Relacja z Autumn 100 2018

Witam na blogu po dłuższej przerwie. Jakby ktoś się zastanawiał to nadal żyję :). Po moim udanym starcie w 145-milowym Grand Union Canal Race przez kilka tygodni odpoczywałem. W czerwcu i lipcu troszkę biegałem, głównie krótkie i intensywne sesje VO2max, czyli mające na celu poprawienie wydolności oddechowej organizmu. Pod koniec lipca moja żona urodziła nasze trzecie dziecko, więc siłą rzeczy sierpień był dość intensywny pod względem rodzinnym i żadnego biegania nie było. Dopiero na początku września zacząłem jako takie regularne bieganie w celu wyrobienia jakiejś tam minimalnej formy na moje dwa najbliższe starty: stumilowy bieg Autumn 100 13 października oraz 56-tą edycję Harpagana odbywającą się całe sześć dni później, 19 października.

Dwa takie biegi zaraz po sobie… dlaczego?

Dobre pytanie. Przebiegnięcie 161 km i następnie 100 km sześć dni później, do tego bez dobrego przygotowania siłowego i wytrzymałościowego (miałem na trening sześć tygodni od początku września) nie brzmi rozsądnie. Dobrze sobie z tego zdawałem sprawę, proszę się nie martwić o moje zdrowie psychiczne. Logika była tu taka, iż Autumn 100 musiałem ukończyć, żeby mieć bieg kwalifikacyjny na Western States Endurance Run (WSER). Zapisując się na ten bieg, myślałem, że wtedy Harpagana odpuszczę, jednak żal mi było odpuścić mój ulubiony bieg. W końcu zdecydowałem, że Autumn 100 postaram się pobiec konserwatywnie, tak żeby się nie zniszczyć za bardzo i po kilku dniach regeneracji być w przyzwoitym stanie na Harpagana. Oczywiście nastawiłem się, że na Harpaganie nie będę walczył z czołówką tak jak na poprzednich edycjach, tylko będę chciał go ukończyć spokojnie i cieszyć się z samego faktu, że tam jestem.

Wiedziałem, że tak czy inaczej start w obu biegach jeden po drugim będzie ogromnym testem dla mojego ciała i psychiki, bo jeszcze nigdy wcześniej nie startowałem w ultramaratonach tak mało od siebie czasowo odległych. Do tego wrześniowe treningi były znacznie mniej regularne niż zakładałem. Trójka małych dzieci i ciągłe pobudki, tu jakieś przeziębienie, tam zarwana noc i ucięty trening- ciężka sprawa. Pomiędzy szóstym września a dziesiątym października wybiegałem w sumie 173 km, plus trochę ćwiczyłem na wzmocnienie nóg i pleców.

Autumn 100 (13/14 października 2018)

Bieg Autumn 100 ma całkiem ciekawą formułę. Baza biegu jest w miejscowości Goring nad Tamizą. Trasa biegu jest na planie krzyża, którego każde ramię ma 12,5 mili (20 km) długości. Po każdym ramieniu biegnie się tam i z powrotem, co daje 25 mil. I tak po czterech ramionach mamy w sumie 100 mil (161 km). Po każdym ramieniu wraca się do punktu wyjścia w Goring gdzie ma się dostęp do swojej torby z prowiantem, przebraniem itd. Do tego zarówno w bazie jak i po drodze na każdym z ramion są punkty kontrolne i żywieniowe gdzie można dolać sobie wody/elektrolitów i coś zjeść albo wziąć na drogę (żelki, chipsy, owoce, ciastka itd.).

Trasa biegu Autumn 100

Na ten bieg postawiłem sobie następujące, stopniowane cele:

  • cel minimum: ukończyć bieg w limicie 28 godzin i mieć kwalifikator na WSER
  • cel optimum: ukończyć bieg w limicie 24 godzin
  • cel maksimum: ukończyć bieg poniżej 22 godzin i 35 minut, co jest moim dotychczasowym najlepszym czasem na 100 mil

Rozpisałem sobie następujący plan na 24 godziny:

  • 1. ramię w 4 godziny 45 minut (tam i z powrotem)
  • 2. ramię w 5 godzin i 45 minut
  • 3. ramię w 6 godzin i 30 minut
  • 4. ramię w 7 godzin

Oto krótkie nagranie z briefingu startowego:

Tuż przed startem, gotowy do boju

Pierwsze ramię (Goring-Little Wittenham-Goring)

Tuż przed 10 rano w sobotę stałem na linii startu, gdzieś w połowie stawki 235 biegaczy, gotowy na spokojny bieg. Pierwsze 20 km do nawrotki przebiegłem (wydawało mi się) spokojnie w 2 godziny i 5 minut. Było wyjątkowo ciepło (ponad 20 stopni) i słonecznie. Mocno się pociłem, ale dużo piłem i dostarczałem sobie energię, więc czułem, że kontroluję sytuację.

W drodze do Little Wittenham

Gdy zacząłem wracać okazało się, że byłem bardzo zmęczony i nie miałem siły na takie samo tempo biegu. Temperatura dała mi się we znaki, czułem się odwodniony i mięśnie odmówiły ciągłego biegania. Tak więc powrót do Goring był mieszanką chodzenia i podbiegania i zajął mi aż 2 godziny i 43 minuty. W Goring spędziłem 16 minut: zmieniłem buty, przepakowałem się na drugą część biegu, zjadłem, napiłem się i po prostu odpocząłem.

Drugie ramię (Goring-Swyncombe-Goring)

Na drugi odcinek ruszyłem po 5 godzinach i 5 minutach od startu, więc byłem 20 minut w plecy względem mojej rozpiski. Jako, że nadal czułem się zmęczony i odwodniony wiedziałem, że łatwo nie będzie. Do nawrotki w Swyncombe potrzebowałem 3 godzin i 6 minut, głównie maszerując po części ze zmęczenia i po części, że ten odcinek był lekko górzysty i bardziej pod górę niż z góry. Sporo zawodników mnie wyprzedzało co nie było specjalnie budujące. W Swyncombe byłem 40 minut w plecy więc się pożegnałem z planem optimum na 24 godzinny.

Już blisko do Swyncombe, lecz wciąż daleko

Opuszczając Swyncombe zaczęło się powoli ściemniać, temperatura spadła i znacznie odżyłem. Znacznie więcej biegałem, czułem się lepiej i zacząłem myśleć od nadrobieniu straty do planu 24-godzinnego. Droga z powrotem do Goring zajęła mi 2 godziny i 51 minut (15 minut szybciej). W bazie przebrałem się na zimny i raczej mokry trzeci odcinek, wypiłem zupkę pomidorową, uzupełniłem zapasy i po 14 minutach ruszyłem na trzecie ramię. Goring opuściłem po 11 godzinach i 16 minutach od startu. Dawało to 46 minut straty do oryginalnego planu.

Trzecie ramię (Goring-Chain Hill-Goring)

Ten odcinek miał być dla mnie najfajniejszy, bo wielokrotnie tam biegałem i uwielbiam ten odcinek szlaku Ridgeway. Rzeczywiście, w drodze do Chain Hill miałem powera, sporo biegłem i wyprzedzałem zawodników. Odcinek na który w rozpisce dawałem sobie 3,5 godziny zrobiłem w 3 godziny i 5 minut więc byłem bardzo zadowolony z postępu. Po drodze trochę zaczęło padać, ale miałem kurtkę, więc sytuacja była pod kontrolą.

Drogę powrotną pokonywałem po północy i było już trochę ciężej z powodu zmęczenia. Do Goring było teraz dużo z góry więc spodziewałem się trochę lepszego czasu, ale już się tak szybko nie ruszałem i mimo końcowego, długiego zbiegu, w Goring byłem tak samo po 3 godzinach i 5 minutach. Tym razem przerwa była bardzo krótka. Jakieś 5 minut na zupkę, dolewkę wody, dołożenie prowiantu i w drogę. Opuściłem Goring po 17 godzinach i 30 minutach od startu, zatem na ostatnie ramię miałem 6,5 zamiast planowanych 7 godzin. Ruszyłem jednak z przekonaniem, że plan 24-godzinny jest do zrobienia!

Czwarte ramię (Goring-Reading-Goring)

Pierwsze 2-3 km marszo-biegałem dość sprawnie, po czym otworzyły się niebiosa. Zaczęło nie padać, tylko rzęsiście lać. Miałem oczywiście kurtkę przeciwdeszczową, więc mogłem kontynuować, lecz dotknęło mnie coś strasznego. Odparzyłem i obtarłem sobie pachwiny i każdy krok to była męczarnia. Motywacja mi siadła, zmęczenie zaćmiło umysł i zupełnie odpuściłem parcie na target. Bardzo mało biegłem w drodze do Reading w konsekwencji czego zacząłem się wyziębiać. Zatrzymałem się pod jakąś wiatą żeby założyć chustę na głowę i wodoodporne rękawiczki. Trochę odżyłem i w końcu, po 3 godzinach i 45 minutach doczłapałem się do Reading.

Całe szczęście, że punkt żywieniowy w Reading był w ogrzewanym pomieszczeniu. Musiałem tam odpocząć i spędziłem na punkcie całe 20 minut. Założyłem suchą bluzkę, którą miałem ze sobą jako część obowiązkowego ekwipunku, na taką właśnie okoliczność. Bogdan, kolega, z którym się mijaliśmy kilkukrotnie na trasie, użyczył mi Sudocremu, więc mogłem choć trochę przesmarować delikatne i wrażliwe części mojego ciała. Trochę się ogrzałem herbatą i kawą, wziąłem jakiś prowiant i ruszyłem w długą i żmudną drogę na metę.

Pozytywne w drodze powrotnej było to, że gdy opuściłem Reading o 7:35 rano było już jasno. Równoważyła to natomiast ciągła ulewa. Odpoczynek na punkcie dużo jednak dał i biegłem znacznie więcej niż w drodze do Reading, niesiony chęcią ukończenia tej męczarni. Rzeczywiście, na mecie w Goring pojawiłem się o godzinie 11:04, czyli odcinek z Reading zajął mi 3 godziny i 29 minut.

Zmoknięta kura na mecie z wywalczoną klamrą finiszera

Podsumowanie Autumn 100

Cel minimum wykonałem. Do celu optimum zabrakło ponad jedną godzinę. Myślę, że gdyby nie nocna/poranna ulewa na czwartym odcinku to bym się wyrobił, no ale nie ma co gdybać. Mój czas 25 godzin i 4 minut dał mi miejsce niemalże idealnie w połowie stawki: 110 miejsce na 235 startujących, z czego 168 zawodników bieg ukończyło.

Odpoczynek na mecie

Wynik niespecjalny, ale robota wykonana. Trochę mnie martwi, że nie mogę powtórzyć swojego czasu na 100 mil z 2016 roku (22 godziny i 35 minut), no ale na swoją obronę tłumaczę sobie, że z tak minimalistycznym treningiem na jaki mogę sobie teraz pozwolić, to muszę być zadowolony, że w ogóle ukończyłem. I tego się trzymajmy. Zresztą, prawdziwe wyzwanie to dopiero przede mną, bo mam tylko 6 dni na ogarnięcie się na Harpagana!

Regeneracja na Harpagana

Autumn 100 ukończyłem w niedzielę o 11 rano. Od razu zacząłem proces regeneracji: rozciąganie mięśni, nawadnianie organizmu i uzupełnienie zapasów energii. W domu byłem jakoś przed godziną 14. Przed godziną 15 byłem już nakarmiony przez moją kochaną żonę, wykąpany (to akurat zrobiłem sam) i gotowy na pierwszą drzemkę. Ból pachwin był straszny, ale przynajmniej nogi wydawały się w dobrym stanie.

W poniedziałek pachwiny były już ok i szczęśliwie nie miałem żadnych mocnych zakwasów w nogach. Czułem się oczywiście zmęczony i prawdę powiedziawszy nie miałem ochoty na start w Harpaganie. Zostawiłem sobie jednak decyzję do piątku rano.

W środę przyleciałem do Gdańska, gdzie sporo chodziłem mając kilka spraw do załatwienia. Nogi były w stanie bardzo dobrym, poza irytującym lekkim kłuciem w lewym biodrze. Obawiałem się, czy to nie wyjdzie podczas Harpagana. Zdecydowałem się, że w Harpaganie wystartuję, aczkolwiek ruszę w trasę spokojnie z celem ukończenia biegu, a nie żeby walczyć o miejsce na podium jak to miało miejsce podczas 54-ej (2 miejsce) i 55-ej (5 miejsce) edycji Harpagana.

I na tym kończę ten wpis. Zapraszam do przeczytania mojej relacji z Harpagana.

Pozdrawiam,

Marcin

Comment / Dodaj komentarz