Relacja z Viking Way Ultra 2017

Wreszcie, po dłuższej przerwie mogę przedstawić relację z ostatniego ultramaratonu w którym brałem udział. Trochę mi zajęło spisanie tego materiału i w konsekwencji jest to dość długi wpis, więc proponuję zaparzyć sobie kawę czy herbatę i rozsiąść się wygodnie w oczekiwaniu na interesującą lekturę. Myślałem najpierw o rozbiciu go na 2 osobne wpisy, ale jest jednak jeden wpis, tyle, że składający się z wyraźnie wydzielonych części takich jak opisy poszczególnych odcinków biegu, które czytelnik może sobie odpuścić, jeśli aż takie szczegóły nie są intersujące, przeskakując do decydującego siódmego odcinka i następującego po nim podsumowania.

To będzie trochę jak w tych książkach, gdzie autor na samym początku mówi jak się dana historia zakończyła, a następnie opowiada jak do tegoż zakończenia doszło. Tak więc w weekend 1-2 kwietnia 2017 roku wystartowałem w biegu zwanym Viking Way Ultra (VWU- http://www.vikingwayultra.com/). Są to zawody na trasie długodystansowego szlaku turystycznego Viking Way (https://www.lincolnshire.gov.uk/countryside/visiting/walking/viking-way/120966.article, https://en.wikipedia.org/wiki/Viking_Way) biegnącego przez brytyjskie hrabstwa Lincolnshire i Rutland.

Trasa Viking Way Ultra

Cały szlak (i bieg) ma długość 147 mil (235 km) i w ramach zawodów uczestnicy mają limit 40 godzin na pokonanie tego dystansu. Przedstawiając zakończenie tejże opowieści, nie udało mi się niestety ukończyć tego biegu. Po około 30 godzinach i pokonanych 113,5 milach (181,5 km) zdecydowałem się zakończyć swój bieg na siódmym punkcie kontrolnym, skąd minibusem zostałem zawieziony na metę. Powodem były paskudne pęcherze na stopach, zmęczenie oraz świadomość, że nie było szans abym dotarł na metę w limicie czasowym. Są to pierwsze zawody od wielu lat, których nie ukończyłem, więc moment dość przełomowy i wymagający refleksji.

Decyzja o starcie

Do 2014 roku przez wiele lat moim najdłuższym biegiem był Harpagan, czyli 100 km. W 2015 zachciało mi się spróbować biegów na dystansie dłuższym, więc w sierpniu 2015 wystartowałem w Ridgeway Challenge (86 mil / 137,5 km). Łatwo nie było, ale bieg ukończyłem. Kilka tygodni później postanowiłem, ze celem na rok 2016 będzie 100 mil (160 km) i niemalże od razu zapisałem się na bieg South Downs Way 100, w którym wystartowałem w czerwcu 2016 roku i ukończyłem go w lepszym stanie niż 86 mil w roku poprzednim. Idąc dalej tym tropem zacząłem szukać czegoś na dystansie powyżej 100 mil. Pierwszym strzałem był Grand Union Canal Race (145 mil / 232 km z Birmingham do Londynu), ale się nie dostałem w losowaniu. Alternatywną opcją było właśnie Viking Way Ultra- zgłosiłem się, moje zgłoszenie zostało zaakceptowane, więc opłaciwszy wpisowe wiedziałem, że mam kilka miesięcy na porządny trening żeby się przygotować do tego trudnego biegu.

Trening

Intensywny rok 2016 zakończyłem na początku grudnia ultramaratonem w Walii, po czym grudzień i styczeń przeznaczyłem na okres regeneracji. W tym okresie w ogóle nie biegałem, poza 2-3 lokalnymi biegami na orientację. Taki okres odpoczynku po intensywnym sezonie jest polecany w celu regeneracji ciała i umysłu oraz nabrania ‘głodu’ na kolejny sezon biegania. W tym czasie ułożyłem sobie wielomiesięczny plan treningowy, zakładający:

  • ‘rozgrzewkowy’ start w TUT-cie (relacja tu: http://wolnybiegacz.pl/pl/tut-2017-relacja-z-biegu/)
  • luty i marzec na zbudowanie formy na Viking Way…
  • … i na odbywającego się 3 tygodnie później Harpagana…
  • … oraz całą serię biegów górskich w maju, czerwcu i lipcu.

Teoria była piękna, niestety w praktyce okazało się, że po TUT-cie ciągnęło się za mną jakieś przeziębienie połączone z męczącym kaszlem i ogólnym osłabieniem organizmu. W konsekwencji od połowy lutego do startu w Viking Way Ultra nie zrobiłem żadnego długiego biegu treningowego (długi bieg treningowy to jest minimum 30 km). Na blogu mogłem sprawiać wrażenie, że dużo biegam moimi postami ze Stuttgartu, Dhahranu, KAEC, czy Wiednia. Prawda jest taka, że w stosunku do założonego planu było to biegania niewiele, no ale zawsze więcej niż nic. Tak więc w tygodniu poprzedzającym start w VWU byłem świadomy, że moje przygotowanie było suboptymalne i że łatwo nie będzie.

Droga na start

Sam start w VWU to była niemała operacja logistyczna, przez to start biegu był w Barton upon Humber na północy Lincolnshire, a meta w Oakham w hrabstwie Rutland. Spakowawszy się i pożegnawszy z rodziną, w piątek 31 marca wczesnym popołudniem wyruszyłem z naszego domu w Oxfordzie samochodem do Oakham. Po dwóch godzinach jazdy zostawiłem samochód w pobliżu kwatery w Oakham w której miałem spędzić noc z niedzieli na poniedziałek (czyli po ukończeniu biegu), wziąłem swoje bagaże (plecak i reklamówkę, niestety nie Biedronkową) i po 10 minutach spaceru dotarłem na stację kolejową, gdzie spotkała mnie niemiła niespodzianka.

Trasa biegu w dalszej perspektywie…

Bilety na pociąg na start biegu miałem kupione wcześniej online i jedynie trzeba było je odebrać na stacji albo w okienku albo w samoobsługowej maszynie. Niestety nie sprawdziłem, że stacja w Oakham jest bardzo mała i a) nie ma tam maszyny biletowej oraz b) okienko jest czynne tylko rano, tak więc zostałem bez biletów. Stwierdziłem jednak, że pierwsze pół godziny może uda mi się przejechać przekonawszy kontrolera jaka sytuacja zaistniała i przesiadając się na kolejny pociąg w Peterborough bilety odbiorę tam na resztę podróży. Mając ponad 40 minut do zabicia czekając na pociąg z Oakham, tuż obok stacji natknąłem się na ciekawie wyglądający mikro-browar, którego produktem się z przyjemnością uraczyłem. Nie ma to jak dobra dieta wysokowęglowodanowa przed długim biegiem!

Węglowodany i nawodnienie- samo zdrowie

Z Oakham do Peterborough udało się dojechać bez problemu i bez kontroli biletów, po czym odetchnąłem z ulgą odebrawszy bilety w Peterborough i wsiadłem w pociąg na północ. Po około godzinie przesiadłem się w Doncaster i po kolejnych 40 minutach wysiadłem na małej stacji Hessle (tuż przed Hull) skąd piechotą doszedłem do leżącego w cieniu mostu Humber hotelu Premier Inn, gdzie zatrzymałem się na noc i gdzie była rejestracja na bieg. W hotelowej restauracji szybko wypatrzyłem grupę dziwnych ludzi, wyraźnie odstającą od otoczenia, więc wiedziałem, dokąd się kierować. Odebrawszy pakiet startowy od kierownika biegu Marka Cockbaina i podpisawszy listę obecności zamówiłem sobie burgera z frytkami i zamieniłem kilka słów z Markiem oraz innymi osobami. Wszyscy wydawali się całkiem wyluzowani, jakby jutrzejszy bieg był niczym specjalnym, więc i ja nie czułem się jakoś specjalnie przejęty. Po zjedzeniu dobrego, zdrowego i wcale niecieknącego tłuszczem burgera przeszedłem się na niedługi spacer to pobliskiego sklepu w celu kupienia owsianki na śniadanie. Wróciwszy do pokoju spakowałem się, wziąłem prysznic i około godziny 22 położyłem się spać.

Prowiant

Warto wspomnieć co i w jakich ilościach przygotowałem sobie na bieg. Biegam w kamizelce biegowej Salomon S-LAB Adv Skin3 12 SET, która, mimo, że jest mała, lekka i przylegająca do ciała, jest też wyjątkowo pakowna. Viking Way Ultra jest wygodnie podzielony na trzy niemalże identyczne co do długości etapy- w uproszczeniu założyłem sobie, że są to 3 odcinki po 50 mil / 80 km. Tak więc w swojej kamizelce musiałem mieć prowiant na 80 km, po czym na głównych punktach mogłem się doładować z mojego składzika, który był przewożony z punktu do punktu przez Marka. Do tego, na każdym etapie były małe punkty kontrolne na których można było sobie dolać wody, napić się kawy/zupy, zjeść ciasta czy czipsów oraz wziąć sobie dodatkowe batony czy żele na drogę.

W każdym razie moja paczka na każde 80 km wyglądała tak:

  • 2 litry płynów (woda, elektrolit, sok żurawinowy)
  • 3 żele High5
  • 2 żele Science in Sport (SiS) Double Caffeine
  • 1 żel SiS GO Isotonic Energy
  • 1 tubka zwykłych żelków
  • 4 batony (mix: Snickers, Bounty, Twix)
  • 2 serki żółte Babybel
  • 2 Cheesestrings (też ser żółty)
  • Garść orzechów nerkowca

Do tego ekwipunek obowiązkowy czyli 2 latarki, zapasowe baterie, folia termiczna, kurtka przeciwdeszczowa, kompas, pieniądze i telefon.

Dzień biegu

Budzik zadzwonił o godzinie 5:15 i z trudem wygrzebałem się z łóżka. Zalałem sobie dwa opakowania owsianki instant gorącą wodą i ubierając się oraz pakując dwa plecaki (jeden na plecy na drogę, drugi wieziony przez organizatorów i dostarczany po kolei na trzeci i szósty punkt kontrolny oraz na metę) zjadłem swoje śniadanie, napiłem się i tuż przed 6 rano zszedłem na dół, gdzie pośród innych skazańców czekałem chwilę na minibusa który miał nas zawieźć na start biegu po drugiej stronie mostu. Sam przejazd zajął około 15 minut, z czego spory kawałek imponującym, ponad dwukilometrowym mostem Humber. Jest to 8 najdłuższy na świecie most wiszący, a w momencie otwarcia w 1981 roku dzierżył zaszczytne miasto najdłuższego na świecie.

Widok ze startu na most Humber
Czekając na start

Zaraz za mostem minibus wysadził skazańców na starcie biegu. Tam złożyłem swój duży plecak w minivanie Marka i miałem okazję zrobić kilka zdjęć podziwiając ładny wschód słońca. Kilka minut przed godziną 7 rano Mark Cockbain przedstawił bardzo minimalistyczny ‘race briefing’ czyli ‘biegnijcie przed siebie, jak się zgubicie to wasz problem, a jak coś poważnego Wam się stanie to dzwońcie na 999 a nie do mnie bo wam nie pomogę’. Tak zmotywowani i pokrzepieni czekaliśmy na start.

Banda szaleńców przed startem
Ten znak kłamie- szlak ma 147 mil!

Na bieg zapisało się w sumie 30 zawodników. Do dnia biegu kilka osób zdążyło się wykruszyć z różnych powodów a na samym starcie stanęło 22 śmiałków- 20 mężczyzn i 2 kobiety. O 7 rano ogary poszły w las!

Odcinek 1: Barton upon Humber do Bigby (15,8 mil / 25 km)

 

Kilka minut po starcie
Spokojny początek wzdłuż estuarium Humber

Start spokojny, nikt nie wiadomo jak nie gnał, ale po 15-20 minutach grupa 22 biegaczy już się znacznie zdążyła rozciągnąć. Początek ładną ścieżką wzdłuż estuarium Humber a potem odbicie na południe i na przemian lokalnymi szosami oraz ścieżkami między polami. Przez większość czasu biegłem sam przyjemnie lekkim tempem około miejsca 13, aczkolwiek zwykle jakiś inny biegacz był w zasięgu wzroku i z niektórymi się co jakiś czas nawzajem wyprzedzaliśmy. Po minięciu małej miejscowości Barnetby le Wold jeszcze krótki odcinek między polami i po czasie 2h 53min dotarłem na pierwszy punkt w Bigby, obsługiwany przez Marka Cockbaina. Tam dolałem picia, zjadłem kilka ciastek i bez zwlekania ruszyłem w dalszą drogę.

Odcinek 2: Bigby do Tealby (14,7 mil / 23,5 km)

Na tym odcinku zaczęło się pasmo wzgórz Lincolnshire Wolds, tak więc było trochę podejść. Z Bigby ruszyłem spokojnie i trochę biegając, trochę chodząc polnymi ścieżkami pokonywałem malowniczą okolicę, mając na początku wzgórza po lewej stronie.

Początki wzgórz Lincolnshire Wolds
Nastrój wciąż bojowy!

Minąwszy historyczne miasteczko Caistor (niegdyś założone przez Rzymian), zaraz za wioską Nettleton był bodajże najładniejszy odcinek całej trasy czyli dolinka Nettleton. W samym Nettleton dogoniłem Javeda Bhatti, osobnika dość znanego w środowisku ultra biegaczy na Wyspach. Javed miał szybki początek, ale potem coś go zaczęło boleć i musiał zwolnić- w końcu wycofał się z biegu na 3. punkcie.

Dolinka Nettleton

Kontynuując wzdłuż dolinki Nettleton bardziej idąc niż biegnąc dostałem się w pobliże najwyższego punktu całej trasy. Minąwszy wioskę Normandby le Wold, w kolejnej wiosce Walesby okazało się, że jakiś dowcipniś przekręcił znak wskazujący którędy biegnie szlak. Pobiegłem w złą stronę na szczęście tylko jakieś 100 metrów zanim zdałem sobie z tego sprawę, więc tragedii nie było. Trisha van Rooyen pojawiła się tuż za mną, lecz zdecydowała się wypróbować fałszywą trasę mimo mojego zdania, że trzeba biec w drugą stronę, w rezultacie czego wyrobiłem sobie nad nią kilkuminutową przewagę i po niedługim czasie dotarłem na punkt nr 2, gdzie uzupełniłem zapasy na pokonanie trzeciego odcinka. Czas na punkcie 2: 6h 20min od startu i 3h 27min od punktu pierwszego. Chwilę później pojawili się Trisha oraz Ben Davies.

Dolewka na punkcie 2.
Ja z Benem i Trishą, gotowy do dalszej drogi

Ocinek 3: Tealby do Fulletby (19,7 mil / 31,5 km)

Mając ponad 30,5 mil w nogach, czyli prawie 50km, zacząłem odczuwać zmęczenie i pierwsze kilometry po wyjście z punktu były ciężkie i pokonane dość powoli. Trisha, Ben i chyba Steve Hayes jeszcze szybko mnie wyprzedzili i po chwili zniknęli z pola widzenia. Dopiero jak łyknąłem sobie żel kofeinowy i na chwilę usiadłem w wiosce Ludford to trochę się ożywiłem i byłem w stanie przyspieszyć, biegnąc jednak przez większość tego długiego odcinka samotnie i bez nikogo w zasięgu wzroku. Stopniowo pokonując kolejne ścieżki i skrzyżowania oraz mijając niczym specjalnym niewyróżniające się wioski poruszałem się do przodu monitorując upływający czas i zastanawiając się jak wcześnie przed 12,5-godzinnym limitem uda mi się pojawić na punkcie 3. Po 4h 43min od punktu 2. zaraz za wioską Fulletby zameldowałem się na punkcie 3. z czasem około 11h 3min, czyli mając całkiem niezłą rezerwę czasową. Na punkcie spotkałem znowu Bena, Trishę i Steve’a, którzy szykowali się do dalszej drogi, co znaczyło, że moja strata do nich jest nieduża.

Na punkcie miałem dostęp do mojego dużego plecaka, z którego dołożyłem sobie prowiantu na kolejne 80 km. Zjadłem sobie również kilka parówek oraz napiłem się soku pomidorowego jako uzupełnienie soli mineralnych i przełamanie słodkiego posmaku od żeli, batonów i picia. Miałem opcję przebrania się, czyli na przykład założenie długich getrów czy bluzy na zbliżającą się noc, ale stwierdziłem, że nie ma potrzeby… następnego dnia zdałem sobie jednak sprawę, że chyba jednak trzeba było się przebrać…

Ocinek 4: Fulletby do Stixwould (13,5 mili / 21,6 km)

Pokonawszy pierwsze 50,2 mili czułem się całkiem dobrze. Po krótkim odpoczynku na punkcie, około godziny 18:20 ruszyłem żwawo żeby jak najwięcej dystansu pokonać jeszcze przed zmrokiem. Od początku odcinka sporo biegłem- była siła! Było również łagodnie z górki co ewidentnie ułatwiało sprawę. Po jakiś 20 minutach od punktu wyprzedziłem Trishę i Steve’a, którzy się zatrzymali na bodajże założenie plastrów na stopy u Trishy. W oddali widziałem Bena więc ruszyłem za nim i wkrótce dotarłem do Horncastle, kolejnego dawnego Rzymskiego miasta po drodze.

W Horncastle, już trochę widać zmęczenie…

Już prawie wychodząc z Horncastle zrównałem się z Benem i przez najbliższe pół godziny szliśmy/biegliśmy razem albo w pobliżu siebie. Za Horncastle był długi i prostu odcinek najpierw wzdłuż kanału, potem starą linią kolejową (wtedy się ściemniło i musiałem włączyć latarkę), a następnie przez pole golfowe, po czym trafiliśmy do miasteczka Woodhall Spa. Wtedy Trisha i Steve dogonili nas i przez chwilę byliśmy razem, jednak zaraz reszta ekipy, wbrew mojej sugestii, poszła w złą stronę, tak więc ja sam ruszyłem poprzez miasto.

Statek wikingów wzdłuż dawnej linii kolejowej między Horncastle a Woodhall Spa

Za Woodhall Spa zostało jeszcze kilka kilometrów przez pola i wzdłuż lasków do kolejnego punktu. Kilkaset metrów za mną widziałem czołówki i rzeczywiście chwilę później na punkt w Stixwould przybiegli również Trisha i Steve- Ben został w tyle. Czas na punkcie: 21:16 czyli ponad 14 godzin w trasie. Dystans pokonany 63,7 mil czyli ponad 100km.

Odcinek 5: Stixwould do Greetwell (18,5 mili / 29,6 km)

Czułem się zmęczony wychodząc z punktu ale raczej dobrze nastawiony i zadowolony z przekroczenia 100 kilometrów. Z drugiej strony wiedziałem, że to będzie dłużący się odcinek. Szlak wiódł głównie lokalnymi szlakami i polnymi drogami. Za punktem chwilę szedłem z Trishą i Stevem i chwilę nawet porozmawialiśmy, po czym oni ruszyli do przodu szybszym tempem niż mi się chciało utrzymywać, jednak w wiosce Southrey znów ich wyprzedziłem, bo się zatrzymali z niewiadomego powodu. Dalej szedłem/biegłem sam, mając w oddali na widoku oświetloną fabrykę cukru w Bardney. Noc była całkiem przyjemna, nie padało, ani specjalnie nie wiało więc czułem, że byłem ubrany odpowiednio. Minąwszy Bardney, a następnie jakieś 45 minut później Stainfield, zaczęła się zabawa- kilka kilometrów najpierw drogi lekko błotnistej, następnie mocno trawiastej a potem po zbitej glinie. Nie byłem praktycznie w stanie biec, więc wolno człapałem licząc, że to się szybko skończy. Na szczęście po minięciu ruin opactwa Barlings Abbey znów była ładna ścieżka i mogłem trochę pobiegać. Po kilku kilometrach szlak dotarł nad rzekę Witham, wzdłuż której biegł przez kolejne kilka kilometrów, niemalże do samego punktu. Ten odcinek był trochę irytujący z racji nierównego podłoża i kęp trawy, więc super wygodnie się nie biegło. Tak czy inaczej, zaraz po odbiciu od rzeki trafiłem na punkt nr. 5. 81,2 mile za mną, czyli ponad połowa drogi z głowy! Czas na punkcie 2:02 rano czyli przyzwoite ponad 19 godzin w trasie.

Na punkcie 5. po 19 godzinach napierania i 130 km w nogach

Odcinek 6: Greetwell do Wellingore (15,6 mil / 25 km)

Na punkcie jak zwykle dolewka napojów, kawa, zupka z proszku, jakieś przegryzki, słowa otuchy i uścisk od motywującej wszystkich Karen Webber i w drogę w kierunku całkiem interesującego punktu na trasie- miasta Lincoln z imponującą średniowieczną katedrą, niegdyś najwyższym budykiem na świecie. Początek spokojnie, głównie idąc i lekko podbiegając, do momentu kiedy już w samym Lincoln pękły mi pęcherze na stopach… masakra- ból jest przeraźliwy i trudno to porównać z czymś innym. Mając jednak na uwadze upływ czasu uraczyłem się ibuprofenem oraz żelem kofeinowym i ruszyłem powoli kuśtykając. Po paru minutach ból został trochę stłumiony, po 15 minutach już praktycznie nie pamiętałem o nim i mogłem szybkim marszem zmierzać w kierunku katedry. Trafiwszy w końcu w jej oblicze punktualnie o godzinie 3:00 odbiłem w dół i ruszyłem w kierunku centrum imprezowego miasta, gdzie wyglądałem trochę nie na miejscu pośród ludzi/zwłok wychodzących (wypełzających/wyrzucanych) z klubów nocnych. Kolejne 20 minut poprzez spokojniejszą część miasta i z powrotem trafiłem na normalny szlak i tak powoli posuwałem się do przodu.

Koło godziny 5 rano nastąpił prawdziwy kryzys- zaczęły mi się zamykać oczy i miałem poważne trudności z rozbudzeniem się. To już był niestety ten stan, kiedy żele kofeinowe przestały działać, tak więc mimo, że próbowałem rozbudzić się różne sposoby (gadanie do siebie, śpiewanie, uderzanie się mapą po twarzy czy szczypanie się) to było ciężko. W którejś wiosce, bodajże Waddington wyprzedziłem zawodnika, którym później okazał się Andy Horsley- trzykrotny finiszer VWU w poprzednich latach jak również finiszer wielu prestiżowych biegów. Andy sobie chwilę odpoczywał, ale jakieś 20 minut później dogonił mnie gdyż ja ciągle walczyłem ze snem. Trochę wtedy szliśmy/biegliśmy razem i rozmowa mnie rozbudziła, tak więc udało się minąć kolejne wioski Harmston, Coleby, Boothby Grafoe i Navenby. Stopniowo zacząłem zostawać w tyle za Andym i znowu odjeżdżać, tak więc Andy miał niewątpliwą przyjemność słyszeć za sobą moje gadanie do siebie i śpiewanie, co tak naprawdę było bełkotem po polsku więc całe szczęście, że nic nie rozumiał.

Tuż za Navenby minęliśmy Wellingore i niecałe półtora kilometra dalej wreszcie trafiliśmy na punkt. Czas na zegarku 6:48, tak więc dystans 96,8 mil (155 km) pokonany w 23h 48 min. Ostatnie 15,6 mil (25 km) pokonałem w 4h 46min, co daje średnią 5,25 km/h- nic imponującego, ale przyzwoicie biorąc pod uwagę czas na punkcie 5, pęcherze przed Lincoln i kryzys po Lincoln. Zdawałem sobie sprawę, że utrzymując tę prędkość bez większego problemu zmieszczę się w limicie czasowym na mecie (zostało 81 km do pokonania i 16 godzin, co wymaga średniej nie mniejszej niż 5.1 km/h), więc byłem zadowolony.

Odcinek 7: Wellingore do Foston (16,7 mil / 26,7 km)

Na punkcie miałem dostęp do mojej trzeciej i ostatniej paczki żywieniowej, z której przełożyłem prowiant do mojej kamizelki, dolałem płynów, napiłem się, zjadłem trochę zupy i innych przegryzek oraz popełniłem swój bodajże największy błąd podczas tych zawodów a mianowicie bez dłuższego odpoczynku ruszyłem dalej, pozytywnie nastawiony na sprawne pokonanie odcinka z dobrą średnią. Zamiast tego, powinienem był się zdrzemnąć na punkcie- 15-20 minut zdziałałoby cuda, tym bardziej, że były warunki w postaci minibusa w którym mógłbym się położyć.

Na punkcie, a w zasadzie tuż przed nim, zdałem sobie też sprawę, że jednak trochę się wyziębiłem w nocy, mimo, że przez większość nocy tego nie czułem. To ewidentnie wpłynęło na ogólne zmęczenie organizmu niestety. Ruszając z punktu robiło się już jasno, więc liczyłem, że się szybko rozgrzeję… przeliczyłem się.

Tak więc zamiast się zdrzemnąć, ruszyłem dość żwawo śladem Andy’ego który był 100-200 metrów przede mną. Mój żwawy trucht okazał się niestety krótkotrwały, szybko przeszedłem do marszu i niestety znowu zaczęła mnie brutalnie atakować senność. No ale jakoś całkiem sprawnie maszerowałem. Wyprzedziwszy w pewnym momencie Andy’ego wysunąłem się na przód idąc wzdłuż asfaltówki, lecz tuż przed odbiciem od niej Andy znowu przejął inicjatywę i dość szybko zniknął mi z oczu, kiedy ja walczyłem z sennością.

Dochodząc do wioski Carlton Scroop byłem już zdesperowany i musiałem się gdzieś położyć. W wiosce znalazłem nasłoneczniony przystanek autobusowy gdzie położyłem się na ławce… leżałem może 3 minuty, ale już coś mi się zaczęło śnić. Gdy wstałem po tych 3 minutach poczułem się trochę bardziej rześko i zadowolony, że prędkość średnia nie spadła mi poniżej 5 km/h po tym ‘odpoczynku’ ruszyłem dalej. Nie minęło niestety 10 minut i znów mózg zaczął się domagać odpoczynku. Przebrnąłem kolejne 4-5 kilometrów niemal jak w transie, półświadomy tego co się dzieje naokoło mnie i podjąłem decyzję, że muszę się na dłużej położyć. Znalazłem kawałek ładnej, nieobsranej przed żadną zwierzynę, przydrożnej trawy, gdzie się położyłem i od razu odpłynąłem na około 15 minut.

Odpoczynek ten miał w rzeczy samej działanie zbawienne, gdyż poczułem się znacznie lepiej. Niestety jednak prędkość średnia spadła mi do około 4,5 km/h więc zdałem sobie sprawę, że tym tempem nie dotrę na metę w czasie. Do punktu 7 zostało mi wtedy jeszcze jakieś 8 km, więc stwierdziłem, że idąc do punktu będę monitorował swój progres i ocenię czy jestem w stanie przyspieszyć czy nie. Pomimo regeneracji nie byłem praktycznie w stanie już biec, więc został sprawny marsz. Minąwszy miejscowość Marston średnia prędkość trochę mi podskoczyła, lecz niestety nie na tyle, żeby myśleć o finiszu, tak więc tuż za Marston niejako podjąłem trudną decyzję, że kończę na najbliższym punkcie. Przez 3 godziny myślałem o tym, liczyłem dystanse, czasy, średnie ale niestety dochodziłem ciągle do tego samego wniosku. Tym bardziej, że słyszałem od pozostałych uczestników, że spora część szlaku od punktu 7 jest bardzo błotnista, co oznacza, że tym bardziej nie byłbym w stanie tam przyspieszyć.

Za Marston, jakieś 2-3 km przed punktem zobaczyłem daleko z przodu Andy’ego. Mimo mojego żałosnego tempa całkiem szybko się do niego zbliżałem, więc chyba coś mu się musiało stać. Kilometr przed punktem byłem tuż za Andym, za to za mną pojawił się Steve Hayes, biegnący jakby dopiero co zaczął! Zaraz mnie dogonił i byłem zszokowany jak on jest w stanie tak biec! Oznajmiłem mu, że niestety dla mnie koniec i życzyłem powodzenia, szczerze mając nadzieję, że mu się uda utrzymać to tempo i ukończyć bieg. Andy ze swojej strony próbował przekonać mnie, żebym nie rezygnował, no ale decyzja poparta faktami została już podjęta.

Na punkcie pojawiłem się o 12:45, czyli 16,7 mili (26,7 km) pokonałem w prawie 6 godzin, czyli ze średnią 4,45km/h. 113,5 mili (181,6 km) pokonałem w 29h 45 min czyli ze dobrą średnią 6,10 km/h. Do mety zostało 34,3 mili (55 km) i 10 godzin na to, co wymagało średniej nie gorszej niż 5,5 km/h. Liczby nie kłamią- powiadomiłem obsługę punktu, że rezygnuję i oficjalnie wycofałem się z zawodów, podobnie zresztą jak Andy, który ostatnie kilka kilometrów ledwo co przeszedł. Tak na marginesie, gdyby limit wynosił 42 a nie 40 godzin to bym ruszył dalej.

Steve po krótkim odpoczynku ruszył dalej. Niecałe 10 godzin później, z czasem 39h 35min zameldował się na mecie jako siódmy i ostatni finiszer. Zwycięzca, Barry Miller, ukończył bieg z czasem 34h 10min.

Anne na punkcie 7. Andy wychyla głowę z minibusa zachęcając Anne do dalszego napierania. Ja siedzę obok Andy’ego i dogorywam.

35 minut po mnie na punkcie 7 zameldowała się Anne Green, która, wiedząc, że już kiepsko stoi czasem, ruszyła jednak dalej. Niestety zakończyła bieg na punkcie 8. Ja w tym czasie razem z Andym rozsiadłem się wygodnie w minibusie i chyba dobrą godzinę pospałem. Trzeba było poczekać na punkcie na Bena który był ostatnim zawodnikiem na trasie za nami. Ben pojawił się na punkcie 2 godziny po mnie. Przez chwilę rozważał czy nie ruszyć jeszcze na punkt 8 ale zdrowy rozsądek zwyciężył i niedługo później trzy półżywe zwłoki zostały zawiezione do Oakham. Tak odebrałem od Marka mój duży plecak, podziękowałem za organizację imprezy i udałem się na regenerację.

Podsumowanie i analiza porażki

Tak jak napisałem na początku, był to pierwszy bieg od 10 lat którego nie ukończyłem, więc miałem dogłębną potrzebę analizy tego co się stało, co zrobiłem źle i czy byłem w stanie pokonać ten potężny dystans. Wpis ten pisałem stopniowo na przestrzeni 10 dni po biegu i mogę wyznać, że pierwszy tydzień po biegu był dla mnie bardzo trudny. Stopy przestały boleć 2 dni po, pęcherze przestały dokuczać 3 dni po, zakwasów w łydkach i udach o dziwo praktycznie nie miałem, za to przez tydzień nie miałem energii ani chęci na nic. Czułem się wewnętrznie wypalony i obawiałem się czy przypadkiem nie wpadłem w większy dołek z którego miesiącami się nie wydostanę. Spisanie tej relacji było dla mnie rzeczą niezmiernie ważną, musiałem rozliczyć się z tym biegiem, wyciągnąć wnioski i przede wszystkim odnaleźć w sobie chęć i energię do dalszego napierania.

Tak więc pozwolę sobie tutaj wyliczyć rzeczy, z których jestem zadowolony oraz moje główne błędy przez które nie ukończyłem zawodów.

Na plus:

  • Strategia odżywiania, czyli prowiant który miałem ze sobą oraz na głównych punktach, plus do tego wszystko co było dostarczone przez organizatora, sprawdziła się bardzo dobrze. Nie byłem głodny, nie byłem osłabiony z powodu braku prowiantu, ba, nawet nie schudłem specjalnie po biegu!
  • Podobnie strategia nawadniania- miałem ze sobą zawsze wystarczająco picia. Słuchałem się mojego organizmu i piłem kiedy miałem na to ochotę. Mając mix wody i elektrolitów nie doprowadziłem do żadnego rodzaju odwodnienia tj. ani izotonicznego (utrata wody i elektrolitów w tej samej proporcji), ani hipotonicznego (większa utrata elektrolitów niż wody), ani hipertonicznego (większa utrata wody niż elektrolitów);
  • Miałem naprawdę dobre tempo. Podczas wielu zawodów zdarza mi się, że pod wpływem adrenaliny i endorfin ruszam na hura na początku biegu, szybko się wypalam i później się męczę przez większość biegu. Tutaj od początku miałem lekkie i przyjemne tempo i nie szarżowałem, w konsekwencji pierwsze 155 km pokonałem z bardzo dobrą średnią 6,5 km/h!
  • Nawigacja, czytanie mapy i koncentracja były bez zarzutu, gdyż ani razu się nie zgubiłem i poza 100 metrami na początku nigdzie nie nadłożyłem drogi. Zdarzało się na poprzednich edycjach, że zawodnicy potrafili pół godziny biec w złą stronę, tracąc w konsekwencji godzinę i nadkładając 5 czy więcej kilometrów.

Na minus:

  • Główny grzech i wg mnie główna przyczyna porażki: na punkcie 6 powinienem był się przespać. Czas miałem dobry, bo byłem na punkcie z czasem 23h 48min a limit był 26h 30min. Mogłem poświęcić 15-20 a nawet 30 minut na regeneracyjną drzemkę i ruszyć dalej trzymając dobre marszowe tempo z okazjonalnym podbieganiem, tym bardziej, że był ładny dzień;
  • Na punkcie 3 trzeba było założyć dodatkową koszulkę termalną i zmienić getry z krótkich na długie, oraz po punkcie 3 szybciej założyć rękawiczki i Buffa na głowę. Biegałem na niejednym Harpaganie lżej ubrany przy niższych temperaturach i to przyzwyczajenie mnie zwiodło. Powinienem był wziąć pod uwagę, że mimo, że nie jest bardzo zimno, to ja jestem o wiele bardziej zmęczony i łatwiej się wyziębiam;
  • Jak wspomniałem wcześniej, słabe przygotowanie w ciągu 2 poprzedzających miesięcy i brak długich wybiegań sprawiły, że było trudniej niż by mogło być. Nie jest to jednak punkt tak decydujący jak dwa poprzednie.
  • Być może powinienem był zmienić moje przesiąknięte wodą, ropą i potem skarpety na punkcie 6, ale nie jestem na 100% do tego przekonany. Z jednej strony miałbym poczucie, że przewietrzyłem stopy i być może pęcherze by aż tak nie dokuczały, z drugiej strony stopy były już tak rozbabrane, że nie wiem czy cokolwiek by im pomogło i pewnie bym jeszcze bardziej poczuł ból zdejmując buty i skarpety.

Podsumowując powyższe punkty, to ze swojego start w Viking Way Ultra jestem zadowolony i wcale nie uważam go za porażkę. Uważam, że ukończenie było jak najbardziej w moim zasięgu i gdyby nie popełnione błędy (których nigdy wcześniej nie miałem okazji popełnić, bo nigdy wcześniej nie biegłem tak długiego dystansu) to byłby sukces. Na pewno nie uważam, że porwałem się na coś co mnie przerosło. Ustanowiłem swój nowy rekord życiowy pokonanego dystansu zwiększając go do 181,5 km od poprzednich 160 kilometrów z czerwca 2016 roku. Jestem na 100% przekonany, że chcę wrócić na trasę Viking Way i pokonać cały dystans. Póki co niestety Mark Cockbain twierdzi, że nie będzie więcej tego biegu organizował, liczę jednak, że zmieni zdanie.

Jeśli doczytałeś/doczytałaś do tego momentu to bardzo Ci dziękuję i bardzo zapraszam do dyskusji na blogu czy na Facebooku- jestem ciekawy czy ktoś się na podstawie mojej relacji dopatrzył innych błędów, albo czy się zgadza/nie zgadza z moimi wnioskami i dlaczego.

Pozdrawiam, Marcin

Postscriptum

10 dni po VWU czuję się znowu silny, chętny i zmotywowany do zawalczenia w zbliżającym się niedługo (21 kwietnia) Harpaganie. Dzisiejszego dnia wcześnie rano pokonałem ponad 20 km w Alpach Lepontyńskich (oczywiście będzie wpis na blogu na ten temat), podziwiając piękne widoki na szwajcarskie Lugano i kanton Ticino, więc czuję, że bieg Viking Way Ultra mnie nie złamał; wręcz przeciwnie czuję się silniejszy, mądrzejszy i bardziej doświadczony.

Comment / Dodaj komentarz