

PK5 (24,6 km) pękł bez problemu o 23:45 (2:45 h na 24,6 km… niezłe tempo) i stanęliśmy przed wyborem czy na PK6 ruszyć plażą czy lasami/wydmami. Na szczęście padło na plażę, gdzie po ubitym piasku narzuciłem ostre tempo i praktycznie całe 6 km przebiegliśmy, meldując się na PK6 26 minut po północy.

Krótki filmik powyżej z napierania plażą. Jeden z najlepszych momentów w historii Harpagana!

PK4 do PK9

Kolejne odcinki do PK7, PK8 i PK9 pokonaliśmy nadal dobrym tempem i bezproblemowo, ale moje tempo dało się chłopakom we znaki i w okolicach PK9 zdecydowali się odpuścić. Na PK10 trafiłem już sam i niedługo potem, o 3:29 zameldowałem się na półmetku. Czas świetny, 6,5 godziny na pierwsze 51,9 km jest moim chyba najlepszym czasem pierwszej pętli ze wszystkich Harpaganów. Warto wspomnieć, że w nogach miałem trochę więcej, chyba jakieś 55 km, ale nie pamiętam, bo na drugiej pętli padł mi Garmin i nie zapisał trasy ☹. Skoczyłem na chwilę do bazy, zrobić sobie dolewkę MaxCarba, doładować prowiantu do mojej kamizelki biegowej i przekąsić co nieco. Cała przerwa zajęła mi nie więcej niż 10 minut.

Od PK9 do półmetka

Katastrofa na drugiej pętli

PK11

Na PK11 więcej szedłem niż biegłem; musiałem się na nowo rozgrzać po postoju. Na PK11 trafiłem o 4:05, czyli 36 minut od podbicia półmetka, wliczając czas postoju. Długi odcinek do PK12 pokonałem sporo biegając: ponad 9 km w 66 minut. Oznaczało to 64,7 km w 8 godzin i 11 minut, czyli chyba najszybsze tempo w historii moich startów. Nie wiedziałem tego, ale byłem tylko 7 minut za Marcinem Hippnerem na tymże punkcie. Było dobrze, za dobrze, więc coś musiało się spieprzyć. W sensie ja musiałem coś spieprzyć.

Długi przebieg na PK12

Z PK12 dobrym tempem zmierzałem w okolice PK13 i miałem opracowany plan natarcia. Trafiłem na główniejszą drogę oznaczoną na biało, potem na skrzyżowanie z którego miałem się namierzać na punkt i wbiłem się w teren szukać punktu koło bagienka. A punktu brak. Zrobiłem rundkę, wróciłem do skrzyżowania, namierzam się, liczę uważnie odległości i znowu nic. Myślałem i myślałem, czesałem całą okolicę, kręciłem się po bagnach zataczając coraz szersze kręgi i nic. Byłem przekonany, że jestem w dobrym miejscu i nie dopuszczałem do siebie możliwości, że jestem gdzieś indziej.

Od PK12 do PK17. Narysowałem mniej więcej jak błądziłem szukając PK13. Widać również pętelkę za PK14.

Tak zleciało mi ponad 1,5 godziny. W tym czasie straciłem całą motywację i ochotę na dalszy bieg, bo wiedziałem, że coś konkretnie spieprzyłem. Dopiero gdy jeden spotkany zawodnik pokazał mi gdzie myśli, że jest na mapie, wszystko nabrało sensu i po 5 minutach podbiłem punkt. Okazało się, że namierzałem się cały czas ze skrzyżowania jakieś 500 metrów na północny-zachód od tego na którym myślałem, że byłem. Zmyliło mnie to, że byłem na ‘głównej’ drodze, a ewidentnie stosunkowo niedawno poprawdzono nową drogę bardziej na północ.

Droga skazańca

Po zdobyciu PK13 już jak skazaniec mozolnie i bez serca ruszyłem na PK14 gdzie o 8:12 dolałem sobie wody i ruszyłem dalej. Jakieś 1,5 km za punktem padł mój GPS, więc straciłem wszystkie dane pokonanej odległości i ślad. Wściekłem się. Próbując odpalić zegarek i patrząc, czy ślad się zapisał, zupełnie straciłem koncentrację i okazało się, że zrobiłem pętlę i wróciłem na drogę, którą szedłem jakieś 15 minut wcześniej. Wtedy już wiedziałem, że dzień jest dla mnie totalną porażką. Trochę się ogarnąłem i oczywiście w końcu doszedłem na PK15.

Bez większego problemu doszedłem na PK16. Po punkcie stwierdziłem, że jednak znów muszę zmusić się do biegania, żeby szybciej mieć tę katorgę z głowy. Na PK17 wciąż nie wiedziałem na którym jestem miejscu i ile straciłem, ale wychodząc z punktu spotkałem wchodzących Michała i Mateusza. Myślałem, że są przede mną, więc się zdziwiłem. Okazało się, że rzeczywiście na feralnym PK13 mnie wyprzedzili, ale ja ich następnie wyprzedziłem po PK16.

Od PK17 do PK19

PK18 był bezproblemowy. Na PK19 również trafiłem bez najmniejszego problemu i nawet w miarę ok tempem, gdyż udało mi się sporo podbiegać. Na PK20 pierwszą połowę drogi pokonałem dośc szybko dobrymi, leśnymi drogami, a drugą wolniej brnąc mozolnie na azymut przez zaorane pola. Punkt znalazłem bez problemu: był pięknie wyeksponowany na szczycie niezalesionej górki i widoczny z oddali.

Od PK19 na metę

Na krótkim odcinku do mety dogonił mnie, ku mojemu zaskoczeniu, jeden zawodnik, dośc żwawo napierający. Przeszło mi przez myśl powalczyć z nim, ale jednak stwierdziłem, że nie zależy mi, bo swojegu celu tak już nie osiągnę.

Koniec katorgi

Na mecie pojawiłem się o godzinie 13:24, czyli po 16 godzinach i 24 minutach od startu. Oceniam, że pokonałem około 115 km. Okazało się, że mimo mojego tragicznego w skutkach błędu na PK13, zająłem 5 miejsce. Minuta straty do gościa, który mnie wyprzedził przed metą i 21 minut straty do miejsca 3. 3 godziny straty do zwycięzcy, Marcina Hippnera, który na PK12 był 7 minut przede mną.

W drodze z mety do zdania chipa i zobaczenia mojego nędznego wyniku….

Taka jest natura Harpagana i innych, podobnych biegów nawigacyjnych. Wystarczy raz zrobić błąd i można zaprzepaścić szansę na dobry wynik czy na zwycięstwo. Kolejna nauczka dla mnie, żeby, nawet jak droga na punkt wygląda banalnie, cały czas być skoncentrowanym i czujnym, kontrolować czas i odległości. No i ufać w 100% temu co jest na mapie, bo aktualność map jest różna i gdzie na mapie jest ścieżynka, w rzeczywistości może być ładna, nowa droga.

Fizycznie Harpagan dał mi w kość. Za to, że dużo biegałem tempem szybszym niż zwykle, zostałem nagrodzony potężnymi zakwasami, które zaczęły schodzić dopiero w poniedziałek po rajdzie. Po tygodniu czułem się w miarę wypoczęty, więc wznowiłem treningi pod odbywający się za miesiąc najdłuższy bieg sezonu… o tym innym razem. A Harpagan w pażdzierniku 2018 roku zawita tym razem do Kwidzyna, więc tam będę się próbował zrehabilitować.

Dla zainteresowanych poniżej zamieszczam pełne mapy. Wzorcówka zaznaczona jest na pomarańczowo, natomiast mój przebieg na niebiesko.

Pierwsza pętla
Druga pętla

Pozdrawiam, Marcin

Comment / Dodaj komentarz