Relacja z Cotswold Way Century 2017

Witam na blogu po dłuższej przerwie! Od mojego ostatniego wpisu (http://wolnybiegacz.pl/pl/relacja-kacr-2017/) mijają prawie 2 miesiące. Tak pokrótce, w sierpniu dochodziłem do siebie i się regenerowałem po Kennet & Avon Canal Race. Trochę te 232 kilometry dały mi w kość i poza okazjonalną przebieżką tak na dobre ruszyłem z bieganiem dopiero we wrześniu. Celem było wybieganie trochę kilometrów i wzmocnienie się przed biegiem Cotswold Way Century. We wrześniu zrobiłem nawet kilka dłuższych treningów na trasie tegoż biegu w celu zapoznania się z niektórymi odcinkami i na tydzień przed czułem się nawet całkiem pozytywnie.

Trasa biegu Cotswold Way Century

Cotswold Way Century jest biegiem na dystansie 102 mil (ok. 163km). Biegnie on w całości malowniczym szlakiem Cotswold Way. Zaczyna się w miejscowości Chipping Campden, skąd, serią ostrych podejść i zejść, wije się skrajem wzgórz Cotswolds na południe, kończąc w pieknym mieście Bath.

Miejsce startu w Chipping Campden
Profil trasy! Oś y to wysokość w metrach n p.m. Oś x to dystans; osie oczywiście nie są w tej samej skali.

Limit czasu na ukończenie biegu wynosi 30 godzin. Realistyczne jest ukończenie poniżej 24 godzin. Jak na swój cel obrałem 27 godzin; wydało mi się to optymalnym czasem na pokonanie tego dystansu w mojej obecnej, nie najwyższej, formie.

Informacje przedstartowe

W sobotę 23 września wyruszyłem z domu rano i w bazie biegu byłem przed 10:30. Tam standardowe sprawdzenie wyposażenia obowiązkowego, przygotowanie toreb z prowiantem i ubraniami na zmianę do których będę miał dostęp na trasie biegu (na milach 27-tej, 47-tej i 80-tej), dopakowanie plecaka który będzie czekał na mnie na mecie.

Bagaże zdane organizatorom: czas ruszać na start

Tuż przed godziną 12 ruszyłem z bazy biegu w kierunku samego centrum Chipping Campden skąd miał zaraz ruszyć bieg. Kilka minut po godzinie 12, 106 zawodników ruszyło na długą przebieżkę!

Start!

Część 1: Sobota

Od początku biegłem raczej powoli, świadomy, że przede mną dość długi, 13-milowy odcinek do punktu odżywczego. Tym bardziej, że było dość ciepło i świeciło momentami słońce, więc od początku wolałem uważać, żeby się nie odwodnić.

Po kilku pierwszych kilku milach takich grupek już więcej nie było

Po pierwszym podejściu nastąpił długi kawałek po płaskim, gdzie grupa biegaczy miała okazję się znacznie rozciągnąć gdy każdy wpadał powoli we własny rytm. Po osiągnięciu punktu widokowego przy Broadway Tower był długi, przyjemny zbieg to malowniczej miejscowości Broadway.

Zbliżając się do Broadway Tower
Wieża z bliska. Od razu zaczął się przyjemny, długi zbieg

Po przebiegnięciu przez Broadway, szlak znów wspinał się na górę. I tak w zasadzie przez cały bieg: góra, dół, góra, dół. Dużo ładnych widoków, dużo zieleni, więc generalnie bardzo przyjemna sceneria. Do pierwszego punktu kontrolnego dotarłem bez większego zmęczenia, dużo pijąc po drodze i regularnie chłonąc żele i batony.

Zbliżam się do pierwszego punktu żywieniowego…
… na którym czekały na mnie takie smakołyki!

Drugi odcinek był najdłuższy z całego biegu: aż 14 mil. Nagrodą za jego pokonanie było to, że będę miał tam dostęp do mojej pierwszej torby ze smakołykami.

Gdzieś za pierwszym punktem chyba…

Najfajniejszym wspomnieniem tego odcinka jest niewątpliwie wzgórze Cleeve Common z którego rozciągały się piękne widoki na okolicę. Tuż przed wzgórzem zagadał do mnie jeden z biegaczy i przez dość długi czas biegliśmy/szliśmy razem. Okazało się, że Thane (tak mu na imię) prowadzi własny podcast biegowy (Runners on Trail, do znalezienia w iTunes) i część naszych pogawędek została nagrana w celu opublikowania w odcinku drugim. Rozmawiało się bardzo przyjemnie z racji wielu wspólnych zainteresowań, na przykład biegów na orientację, czy oczywiście ultramaratonów.

Thane na Cleeve Common
Widok z Cleeve Common

Tak sobie rozmawiając dotarliśmy w końcu, po dłużącej się końcówce odcinka, na drugi punkt żywieniowy. 27 mil od startu pokonane w 5 godzin i 52 minuty. Tam posiedziałem dobrą chwilę, zmieniłem t-shirta na bluzkę z długim rękawem, doładowałem zapasy w plecaku i coś przekąsiłem. Przygotowałem sobie również latarkę, gdyż do następnego punktu było pewne, że dotrę po zmroku.

Z punktu ruszyłem sam, ale pod koniec długiego, przyjemnego zbiegu Thane mnie dogonił i razem pokonywaliśmy serię podejść i zbiegów, aż do Leckhampton Hill, gdzie Thane został chwilowo z tyłu. Tam właśnie ściemniło się na tyle, że czas był zainstalować na czole latarkę i zacząć nocną część zawodów.

Część 2: Noc

Na Leckhampton Hill czułem się psychicznie bardzo dobrze, bo właśnie od tego miejsca miałem zrobiony rekonesans trasy na kolejne prawie 25 mil. Tak więc pod względem nawigacyjnym czułem się pewnie. Za Leckhampton Hill Thane z grupką biegaczy mnie wyprzedzili, bo miałem kryzys i bardzo powoli brnąłem pod górę. Dogoniłem ich jednak niedługo później tuż przed Crickley Hill Country Park i już razem dotarliśmy do punktu kontrolnego w Birdlip na dystansie 38.5 mil.

Podładowawszy trochę baterie i napełniwszy butelki sprawnie ruszyłem dalej. Miło było tam spotkać Keitha Goddena, który niecałe 2 miesiące wcześniej zakładał na moją szyję medal za ukończenie Kennet & Avon Canal Race. Keith obsługiwał punkt kontrolny, żeby było jasne. Pytał się czy w 2018 znowu będę biegł 145 mil wzdłuż kanału… Na razie nie odpowiadam 😊.

Odcinek do kolejnego punktu w Painswick miałem generalnie obcykany, więc dość pewnie pokonywałem kolejne wzniesienia i zbiegi. Pewnie, ale niezbyt szybko, gdyż siły w nogach brakowało. Jakieś 2 mile za punktem Thane i ekipa mnie wyprzedzili i szybko zostawili w tyle.

Podejście pod dość stromą górkę Coopers Hill było mordercze i odechciało mi się żyć. Tak się czułem zmęczony, że nawet nie skorzystałem w pełni z kolejnego zbiegu, na którym jeszcze kilka tygodni wcześniej pięknie pędziłem. Myśląc już tylko o kolejnym punkcie kontrolnym, momentami jak bezmyślne zombie, brnąłem do przodu. Straciłem kilka minut na polu golfowym przed Painswick obrawszy złą drogę i dałem się wyprzedzić jakimś trzem zawodnikom co jeszcze bardziej mnie dobiło. W końcu dotarłem jednak do miasteczka Painswick i przetruchtawszy przez nie, szczęśliwie dotarłem na punkt na dystansie 47,5 mili po 11 godzinach i 18 minutach od startu. Prawie połowa dystansu pokonana poniżej 12 godzin zadowoliła mnie i uznałem, że cel 27 godzin jest jak najbardziej w zasięgu.

Tam prawie 15-minutowy postój na regenerację i dopełnienie plecaka smakołykami z mojej drugiej torby, która tam na mnie czekała. Porcja ciepłego makaronu i kubek kawy dodały mi trochę energii. Mimo wszystko, dużo zapału na kolejny, 11-milowy odcinek, nie miałem.

Niedaleko za punktem dogoniłem Thane’a, który lekko się pogubił i przez najbliższe kilka mil pokonywaliśmy szlak w większej, 5-osobowej grupie. Po pokonaniu serii wzgórz z punktami widokowymi nastąpił długi i przyjemny zbieg w kierunku kanału Stroudwater Navigation. Po zażyciu żelu kofeinowego dostałem kopa i narzuciłem ostre tempo. Pomogła mi świadomość, że wiedziałem którędy biec na dość niejasnym miejscami odcinku. Chłopaki trzymali się przez jakiś czas blisko mnie ale stopniowo zostawali w oddali i więcej ich już nie zobaczyłem do końca biegu.

Trzymając dobre tempo minąłem kanał Stroudwater Navigation i wdrapałem się znów na wzgórza by po 2 milach dotrzeć na punkt kontrolny Coaley Peak. Plusem było to, że miałem powera i że 58,5 mili miałem za sobą. Minusem, że tu się kończył odcinek mojego rekonesansu i zaczynała się terra incognito. Mimo tempa, które wydawało mi się dobre, odcinek ten zajął mi jednak aż 3 godziny i 12 minut!

Po zjedzeniu nudli i dolewce picia ruszyłem dalej. Trochę po płaskim, później ostro w dół, później bardzo strome podejście pod Cam Long Down i następnie zbieg do miejscowości Dursley. Zaraz za Dursley ostre podejście i bardzo dziwny, frustrujący kawałek, czyli obejście pola golfowego Stinchcombe. Frustrujący, bo całe obejście zajmujące 2,5 mili można by było skrócić do 300 metrów. No ale zasady to zasady, trzeba szlakiem to trzeba szlakiem.

Kolejnym punktem wartym wspomnienia był William Tyndale Monument, będący kulminacją męczącego podejścia. Minąłem go, gdy jeszcze było ciemno, ale miałem świadomość, że świt jest już niedaleko. W rzeczy samej, niedługo potem, gdy zbiegłem do miejscowości Wootton-under-Edge, gdzie znajdował się kolejny punkt kontrolny, zrobiło się na tyle jasno, że latarka przestała być potrzebna. 70,5 mili pokonane w 18 godzin i 31 minut, więc zostało jeszcze ‘tylko’ 31,5 mili. Żeby się zmieścić w moim limicie 27 godzin miałem aż 8,5 godziny.

Część 3: Niedziela

Po krótkiej przerwie w Wootton ruszyłem dalej. Nogi miałem już jak z kamienia i bardzo mi się nie chciało już biegać. Z drugiej strony byłem zadowolony, że stopy miałem w bardzo dobrym stanie bez żadnych ewidentnych obtarć i pęcherzy, więc trzeba było skorzystać z tego i napierać sprawnym tempem. Z całego 9,5-milowego odcinka do kolejnego punktu moje wspomnienia są dość mgliste… pamiętam, że mi się dłużyło, że każda mila ciągnęła się niemiłosiernie. Jak tylko było płasko lub łagodnie z góry to podbiegałem, poza tym to maszerowałem. Cały odcinek to Horton zajął mi 2h 33 min ze średnią około 6 km/h: szybciej niż 2 poprzednie odcinki więc nieźle.

Na krótkim postoju w Horton skorzystałem z mojej trzeciej i ostatniej torby i zaopatrzyłem się na ostatnie 22 mile. Z Horton do kolejnego punktu za Tormarton było tylko 7 mil do pokonania więc lajtowo. Do tego odcinek dość przełomowy z racji przekroczenia autostrady M4, co psychicznie dla mnie oznaczało bliskość Bath. Te 7 mil pokonałem tempem zbliżonym do poprzedniego odcinka i nic specjalnie nie mam do zaraportowania poza stawianiem kroku za krokiem i patrzeniem na mapę ile ubywa dystansu do kolejnego punktu.

Z Tormarton do Cold Ashton było tylko 5 mil, ale bardzo mi się dłużyło i średnia prędkość odcinka wyszła lekko ponad 5 km/h. Z Cold Ashton do mety zostało już tylko 10 mil, z czego 7,5 mili do kolejnego punktu w Weston. Ten odcinek również się dłużył i mile nie chciały ubywać. Bardzo ciężkie nogi ani nie chciały podchodzić pod górki, ani nie zgadzały się na długie przebieżki po płaskim czy w dół. Do Weston jednak jakoś dotarłem po 27 godzinach i 24 minutach od startu. Mój cel 27 godzin oczywiście został przestrzelony, zechciałem jednak pocisnąć ostatnie 2,5 mili żeby zmieścić się poniżej 28 godzin.

Przypływ adrenaliny czy endorfin, nie wiem dokładnie czego, sprawił, że jak tylko się dało to biegłem szybkim tempem, za wyjątkiem kilku ostrych podejść przed samym Bath. Sama końcówka przez zatłoczone serce Bath szła sprawnie, do czasu gdy w pewnym momencie straciłem orientację i zacząłem panikować gdzie jest Opactwo Bath przy którym jest meta. Czyżbym poleciał za daleko?! Nieeeeee!!!! Chwila refleksji jednak i zdałem sobie sprawę, że jeszcze kawałek dalej. Rzeczywiście, meta była za rogiem i wbiegłem tam po 27 godzinach i 57 minutach od startu. Na ostatnie 4 km potrzebowałem 33 minuty, więc nieźle.

Uradowany i szczęśliwy wbiegam na metę. Trudno mi było ukryć moją radość 😉
Już trochę bardziej zadowolony hehe

Podsumowanie

Mój czas dał mi 41-sze miejsce. Na 106 startujących zawody ukończyły 62 osoby, z czego 15 osób z czasem poniżej 24 godzin. Zwycięzca pobił rekord trasy i ukończył bieg w 17 godzin i 34 minuty.

Garmin pokazał dystans całkowity 166,5 km, 11 910 spalonych kalorii oraz 26 godzin i 33 minuty jako czas w ruchu. Znaczy to, że aż 84 minuty spędziłem na postojach. Trochę długo, można to traktować jako stratę czasu, lecz twierdzę, że te odpoczynki na punktach były niezbędne.

Statystyki

Pisząc te słowa tydzień po biegu czuję się całkiem dobrze. Obolałe mięśnie miałem przez 3 dni po zawodach. Stopy przetrwały w bardzo dobrym stanie: żadnych pęcherzy na podbiciach (to jest moja częsta zmora), jedynie 3 nieznaczące pęcherze na palcach, więc bajka.

Bieg ukończyłem, więc robota wykonana, aczkolwiek specjalnie z rezultatu zadowolony nie jestem, bo wiem, że byłem dość wolny i że można było wykręcić znacznie lepszy czas gdybym był do biegu dobrze przygotowany. Z racji bardzo intensywnego roku z dużą ilością biegów tejże formy zabrakło, tak więc lekcja na przyszłość jest taka: mniej biegów i lepsze do nich przygotowanie.

Kończąc akcentem pozytywnym, Cotswold Way Century wiedzie bardzo malowniczą trasą i oferuje mnóstwo pięknych widoków, mało asfaltu, mało błota, dużo lasów i super zaopatrzone punkty kontrolne. Z racji podejść jest przy tym biegiem bardzo wymagającym, więc warto zaplanować go sobie jako główny bieg roku.

Pozdrawiam,

Marcin

Comment / Dodaj komentarz