Relacja z GUCR 2018

Jeszcze tak niedawno jak w roku 2015 przebiegnięcie dystansu 145 mil (232 km) wydawało mi się czymś kompletnie poza moim zasięgiem.

W 2016, po ukończeniu biegu stumilowego myśl o 145 milach już nie była tak odstraszająca. Zaaplikowałem wtedy o miejsce na Grand Union Canal Race 2017 (GUCR). Bieg jest dość popularny i jest więcej chętnych niż dostępnych miejsc, więc jest loteria.

Niestety, w loterii nie miałem szczęścia i się nie dostałem, więc szukałem jakiegoś innego biegu. Trafiłem na 147-milowy Viking Way Ultra i się na niego zapisałem. Jak opisałem w swojej relacji ponad rok temu, odniosłem porażkę, ale wyniosłem z niej wiele wartościowych lekcji. Będąc bardzo zdeterminowany, żeby jeszcze pokonać taki dystans w roku 2017, rzutem na taśmę zapisałem się na pierwszą edycję 145-milowego Kennet & Avon Canal Race. Bieg ukończyłem, co opisałem oczywiście na blogu tutaj. Mimo że na KACR zmagałem się z paraliżującą sennością i byłem bardzo wykończony, to wkręciłem się mocno i wiedziałem już wtedy, że chcę, że muszę wystartować w GUCR. Pod koniec roku 2017 zaaplikowałem ponownie i tym razem dostałem się! Byłem podjarany myślą, że w maju 2018 roku wystartuję w GUCR!

Grand Union Canal Race

GUCR jest chyba najbardziej kultowym brytyjskim ultramaratonem. W skrócie, jest to bieg o długości 145 mil, zaczynający się w Birmingham a kończący się w Londynie. Trasa biegnie cały czas wzdłuż kanału Grand Union przez takie miasta jak Warwick, Leamington Spa, Milton Keynes, Hemel Hempstead, Uxbridge i kończy się w Little Venice w centrum Londynu. Wzdłuż kanału można podziwiać głównie spokojne i urokliwe widoki angielskiej wsi.

Trasa biegu z zaznaczonymi punktami kontrolnymi

Zainteresowanym zrozumieniem fenomenu tego biegu polecam ten artykuł, który trochę przybliża historię GUCR. Wyjaśnia on, dlaczego niektórzy wracają na start rok za rokiem i dlaczego sam bieg ma bardziej atmosferę rodzinnego zjazdu a nie trudnych zawodów.

Moje przygotowania

Między lutym i kwietniem 2018 trening szedł mi całkiem przyzwoicie i byłem nawet zadowolony z wykonywanej roboty. Pomimo obowiązków dnia codziennego, generalnie udawało mi się biegać kilka razy w tygodniu. Zwykle oznaczało to jedną sesję szybką typu interwały, bieg tempowy czy fartlek oraz jeden długi bieg w weekend albo dwa długie biegi jeden za drugim. Dodatkowo, raz w tygodniu robiłem sobie sesję wiosłowania na ergometrze oraz okazjonalnie jakieś ćwiczenia na mięśnie nóg i mięśnie posturalne.

W kwietniu, pięć tygodni przed GUCR, wystartowałem w Harpaganie, gdzie walczyłem z czołówką i biegłem dość ostro, ale mimo tego zregenerowałem się po nim dość szybko. Po tygodniu odpoczynku miałem dwa tygodnie dobrych treningów, zakończone startem w półmaratonie trailowym w Henley-on-Thames dwa tygodnie przed GUCR. Ukończyłem go w czasie 1 godzina i 49 minut, mój rekord!

Po półmaratonie nastąpiły dwa tygodnie odpoczynku, praktycznie bez biegania. Dodatkowo, zrobiłem sobie w tym czasie detox kofeinowy, żeby podczas GUCR moje ciało reagowało lepiej na dawki kofeiny. Chciałem nie mieć takiej potrzeby snu jak miałem rok temu na KACR. Nastawienie na bieg miałem dobre i czułem się pewny siebie, że bieg ukończę. Pytanie tylko było, w jakim czasie…

Postawiłem sobie trzy cele:

  • plan maksimum to ukończenie biegu w czasie poniżej 34 godzin. Dlaczego akurat 34? Ano dlatego, że ukończenie GUCR w tym czasie jest kryterium kwalifikacyjnym na Spartatlon. Zdawałem sobie sprawę, że 34 godziny to jak dla mnie jest bardzo szybko, ale gdybym miał świetny bieg i gdyby mi się udało to bym wiedział, że Spartatlon jest w moim zasięgu. Tak czy inaczej, plan maksimum musi być trudny do wykonania 🙂
  • plan optymalny to ukończenie szybciej niż ukończyłem KACR w zeszłym roku (40 godzin i 13 minut). Satysfakcjonujący mnie czas mieściłby się gdzieś w zakresie 36-38 godzin
  • plan minimum to po prostu ukończyć bieg w limicie 45 godzin.

Dzień biegu

Do Birmingham ruszyłem dnia poprzedniego. W pociągu z Oxfordu spotkałem mojego kolegę Roda, również startującego w GUCR. Przy dobrej rozmowie podróż minęła szybko. Na noc zatrzymałem się u znajomych mieszkających pod Birmingham, razem z kolegą Rafałem, który też startował. Kiedy wieczorem przedyskutowaliśmy strategię biegu oraz cel 34 godzin, to byłem znacznie mniej przekonany, że to jest wykonalne. Tak czy inaczej, plan był biec od początku lekkim i przyjemnym tempem, nie za wolno i nie za szybko i utrzymać je najdłużej jak się da.

Z Rafałem przed startem biegu

Około 5:30 rano w sobotę zarejestrowałem się na starcie biegu w centrum Birmingham, zostawiłem u organizatorów swoje bagaże i przywitałem się z wieloma znajomymi z różnych poprzednich biegów. Tuż przed 6 rano zeszliśmy z Rafałem pośród innych 96 biegaczy do samego kanału. Tam wysłuchaliśmy krótkiej przemowy i instrukcji od założyciela tej imprezy Dicka Kearna. Byliśmy gotowi do startu.

Kazanie Dicka

Czas start!

Punktualnie o 6 rano ruszyliśmy w długą drogę. W przeciwieństwie do moich poprzednich relacji, tym razem nie rozpiszę się tu szczegółowo o moim przebiegu krok po kroku, punkt kontrolny po punkcie. Przed biegiem wymyśliłem sobie, że wezmę moją kamerkę GoPro i będę nagrywał krótkie filmiki, kilka słów co kilka godzin. Idea była taka, żeby uchwycić jak tak naprawdę wyglądałem i czułem się na kolejnych odcinkach biegu. Byłem ciekawy, czy będzie widać po mnie zmęczenie, czy będzie mi się zmieniał nastrój od entuzjazmu do rozpaczy i czy będzie widoczny brak snu.

Z tych krótkich filmików zmontowałem 15-minutowe nagranie, które jest niejako prawie 38 godzinami skondensowanymi do 15 minut! Obawiam się, że mój reportaż jest jedynie po angielsku. Zastanawiałem się, czy nie nagrywać zarówno po polsku jak i po angielsku, ale za dużo by z tym było roboty. Siłą rzeczy, padło na angielski, gdyż mogę trafić do znacznie szerszej widowni. Jeśli masz czas, to zrób sobie kawę czy herbatę, usiądź wygodnie i obejrzyj poniższe nagranie! Voila:

Wciąż świeży i szybki, wbiegam na pierwszy punkt kontrolny
Gdzieś pomiędzy pierwszym a drugim punktem kontrolnym
Razem z Rafałem wbiegamy na drugi punkt kontrolny w Hatton Locks
W drodze do trzeciego punktu. Uśmiech jeszcze jest, ale biegania już mniej
Gdzieś pomiędzy punktem trzecim a czwartym. Moja mina wyraża więcej niż tysiąc słów
Na czwartym punkcie. Entuzjazm i werwę zostawiłem gdzieś po drodze
37 godzin i 45 minut od startu. Udało się!

Nasze ciała są niewiarygodne. Po 37 godzinach na nogach, po sinusoidzie dołków i wzniesień, ciągle byłem w stanie wykrzesać z siebie energię na mocne przebiegnięcie ostatnich kilku kilometrów z nadzieją zejścia poniżej 38 godzin. No i udało się.

98 osób wystartowało; spośród nich 54 ukończyły. Zwycięzca potrzebował 25 godzin i 35 minut na pokonanie trasy, za to 54-ty finiszer skorzystał z niemal całego limitu 45 godzin! Ja zakończyłem na wysokim miejscu 21-szym. Rafał niestety wycofał się z biegu na czwartym punkcie z powodu dokuczającego biodra.

Lista finiszerów
Nakarmiony, trochę wypoczęty i gotowy na powrót do domu

Na mecie czułem się naprawdę zadowolony ze swojego wyniku i z tego, że treningi popłaciły, przynajmniej w jakimś stopniu. GUCR ukończyłem 2 godziny i 30 minut szybciej niż KACR rok temu. Nie miałem teraz halucynacji i walka ze snem nie była aż tak uciążliwa jak na KACR. Generalnie czułem, że wykonałem lepszą robotę niż na KACR.

Trochę liczb

Zainteresowanym przedstawiam rozpiskę moich międzyczasów i średnich prędkości na poszczególnych odcinkach. Widać jak stopniowo zwalniałem, co oznacza, że wystartowałem za szybko, mimo, że wydawało mi się, że biegłem spokojnym tempem!

Odcinek: dystans [km] czas odcinka [h:m] prędkość śr. odcinka [km/h] dystans od startu [km] prędkość śr. od startu [km/h]
Start 0 0 0.00 0 0
CP1 17,12 01:45 9.78 17,12 9,78
CP2 18,72 02:05 8,99 35,84 9,35
CP3 21,76 03:13 6,76 57,6 8,17
CP4 27,2 04:30 6,04 84,8 7,34
CP5 28 04:46 5,87 112,8 6,91
CP6 24,8 04:11 5,93 137,6 6,71
CP7 22,4 04:25 5,07 160 6,42
CP8 32 05:46 5,55 192 6,26
CP9 20,8 03:49 5,45 212,8 6,17
CP10 19,2 03:15 5,91 232 6,15

 

Regeneracja i dalsze plany

Przez pierwsze trzy dni po biegu chodzenie i ruszanie się było trudne z powodu potężnych zakwasów. Na szczęście stopy miałem w pięknym, niemal nienaruszonym stanie, poza dwoma nieznaczącymi pęcherzami na palcach. Po czterech-pięciu dniach od biegu mięśnie już mnie nie bolały, ale ogólnie czułem się zmęczony i śpiący, co też jest naturalne po takim biegu.

Osiem dni po biegu zrobiłem sobie pierwszą lekką przebieżkę- 5 km żeby wyczuć jak tam moje nogi się mają. Czułem takie jakby małe igiełki w nogach, ale ruszyć się było tak czy inaczej bardzo przyjemnie. Dziesięć dni po biegu czuję się dośc dobrze, niemalże tak jakbym mógł wrócić do treningów!

Spokojnie, na razie do żadnych nie wracam. Najbliższe kilka tygodni mogę z czystym sumieniem spędzić bez żadnych ostrych treningów. Jako że pod koniec lipca powiększy nam się rodzina to w najbliższym czasie nie mam żadnych zawodów, więc mogę odpuścić z napieraniem. Mój następny ‚duży’ start to bieg stumilowy Centurion Autumn 100 13 października. Moim celem nie jest jednak wykręcenie super czasu, tylko spokojne pokonanie dystansu w limicie czasowym, żebym miał ukończony bieg kwalifikacyjny pod Western States Endurance Run.

Pozdrawiam,

Marcin

Comment / Dodaj komentarz