Relacja z Lakes Sky Ultra

W przeciwieństwie do relacji z moich poprzednich biegów tym razem muszę opublikować możliwie krótki wpis. Muszę przyznać, że pisanie długich i szczegółowych relacji takich jak te z Viking Way Ultra, Harpagana, czy Kierata sprawia mi przyjemność, lecz niestety zajmuje to mnóstwo czasu, którego między rodziną, bieganiem, pracą, blogowaniem, spaniem i innymi drobiazgami mam ewidentnie za mało!

15 lipca 2017 roku wystartowałem w kolejnym biegu typu Skyrace: Lakes Sky Ultra. Od mojego poprzedniego startu w Vegan 3,000 Ultra minęły raptem 3 tygodnie, ale zakwasy dawno minęły i nawet kilka razy pobiegałem w międzyczasie. Zresztą celem było po prostu ukończenie, bez żadnych aspiracji do zajęcia wysokiego miejsca.

Spodziewałem się, że bieg będzie trudny i że trzeba utrzymywać dobre tempo, żeby wyrobić się w dość wyśrubowanym limicie 14 godzin (Na V3K było 17 godzin, więc tam tej obawy nie miałem). Dystans biegu to 56 km a suma przewyższeń to 4500 metrów, więc konkretnie.

Profil wysokościowy trasy

Start biegu miał miejsce w sobotę w malowniczej miejsowości Ambleside, położonej w sercu Krainy Jezior- Parku Narodowego Lake District. Niech ta nazwa nie zmyli tych, którzy wyobrażają sobie angielskie Mazury… W Lake District znajdują się najwyższe angielskie góry, najtrudniejsze technicznie górskie szlaki oraz zapierające dech w piersiach miejsca do uprawiania wspinaczki wysokogórskiej. Tak naprawdę Lake District to takie nasze Tatry.

Kit check, czyli sprawdzenie obowiązkowego ekwipunku

Punktualnie o 7 rano niecałe 100 osób, pośród nich i ja, ruszyło w teren. Zaczął się bardzo długi i trudny dzień.

Powyższy filmik promujący zawody przedstawia zachwycające widoki i na takież doznania byłem bardzo nastawiony. Niestety nie dane mi było tego doświadczyć, gdyż cały dzień góry były w chmurach. Na szczytach było jakieś 10 metrów widoczności i często wiał porywisty wiatr z zacinającym deszczem. W dolinach było mokro, szaro i czasem nawet nie padało.

Gotowi do startu…
… i w drogę!

Część 1 (start – Kepple Cove)

Początek był dość przyjemny: trochę biegu i następnie dość długie i sprawne podejście na szczyty Dove Crag i następnie Fairfield. Z Fairfield trzeba było zlecieć jakieś 300 metrów w dół do przełęczy. Mając jeszcze silne nogi biegłem całą drogę ostrym stokiem w dół i sprawiało mi to dużą frajdę.

Gdzieś w okolicach Dove Crag

Przełęcze mają niestety to do siebie, że po zejściu do nich trzeba znowu iść do góry z drugiej strony. Tak więc zacząłem mozolne i dość ostre podejście na Dollywaggon Pike i następnie na najwyższy szczyt dnia: Helvellyn. Od przełęczy ponad 350 metrów w górę. Na szczycie była bardzo słaba widoczność i trochę się pogubiłem (zresztą nie tylko ja) zanim trafiłem na skalistą grań Swirral Edge. Niestety na mokrych skałach miałem słabą przyczepność więc pokonałem ją dość powoli.

Ze Swirral Edge zostało już tylko ostre zejście do dolinki Kepple Cove gdzie zaliczyłem pierwszy punkt na którym można było uzupełnić zapas wody. Czas: 2h 56 min, więc na razie nie było źle. Po podejściu na Helvellyn i ostrym zejściu ze Swirral Edge moje nogi nie były już świeże. A to dopiero początek…

Część 2 (Kepple Cove – Patterdale)

Pierwszy kilometr dało się jeszcze trochę pobiec po w miarę płaskim terenie, ale zaraz zaczęło się kolejne podejście. Może nie jakoś bardzo ostre, ale już nużące. W oddali za mną zobaczyłem mojego kolegę Maćka, który, jak się spodziewałem, po spokojniejszym starcie prędzej czy później mnie dogoni.

Podejście przeszło w końcu w kolejną grań, słynną Striding Edge. Normalnie oferuje ona piękne widoki, lecz ja mogłem podziwiać chmury i smagający mnie po twarzy deszcz. Na grani znowu poruszałem się wolno i nogi były momentami jak z kamienia. Maciek mnie dogonił, ale po jakiś 15 minutach, gdy zaczęło się zejście do doliny Grisedale, poleciał do przodu i tyle go widziałem.

Moje zejście było powolne i męczące- nie miałem już sił w nogach. Gdy w końcu doczłapałem na dół, przeraził mnie widok podejścia na Pinnacle Ridge. Na odcinku około 1 km trzeba było pokonać około 550 metrów w górę! Mozolna wspinaczka ciągnęła się w nieskończoność i myślałem, że wyzionę tam ducha. Większość podejścia była po trawiastym zboczu, gdzie, podobnie jak inni zawodnicy, gramoliłem się na czworaka. Podciągając się rękoma za kępy trawy powoli brnąłem do góry. W końcu dotarłem do skał, gdzie czekała mnie wspinaczka. Fajna sprawa, gdybym tylko nie był już mentalnie i fizycznie padnięty.

Trasa zawodów. Widać gęstość poziomic przed CP8 (Pinnacle Ridge)

Gdy w końcu wlazłem na szczyt okazało się, że to podejście kosztowało mnie tyle czasu, że muszę się spieszyć, żeby zdążyć na najbliższy punkt kontrolny przed jego zamknięciem. Szczęśliwie zbieg był łagodny, więc dało się biec i na punkcie żywieniowym w Patterdale pojawiłem się o 13:55, raptem 20 minut przed jego zamknięciem! Tam uzupełniłem zapasy wody, zjadłem kubek zupy i trochę ciastek, wypiłem 2 kubki kawy i czym prędzej ruszyłem dalej, gdyż było dużo ryzyko, że się nie wyrobię na drugi punkt żywieniowy w czasie.

Część 3 (Patterdale – Hawes Water)

Stosunkowo mało mogę powiedzieć o tym odcinku, poza tym, że starałem się iść możliwie najbardziej żwawym tempem i biegać gdzie się tylko dało. Nie było tu żadnych technicznych momentów. Najpierw podejście, potem dość łagodne kilka kilometrów, następnie kolejne podejście na szczyt High Street i z niego zejście do dolinki do punktu kontrolnego z dostępną wodą pitną. Ten odcinek poszedł mi na tyle sprawnie, że nawet jakieś 4-5 osób udało mi się wyprzedzić.

Czas wydawał się dobry, bo na punkcie byłem o 16:30. Poczułem się jednak oszukany przez organizatorów, gdyż wg profilu wysokościowego trasy tenże punkt miał być na około 500 m n.p.m. a był poniżej 300! Oznaczało to, że kolejne podejście będzie znacznie dłuższe niż zakładałem, czyli presja czasowa nadal była.

Część 4 (Hawes Water – Kirkstone Pass)

Uzupełniwszy wodę ruszyłem czym prędzej, zdeterminowany żeby jak najszybciej dostać się do góry i wyrobić się na ostatni punkt żywieniowy. Po dość długim, ale niespecjalnie ostrym podejściu minąłem szczyty Mardale Ill Crag i Thornthwaite Crag z którego sprawnie zbiegłem do przełęczy.

Z przełęczy był dość techniczny kawałek pod górę, więc trzeba było się trochę podciągać na skałach zanim w końcu zdobyłem Stoney Cove Pike. Stamtąd głównie łagodny zbieg w kierunku punktu, przerywany wydobywaniem się z błota w które nieraz się zapadałem. Ostatnie ostre zejście i o 18:55 podbiłem punkt na przełęczy Kirkstone. Podbnie jak w Patterdale, miałem tylko 20 minut zapasu do zamknięcia punktu.

Część 5 (Kirkstone Pass – Meta)

Zostało już tylko ostatnie podejście, ale niejako wiedziałem, że bieg ukończę, więc byłem już spokojny. Podejście pod Red Screes było bardzoo ostre, nawet trochę zbliżone do tego pod Pinnacle Ridge, ale przynajmniej było znacznie krótsze i zajęło mi ‚raptem’ 35 minut. Stamtąd zostałt tylko ostatni, łagodny, kilkukilometrowy zbieg do Ambleside.

Biegło się dość dobrze mimo intensywnego momentami deszczu i błotnistego podłoża. Motywujące było to, kiedy opuściłem chmury i zobaczyłem w oddali jezioro Windermere i bliżej zabudowania Ambleside. Wiedziałem, że już niedaleko.

Ostatni podbieg!

O 20:18 wbiegłem na metę i szczęśliwie zakończyłem bieg. Tam czekała na mnie moja kibicująca rodzina i Maciek, który zakończył prawie godzinę wcześniej. Pojawił się nawet Riccardo, który obsługiwał jeden z punktów kontrolnych, więc dobrze było go zobaczyć na mecie.

Podsumowanie

Na niecałe 100 zawodników bieg ukończyły 73 osoby, z czego ja na 64 miejscu a Maciek na 51. Zwycięzca Andy Berry potrzebował ‚tylko’ 8 godzin i 34 minuty, więc moje 13 godzin i 18 minut specjalnie imponujące nie jest.

Na trasie, szczególnie podchodząc pod Pinnacle Ridge, mówiłem sobie, że nienawidzę tego biegu i nigdy się już tu nie pojawię, nienawidzę ostrych podejść i co ja tu w ogóle robię.

Weryfikując te mocne słowa, powiem, że same zawody gorąco polecam, bo jest to bardzo trudny i wymagający bieg i świetne wyzwanie dla osób szukających ciągle to nowych wrażeń biegowych. Co się z tym wiąże, żeby mieć przyjemność z ekscytujących momentów tego biegu takich jak Swirral Edge, Striding Edge, Eagle Crag, Pinnacle Ridge czy Red Screes, konieczne jest dobre przygotowanie siłowe, którego mi zabrakło. Bez dobrego treningu nóg oraz wyćwiczonych wbiegów i zbiegów taki bieg jest męczarnią, czego sam doświadczyłem. Trzymam się tego, że w Lakes Sky Ultra startować więcej nie chcę (bo nie muszę), gdyż bieg ukończyłem (czytaj odhaczyłem z listy), ale już myślę o kolejnych biegach, nie mniej trudnych. 🙂

Na koniec jeszcze filmik organizatorów z tegorocznej edycji. NIestety się na nim nie załapałem, widać za to jakie ładne były warunki na trasie. 🙂

Pozdrawiam,

Marcin

2 przemyślenia nt. „Relacja z Lakes Sky Ultra”

Comment / Dodaj komentarz