Harpagan 58- relacja z biegu

Witam na blogu po dłuższej przerwie. Ostatnimi miesiącami zaniedbałem blogowanie. Po części z powodu innych obowiązków i priorytetów, a po części chyba po prostu straciłem trochę zapał, który miałem, gdy ruszyłem z blogiem na początku roku 2017. Mam cały czas listę tematów do opisania na blogu, nawet kiedyś tam przygotowałem jakieś wpisy, które tak siedzą w szkicach, gotowe w 90%.

Od mojego ostatniego wpisu z maja tego roku, czyli relacji z biegu Thames Path 100 za dużo pod kątem biegowym się nie działo. W sierpniu wystartowałem w niedługim biegu górskim w Peak District w Anglii. Byłem na niego bardzo entuzjastycznie nastawiony, ale praktycznie nic się nie przygotowałem. W konsekwencji zaliczyłem porażkę i biegu nie ukończyłem- zostałem zatrzymany na ostatnim przed metą punkcie pomiaru czasu, gdyż byłem za wolny. Postaram się wrócić do tematu i mimo wszystko tę niechlubą wyrypę opisać.

Następnie, od drugiej połowy sierpnia rozpisałem sobie plan pod Harpagana i przez te około 8 tygodni dość przyzwoicie pobiegałem. Koniec końców nie tyle ile plan zakładał, ale tyle, że miałem spokój ducha, że coś udało mi się poćwiczyć i nie pójdę na Harpagana totalnie nieprzygotowany. Konkretne liczby to 163 km w sierpniu, 153 km we wrześniu i 64 w październiku. Do tego jakiś tam okazjonalny rower, kilka razy popływałem i kilka razy poćwiczyłem siłę nóg.

Bożepole Wielkie po raz trzeci

W bazie Harpagana w Bożympolu Wielkim stawiłem się z entuzjazmem, jak i z nostalgią, Jakby nie patrzeć, pierwszy raz się zdarzyło, że po raz trzeci jestem na Harpaganie w tym samym miejscu. Mój pierwszy Harpagan, 31 edycja w kwietniu 2006 roku, miał miejsce w Bożympolu. Zakończyłem go chyba po jakiś 14 godzinach po pierwszej pętli, totalnie zmordowany. Kilka lat później, na 47 edycji w kwietniu 2014 roku szło mi raczej dobrze i miałem szansę na miejsce w pierwszej dziesiątce. Straszny błąd nawigacyjny pod koniec biegu kosztował mnie jednak chyba ze dwie godziny i finiszowałem na 17 miejscu.

Warto też nadmienić, że na wielu poprzednich edycjach dane mi już było biegać po tych terenach: 31 (Bożepole Wielkie), 35 (Łęczyce), 47 (Bożepole Wielkie), 53 (Cewice), 54 (Szemud), 55 (Choczewo). Nauczony doświadczeniem, wiedziałem, że te tereny są wymagające. Na północ od Bożegopola jest sporo bagienek i sieć dróg i ścieżek na mapie jest dość niewspółmierna do tego, co jest w terenie. Natomiast na południe od Bożegopola jest bardzo górzyście i niektóre podejścia są mordercze, szczególnie kiedy już ma się kilkadziesiąt kilometrów w nogach. Tak więc piątkowego wieczoru, 18 października 2019 roku, podchodziłem do tego Harpagana z dużym respektem.

Z Michałem i Mateuszem, gotowi do startu

W bazie dość szybko zebrała się sprawdzona ekipa: Michał, Mateusz i Piotr. Było wiadomo, w jakim składzie ruszamy. Na starcie spotkaliśmy również Grzegorza, którego poznałem rok temu w Kwidzyniu. Przed godziną 21 dostaliśmy mapy i było wiadomo, że na pierwszą pętlę ruszamy na północ.

Relacja

Podobnież jak w poprzednich relacjach, opisuję poniżej mój przebieg punkt po punkcie. Ilustruję to mapkami, na których są dwa ślady. Kolorem fioletowym jest zaznaczony przebieg tzw. wzorcowy. Jest on podany po zakończeniu Harpagana przez organizatorów jako najkrótsza trasa biegnąca drogami, ścieżkami, przecinkami i granicami kultur. Kolorem żółtym zaznaczony jest ślad mojego przebiegu, według mojego zegarka z GPS. Skrót PK oznacza punkt kontrolny (PK1: punkt kontrolny 1).

Start – PK1

O 21 ruszyliśmy z chłopakami na północ i mieliśmy kilka minut na zdecydowanie się czy PK1 atakujemy od wschodu, czy od zachodu. Zdecydowałem, że od wschodu i byliśmy chyba jedynymi zawodnikami, którzy się na ten wariant zdecydowali. Tłum latarek popędził od drugiej strony. Głównie spokojnie biegnąc, bez najmniejszych trudności trafiliśmy na punkt. Był na nim jednak już spory tłok, więc stwierdziłem, że chyba jednak lepiej było atakować od zachodu. Wariant wzorcowy został również poprowadzony od wschodu, więc może tak źle nie było.

PK1 – PK2

Polecieliśmy od razu wariantem dość oczywistym. Pierwsze kilka minut za punktem musieliśmy się przebijać przez chaszcze. Potem była ładna i oczywista droga i sprawnie podbiliśmy PK2 o godzinie 22:07. Co ciekawe, patrząc na wyniki po zakończeniu Harpagana, byliśmy wtedy na pierwszym miejscu! Nie mieliśmy jednak o tym najmniejszego pojęcia, bo wydawało nam się, że na PK1 mnóstwo osób było przed nami.

PK2 – PK3

Przelot wydawał się na mapie dość oczywisty. W rzeczywistości, w jednym miejscu (na wysokości cyfr 07 na mapie) droga zniknęła i trzeba było trochę chaszczować (chyba nie ma takiego słowa… chodzi o mozolne przebijanie się przez chaszcze czy gęsty las 🙂 ). Przed samym punktem też straciliśmy jakieś 3-4 minuty pobiegłszy za daleko, ale nic poważnego.

PK3 – PK4

Było od razu wiadomo, że nie będzie to oczywisty przelot. Pierwszą połowę drogi pokonaliśmy szybko i sprawnie. Następnie, tam gdzie miała być ścieżka, był tylko gęsty las, więc trzeba było lecieć drogą naokoło. Trochę tak klucząc i starając się uważać, trafiliśmy w końcu w pobliże punktu. Atakując punkt od południowego wschodu, odbiliśmy za jakimiś ludźmi na północ trochę za wcześnie. Na szczęście po chwili zdałem sobie z tego sprawę. Po krótkim przejściu na azymut przez teren lekko podmokły, pojawiliśmy się wprost na punkcie.

Był to pierwszy na trasie punkt z obsługą oraz pierwszy punkt, gdzie można było dolać sobie wody. Doznałem tam szoku. Obsługa nas poinformowała, że pojawiliśmy się tak szybko, że organizatorzy nie zdążyli jeszcze dowieźć wody! Chłopaki na szczęście udostępnili nam swój jeden baniak, z którego uzupełniliśmy zapasy. Poinformowano nas również, że jesteśmy na czele stawki- drugie miejsce, 25 minut za pierwszym zawodnikiem!

Podbijając PK4 (zdjęcie od BEAR.photo)

Jeszcze jeden komentarz dotyczący zaproponowanej wzorcówki. Wariant, żeby niemal cały odcinek pokonać jedną przecinką, nawet nie wchodził w grę! Przecinki w tym terenie są notorycznie zarośnięte i słabo przebieżne. Może jeszcze za dnia byłoby widać, którędy iść, ale nie w nocy.

PK4 – PK5

Podekscytowany faktem jak wysoko jesteśmy, od razu ruszyłem dalej dość silnym tempem, tak, że chłopaki zostali parędziesiąt metrów za mną. Po jakimś 1,5 km zwolniłem, żeby się zastanowić, którędy dalej i chłopaki mnie dogonili. Ale w tym momencie okazało się, że dogonił nas również nie kto inny jak Marcin Hippner- wielokrotny zwycięzca Harpagana! To, że po ponad 20 km Marcin nie był daleko z przodu, było dla mnie kolejnym szokiem. Marcin razem z kolegą Mariuszem ruszyli dalej ostrym tempem. W tym momencie stwierdziłem, że chcę się ich trzymać jak najdłużej się da i cisnąć do przodu. I tak też zrobiłem. Michał, Mateusz, Piotr i Grzegorz, jak się później okazało, mieli już dość tego ostra tempa i zdecydowali się odpuścić.

Tempo Marcina i Mariusza utrzymałem może przez jakieś 1,5 km. Chłopaki napierali za ostro jak dla mnie. Moje tętno zaczęło ocierać się o 185 uderzeń na minutę, więc musiałem zwolnić. Ku mojemu zdziwieniu chłopaki polecieli jednak naokoło Jeziora Czarnego. Ja za to, ruszyłem wg mnie najkrótszą drogą wzdłuż wschodniego brzegu jeziora. Na punkt dotarłem bez problemu i okazało się tuż przed chłopakami. Odcinek o długości 6,12 km pokonałem ze średnią prędkością 9 km/h- jeden z najszybszych odcinków tej edycji.

PK5 – PK6

Opuszczając PK5 widziałem Marcina i Mariusza zbliżających się do punktu, więc moja przewaga była minimalna. Chłopaki mnie przegonili jakoś w połowie drogi do PK6, a na sam punkt wbiegłem tylko minutę po nich. Miałem stratę 23 minut do prowadzącego zawodnika Krzyśka Lisaka, którego po jakimś czasie skojarzyłem jako zwycięzcę XIV edycji Kierata z 2017 roku, biegu, w którym też uczestniczyłem. Na punkcie zrobiłem sobie szybką dolewkę, poprosiłem o kanapkę z musztardą, wziąłem banana i kiełbasę na drogę i czym prędzej ruszyłem dalej.

PK6 – PK7

Biegnąc drogą asfaltową, przez dłuższy czas widziałem Marcina i Mariusza kilkaset metrów przede mną, do momentu, gdy odbili w las. Założyłem, że chłopaki pewnie zaatakują punkt od północy, więc zdecydowałem się zaryzykować i ostatnie pół kilometra przeciąć na azymut przez las i bagienka. Zagrywka się opłaciła, bo teren nie był zbyt bagnisty. Idąc przez zarośla, mogłem trochę odpocząć od szybkiego tempa, a na punkt trafiłem chwilę po chłopakach- z oddali widziałem światła ich latarek, gdy zbliżałem się do punktu.

PK7 – PK8

Ruszyłem w pogoń dość oczywistą drogą, jak widać w 100% zgadzającą się z przebiegiem wzorcowym. Nawigacja była banalna, mimo tego znacznie zwolniłem w porównaniu do poprzednich odcinków- zmęczenie dawało się we znaki. Tak na oko jakieś 40% odcinka przebiegłem, a 60% przeszedłem. Tuż przed punktem dogoniłem Mariusza, który musiał zwolnić ze względu na dolegliwości żołądkowe. Punkt podbiliśmy razem o godzinie 2:14 w nocy.

PK8 – PK9

Mariusz dość szybko ruszył tempem znacznie szybszym od mojego i po chwili znów byłem sam. Niestety wciąż nie miałem dużo pary na bieganie, więc odcinek pokonywałem raczej spokojnie. W okolice punktu dotarłem bez trudu i niestety popełniłem pierwszy poważny błąd tego Harpagana. Odbiłem na punkt jakieś 250 metrów za wcześnie i w konsekwencji zrobiłem pętlę, która kosztowała mnie jakieś 10 minut. Po tym zreflektowałem się i po chwili trafiłem na punkt. Byłem niestety 11 minut za Marcinem i Mariuszem i 33 minuty za Krzyśkiem.

PK9 – PK10

Z jednej strony byłem wkurzony na siebie za popełnienie błędu przed PK9, ale z drugiej strony miałem poczucie wielkiej ulgi, że konsekwencje mojej nieuwagi nie były o wiele bardziej kosztowne. Skoncentrowany na tym, żeby nic nie schrzanić, ruszyłem. Po spokojnym podejściu pod górę, rozkręciłem się trochę na zbiegu i dalej trzymałem silne tempo. Nawigacja przez większość drogi była oczywista i bezproblemowa. Pytanie było czy punkt atakować drogą na około, czy przez pola i las pod liną wysokiego napięcia, czy jeszcze inaczej. Zdecydowałem się iść kawałek na azymut przez pole i potem ścieżką na punkt. Ścieżkę szczęśliwie znalazłem i bez problemu doszedłem nią na punkt. Został tylko ostatni odcinek do zakończenia pierwszej pętli.

PK10 – Baza (półmetek)

Bez ociągania opuściłem PK10. Trasa, którą sobie wyznaczyłem, wydawała się najkrótsza z możliwych i prosta nawigacyjnie. Byłaby idealna, gdyby nie to, że druga jej połowa biegła miedzą niż drogą/ścieżką i momentami było tak błotniście czy nierówno, że nie dało się biec. Mimo tego, trochę idąc, trochę biegnąc, po niecałych 40 minutach od punktu stawiłem się w bazie na półmetku o godzinie 4:34 w nocy. Byłem na czwartym miejscu, ze stratą 14 minut do Marcina i Mariusza, oraz 43 minut do Krzyśka. Co ciekawe, patrząc po wynikach, kolejny zawodnik pojawił się dopiero całą godzinę po mnie!

W 7 godzin i 34 minuty pokonałem 56 km. Planowo, według mapy, miało na półmetku być 50 km, ale biorąc pod uwagę teren i nawigację, 6 km nie było jakimś wielkim narzutem. Będąc świadomy, że mam tylko 14 minut straty do 2 miejsca, ruszyłem biegiem do bazy, żeby jak najszybciej się przepakować. Zeszło mi w sumie 8-9 minut: w tym czasie zrobiłem sobie dolewkę, dopakowałem prowiant, przełożyłem nową mapę, skorzystałem z łazienki i zgarnąłem kubek ciepłej herbaty na drogę. O 4:43 ruszyłem dalej.

Baza – PK11

Żwawym tempem opuściłem Bożepole, przeciąłem drogę krajową i kilka minut później zacząłem mozolne podchodzenie pod PK11, położony na szczycie góry. Ponad 120 metrów w pionie do pokonania, ale powoli, krok po kroku, bezbłędnie trafiłem na punkt.

PK11 – PK12

Plan był prosty: kierować się na południowy zachód, trawersując zboczem górek, aż trafię do drogi, którą ładnie zbiegnę na zachód. Trawersowanie szło dobrze przez jakieś 10 minut, ale wydawało mi się, że tak długo idę, że musi już być droga. No i jak tylko trafiłem na pierwszą drogę na zachód, to zacząłem nią zbiegać. Droga niestety zaczęła odbijać na północ i, koniec końców, wyprowadziła mnie do głównej drogi na północ. A wystarczyło wcześniej potrawersować jakieś 100 metrów więcej i bym trafił na właściwą drogę.

Straciłem tym manewrem jakieś 10-15 minut, ale nie było tragedii, bo wiedziałem przynajmniej gdzie jestem. Droga do PK12 była dalej banalna i bez problemu trafiłem na punkt. Tam obsługa mnie poinformowała, że do zawodnika przede mną tracę 23 minuty.

PK12 – PK13

Przelot dla mnie dość oczywisty i fajny, krótki wariant. Zdecydowałem się atakować punkt od urywającej się przed nim drogi, zamiast iść wyraźną drogą na około. Dobry wybór, gdyż nawigacja przed samym punktem nie była skomplikowana. Na punkcie licznik pokazał mi 70 km w nogach i prawie 10 godzin w terenie.

Nikogo po drodze nie widziałem, więc napierałem ze świadomością, że jestem na czwartym miejscu i gonię chłopaków, żeby wskoczyć na podium. Czego wtedy nie mogłem wiedzieć, to to, że na tymże punkcie Krzysiek zszedł wcześniej z trasy z powodu kontuzji, a Marcin podbił PK13 dopiero 11 minut po mnie. Zupełnie nieświadomie, byłem wtedy na drugim miejscu z 31-minutową stratą do Mariusza!

PK13 – PK14

Przed PK13 zaczynało świtać, a może jakieś kilometr za punktem było na tyle jasno, że mogłem wyłączyć i schować czołówkę. Do skrzyżowania dróg koło liczby 102.4 wszystko było ok. Stamtąd chciałem iść tak naprawdę tak, jak pokazuje wariant wzorcowy. Jednak połączenie braku koncentracji oraz tego, że siatka dróg w terenie nie zgadzała się w pełni z tym, co na mapie sprawiło, że poszedłem tak jak widać powyżej. Dziwne było to, że przez dłuższy czas nadal byłem przekonany, że idę wariantem wzorcowym!

Jakiś kilometr przed punktem, wchodząc pod górę, spotkałem Michała, Mateusza, Piotra i Grzegorza schodzących w kierunku PK12- musieli być jakieś 2-3 godziny za mną. Wprowadziłem ich w błąd (niecelowo oczywiście!), mówiąc gdzie jestem wg mnie na mapie i ruszyłem dalej. Chwilę później, gdy wdrapałem się na pobliską górę, wszystko przestało mi się zgadzać i trochę się kręciłem, próbując siebie odnaleźć. Na szczęście widoczność była dobra, więc skierowałem się na najwyższe wzniesienie widoczne w okolicy i tam znalazłem punkt.

Patrząc po wynikach, moja strata do Mariusza wzrosła z 31 minut na PK13 do 51 minut na PK14, więc spokojnie 20 minut wtopiłem przez brak koncentracji i słabą nawigację.

PK14 – PK15

Zacznę od tego, że wariant wzorcowy wydaje mi się bardzo ciekawy, gdyż omija sporo przewyższeń. Zupełnie, ani przez moment, nie brałem go jednak pod uwagę. Zamiast tego, bez żadnych nawigacyjnych trudności, poszedłem dolinkami, a potem wzdłuż Jeżowskiej Strugi na Łówcz. Większość drogi wiodła pod górę, więc większość odcinka przeszedłem, czasem podbiegając. Z namierzeniem się na punkt nie było problemu i podbiłem go o 9:18 rano.

Po 12 godzinach i 18 minutach w trasie, miałem na liczniku pokonane 84 km. Nominalnie na PK15 miało być 74,8 km, więc do mety miałem jeszcze ponad 25 km. Moja strata do prowadzącego Mariusza wzrosła o 3 minuty do 54 minut, a Marcin Hippner podbił punkt 13 minut po mnie. Nie miałem jednak o tym najmniejszego pojęcia i byłem przekonany, że lecę na czwartym miejscu i gonię Marcina i Mariusza, którzy są jakieś 15-20 minut przede mną!

PK15 – PK16

Pierwszym priorytetem tego odcinka było skorzystanie z punktu żywieniowego w Porzeczu, zaznaczonego widelcem na mapie. Miałem już mało picia, więc ten dodatkowy punkt był bardzo mile widziany. Spędziłem tam może 1-2 minuty, tyle, żeby dolać sobie wody i wziąć banana na drogę. Dalsza droga, do zakrętu drogi koło cyfr 08 była bezproblemowa. Stamtąd plan był się ładnie wbić na punkt leżący w dolince. Zszedłem do jednej i tam punktu nie ma. Przeszedłem do drugiej obok i punktu znów nie ma.

W międzyczasie jakoś przez przypadek zapauzowałem swój zegarek i 25 minut błądzenia po omacku i kręcenia się w kółko nie jest w ogóle odwzorowane na moim śladzie. W tym czasie zobaczyłem Marcina i zdziwiłem się, że był wcześniej za mną, a teraz zdążył podbić punkt, kiedy ja jeszcze byłem zagubiony. Byłem wściekły na siebie. W końcu zawodnik z innej trasy wskazał mi, że punkt jest jakieś 200 metrów dalej. Czyli kolejny przypadek, kiedy nie byłem skoncentrowany, odbijając głównej drogi i szukałem punktu znacznie za wcześnie. Gdy w końcu go podbiłem i na zegarku nacisnąłem guzik ‚lap’, zegarek odpauzował i zaczął znów zapisywać ślad.

Tym błędem lekką ręką straciłem 25-30 minut. Mariusz też musiał wtopić, bo moja strata do niego wzrosła tylko o 3 minuty do 57 minut. Za to Marcin był 14 minut przede mną. Cały czas jednak myślałem, że jestem na 4 miejscu i podium się niestety oddala.

PK16 – PK17

Przebieg dość prosty, poza okolicą liczby 10, gdzie droga się urwała i musiałem trochę przedzierać się przez krzaki i powalone drzewa. Gdzie się dało to podbiegałem i tak po 35 minutach od PK16 trafiłem na PK17, gdzie znów uzupełniłem zapasy wody. Obsługa nie notowała, kiedy byli poprzedni zawodnicy, więc nie wiedziałem ile i do kogo tracę, byłem jednak zdeterminowany, żeby napierać ile mam sił i gonić chłopaków. W rzeczywistości byłem wtedy na 3 miejscu, 10 minut za Marcinem i 52 minuty za Mariuszem.

PK17 – PK18

Przebieg oczywisty, szybki (7.4 km/h) i bezbłędnie wykonany. Tuż przed samym punktem dogoniłem Marcina, który, jak się dowiedziałem później, złapał kontuzję i głównie szedł. Punkt podbiłem kilka sekund przed Marcinem. Zamieniłem z nim dwa słowa i bez ociągania ruszyłem biegiem dalej, chcąc zbudować nad nim przewagę. Nieświadomy zupełnie, lecąc teraz na drugim miejscu, miałem tylko 40 minut straty do Mariusza.

PK18 – PK19

Mega podniesiony na duchu wyprzedzeniem Marcina, biegłem ile sił w nogach. Do rzeki Łeby niemalże nieprzerwanie. Zwolniłem dopiero za rzeką, wiedząc, że pod PK19 czeka mnie długie i mozolne podejście. Wybrałem wariant z przejściem na azymut ostro pod górę, niemalże w linii prostej na PK19. Opłaciło się ewidentnie (strata do Mariusza zmalała do 27 minut!).

PK19 -PK20

Nie czekając ani chwili, przeciąłem do pobliskiej drogi ostro w dół na azymut i następnie wyraźną i oczywistą ścieżką, szybko szedłem i sporo podbiegałem. Cały odcinek, na którym wszedłem wg mojego zegarka 135 metrów pod górę, pokonałem poniżej 19 minut. Gość z obsługi punktu powiedział, że było przede mną 3-4 biegaczy! Jak to możliwe? Prawdę powiedziawszy, podejrzewałem, że coś mu się pomyliło, ale mimo tego poczułem desperację, że mimo ogromnego wysiłku i super tempa na ostatnich kilku punktach, nie będzie podium.

PK20 – Meta

Nie pomyślałem za dużo nad wyborem drogi do mety i poleciałem jak poleciałem. Wariant wzorcowy był minimalnie lepszy. Mimo zmęczenia i około 105 km w nogach, biegłem ile tylko mogłem. Nie liczyłem, że kogokolwiek wyprzedzę, tylko po prostu chciałem skończyć jak najszybciej i byłem zdesperowany, żeby poznać prawdę, na którym jestem miejscu.

Na tym odcinku odnotowałem prędkość 9,1 km/h- był to najszybszy ze wszystkich przebiegów! Dorównywały mu jedynie przebiegi na PK5 (9 km/h), PK6 (8,9 km/h) i PK1 (8,6 km/h). Mętę przekroczyłem po 29 minutach od PK20. Oznaczało to, że Harpagana zakończyłem o godzinie 13:19 z całkowitym czasem 16 godzin i 19 minut.

Na mecie od razu zapytałem się o moje miejsce i … kamień spadł mi z serca. Zająłem drugie miejsce, tylko 24 minuty za Mariuszem. Trudno mi to wyrazić, jak bardzo się z tego cieszyłem.

Szczęśliwy na mecie, jakąś minutę po zakończeniu biegu 🙂

Zakończenie

Podium zamknął Marcin Hippner, który finiszował tylko 9 minut po mnie. Mimo kontuzji nadal był w stanie utrzymać solidne tempo. Czwarty zawodnik pojawił się dopiero półtorej godziny po Marcinie. W sumie tytuł Harpagana uzyskało 29 zawodników, w tym Michał, Mateusz, Piotr i Grzegorz, którzy pojawili się na mecie prawie 5,5 godziny po mnie.

Kilka minut po przekroczeniu mety, kiedy tętno mi się ustatkowało, kiedy adrenalina odpuściła, dopiero poczułem, jak byłem zmęczony i zmasakrowany tą przebieżką. Było to jednak, bez wątpliwości, warte tego wysiłku. Bez wątpienia, był to mój najlepszy Harpagan w całej historii moich startów. Nie był to pierwszy raz, kiedy zająłem drugie miejsce. Nie był to też wyjątkowo szybki czas ukończenia biegu. Był to jednak pierwszy raz, kiedy nawiązałem walkę ze ścisłą czołówką i kiedy tak mało mnie dzieliło od pierwszego miejsca. Tak naprawdę, wystarczyło nie zrobić któregoś z kosztownych błędów jak na PK14 czy PK16 i miałbym Mariusza w zasięgu. Oczywiście nie ma co stawiać hipotez co by było gdyby, ale fakt jest taki, że z Mariuszem razem byliśmy na PK8 a przez większość pozostałego czasu dużo nas nie dzieliło.


Ceremonia zakończenia (zdjęcie od BEAR.photo)

Pozostaje mi podziękować organizatorom, że świetnego Harpagana. Jak zwykle super organizacja, wspaniała atmosfera imprezy oraz wymagająca i ciekawa trasa. Do tego dla mnie piękne wspomnienia. Do zobaczenia za pół roku na 59. Harpaganie w Lipuszu!

Pozdrawiam,

Marcin

P.S. Przedstawiam poniżej kompletne mapy wzorcowe z nałożonym moim przebiegiem

Pierwsza pętla
Druga pętla

Comment / Dodaj komentarz