Kierat 2017- relacja z biegu

Międzynarodowy Ekstremalny Maraton Pieszy Kierat (http://maratonkierat.pl/), bo taka jest jego pełna nazwa, jest czymś o czym myślałem już od ładnych kilku lat. Zawsze były jednak niesprzyjające okoliczności ku wystartowaniu w Kieracie. Bo to za mały odstęp czasowy od mojego startu w Harpaganie, bo to jakaś impreza rodzinna, bo to nie będę tak często latał za Polski, bo to bilety lotnicze do Krakowa za drogie itd. Tym razem jednak, z racji ponad dwutygodniowego urlopu w Polsce z rodziną dogadałem się z moim wieloletnim Harpaganowym partnerem Michałem, że jedziemy i dostałem od małżonki dyspensę na 3-dniowy wypad na południe Polski. Zapisałem się na bieg już w lutym i od tego czasu byłem podekscytowany myślą o tej wyprawie!

O Kieracie

Kierat jest marszem/biegiem na orientację na dystansie 100km, czyli bardzo podobna koncepcja do Harpagana. Jakie zasady panują na takich biegach opisałem dokładnie w moim wpisie z Harpagana w sekcji O Harpaganie. Główne dwie różnice między Kieratem a Harpaganem to:

  1. Na Harpaganie są dwie pętle po ok. 50km, z możliwością przepaku w bazie między pętlami. Na Kieracie jest jedna pętla długości 100km. Co ok. 25km organizatorzy zapewniają wodę, a na ok. 50km również gorące zupki, kawę czy herbatę. Jedzenie na trasie nie jest zapewnione więc trzeba wziąć ze soba tyle, żeby wystarczyło potencjalnie na cały bieg. Ewentualnie można zrobić zakupy w mijanych sklepach, jeśli jakieś będą;
  2. Kierat odbywa się w Beskidzie Wyspowym, więc w górach, czyli jest znacznie więcej przewyższeń do pokonania niż na relatywnie płaskim Harpaganie.

Oczekiwania

Mój plan był taki, żeby zejść poniżej 24 godzin i zająć miejsce w pierwszej setce. Nic specjalnie ambitnego biorąc pod uwagę, że całkowity limit na ukończenie biegu to 30 godzin. Michał był za to o wiele ambitniejszy w swoich oczekiwaniach uważając, że powinniśmy brać na cel 20 godzin. Nie było to wg mnie niewykonalne, aczkolwiek całkiem ambitne, szczególnie, że nie znaliśmy terenów i miało być sporo przewyższeń.

W drodze na Kierat

O 6 rano w piątek 26 Maja zgarnąłem Michała na Oruni Górnej i ruszyliśmy w trasę na południe. Dzięki nowej autostradzie A1 jazda na południe to bajka w porównaniu do tego jak pamiętam się jechało kilka lat temu. Po ponad 2 godzinach minęliśmy Łódź, po 5 godzinach byliśmy koło Krakowa, a po 6,5 godzinach od wyjechania z Gdańska zaparkowaliśmy przed bazą zawodów w Słopnicach, sporej wsi położonej w połowie drogi między Rabką a Nowym Sączem.

Analiza mapy podczas konsumpcji przedstartowej shoarmy

Zarejestrowaliśmy się, odebraliśmy nasze pakiety startowe i poszliśmy do pobliskiej knajpy coś zjeść. Mając kilka godzin do startu rozłożyliśmy się w sali gimnastycznej, żeby trochę odpocząć po jeździe.

Mój sprzęt rajdowy. Trochę tych bambetli jest…
Zwarci i gotowi do startu

Godzinę przed startem byliśmy już spakowani i gotowi do wyjścia; poszliśmy na start zawodów na pobliskie boisko sportowe. O godzinie 17:30 Sędzia Główny Andrzej Sochoń powiedział co miał powiedzieć i na kilka minut przed godziną 18:00 660 osób wypełniło boisko w gotowości do startu.

Na starcie zawodów w oczekiwaniu na solilokwium sędziego głównego

Relacja punkt po punkcie

Zanim przejdę do własnej relacji polecam relację zwycięzcy Kierata, Krzysztofa Lisaka: http://maratonkierat.pl/kierat14/kierat17kl.htm. Podoba mi się jej format, który pozwolę sobie również zastosować u mnie. Oprócz formatu widać też klasę zawodnika, do której mi niestety wciąż daleko…

Na poszczególnych mapkach naniosłem ślad GPS mojego przebiegu, przy czym ślad ten odzwierciedla również prędkość:

  • intensywna zieleń oznacza bieg, jasna zieleń oznacza trucht
  • kolor żółty to generalnie będzie marsz, czyli średnia około 5-6 km/h
  • kolor czerwony to brak ruchu, albo ruch bardzo powolny jak mozolne wdrapywanie się pod górę ze średnią 2 km/h

Kolorem fioletowym na mapie jest zaznaczony, podany przez organizatora po zawodach, przebieg optymalny.

Powyżej nagranie ze startu. Moja łysina pojawia się w środku kadru około 22 sekundy a znika w 25 sekundzie.

Start – PK1

O 18:00 ruszyliśmy ze Słopnic i szybko 660 ludzi podzieliło się na biegaczy i piechurów. Z Michałem ruszyliśmy spokojnym truchtem, tak na oko mając ok. 100 osób przed sobą. Po pokonaniu LOP-ki (Linii Obowiązkowego Przejścia) przeszliśmy w chód kontynuując dość oczywistą trasą pod górę.

W drodze na Punkt 1

Był to piękny, słoneczny dzień i jak się tylko rozgrzałem pot lał się ze mnie strumieniami, szczególnie na podejściach. Punkt 1 osiągnięty bez problemów.

PK1 – PK2

Początek podejścia pod masyw Mogielicy

Po mozolnym podejściu na zbocze Mogielicy (co widać po dużej ilości koloru czerwonego na śladzie) nie trafiliśmy od razu na ścieżkę którą mieliśmy strawersować Mogielicę, więc trzeba było iść na azymut przez las.

Szukając zejścia z masywu Mogielicy w kierunku Punktu 2

Zejście na drogę oznaczoną na mapie białym kolorem okazało się małym koszmarem bo ścieżka zniknęła w lesie i trzeba było przebijać się przez gęsty las i zarośla w dół ostrego stoku. Na szczęście jednak trafiliśmy na jakąś drogę która po chwili doprowadziła nas do białej drogi, którą już szybko i sprawnie dotarliśmy na Punkt 2.

PK2 – PK3

Nawigacyjnie bardzo prosty przebieg, bo w znacznej mierze szlakami turystycznymi. Na tym odcinku mogliśmy jeszcze podziwiać piękne widoki i cudowny zachód Słońca. W okolicach Jasienia zaczęło padać i konkretnie się ściemniło, więc trzeba było włączyć czołówki. Deszcz był dośc intensywny, na szczęście za to krótkotrwały i przyjemnie odświeżający. Na Punkt 3 trafiliśmy bez problemu o 21:09.

Podeszczowa świeżość nastała w drodze na Punkt 3

PK3 – PK4

Był to drugi najdłuższy odcinek, do tego nawigacyjnie nieoczywisty więc wymagający uważnej nawigacji. Z Punktu 3 zlecieliśmy najszybciej jak się dało do drogi. Po drodze, podobnie do zwycięzcy, mieliśmy bliskie spotkanie z krowami, które wyszły na drogę… na szczęście w naszym przypadku były to tylko 2 cielaki które szybko uciekły na łąkę.

Na odcinku między drogą nr 968 a wsią Konina trochę się pogubiliśmy i trzeba było iść na azymut przez trawy i jary do czasu aż trafiliśmy na drogę którą następnie szybko zbiegliśmy do Koniny. Stamtąd droga na punkt była już nawigacyjnie prosta, aczkolwiek nie zdecydowaliśmy się na wariant zaznaczony na mapie jako optymalny, gdyż wg mapy tam nie miało być żadnej drogi.

Na PK4 pojawiliśmy się o 23:06. Oznaczało to 29km pokonane w 5 godzin i 6 minut. Garmin pokazał 30,74 km, więc póki co niedużo nadłożyliśmy. Ekipa sędziowska poinformowała nas, że zajmujemy miejsce w ósmej dziesiątce. Na punkcie uzupełniliśmy wodę i ruszyliśmy dalej.

PK4 – PK5

Miał być oczywisty i szybki zbieg do Koninek, ale skręt w złą drogę sprawił, że odbiliśmy za bardzo na południe i musieliśmy się przebijać przez łąki i chaszcze zanim w końcu dotarliśmy do drogi. Kilka cennych minut to nas kosztowało. Następnie dość sprawnie aż do żmudnego podejścia pod Groń. Tuż przed Ostrą miałem okazję wbić się niemalże bezpośrednio na punkt; niestety poleciałem za bardzo na północny-zachód i zszedłem za nisko, w konsekwencji czego musiałem atakować punkt od dołu. Ten jeden błąd kosztował mnie dobre 10-15 minut, więc miałem wtedy parszywy humor.

PK5 – PK6

Początek zbiegu do Jasionowa dość szybki. W wąwozie ścieżka zniknęła i trzeba było brnąć przez chaszcze wzdłuż strumienia aż dotarliśmy do cywilizacji. Z Jasionowa kawałek szybkiego zbiegu po czym mega żmudne i dłużące się podejście w znacznej mierze żółtym szlakiem do schroniska PTTK Stare Wierchy. Stamtąd z kolei powoli w dół do dolinki. Powoli, bo po miejscami błotnistej, miejscami kamienistej drodze ciężko było biec i zmęczenie dawało się we znaki. W dolince kawałeczek biegu i następnie żwawy marsz lekko pod górę do Punktu 6. Tam przyjemna niespodzianka- organizatorzy zapewnili kiełbasy z grilla! Zatrzymaliśmy się na chwilkę dłużej niż zwykle, żeby w spokoju spałaszować po zalanej keczupem kiełbasie- niebo w gębie!

Mniam mniam!

PK6 – PK7

Kluczowy odcinek bo prowadzący na półmetek z gorącymi zupkami! Pierwsze kilka kilometrów pokonaliśmy żwawym marszem idąc drogą wzdłuż strumienia. W pewnym momencie droga zniknęła i trzeba było iść korytem strumienia, skacząc z kamienia na kamień i nieraz mocząc sobie buty. Generalnie bardzo malownicza trasa, którą fajnie by było sobie przejść za ładnego dnia a nie w środku nocy mając już ponad 40km w nogach!

W pewnym momencie odbiliśmy od strumienia i po mozolnej wspinaczce mogliśmy przyspieszyć grzbietem. Po wbiciu się na niebieski szlak, który miał już nas zaprowadzić do samego punktu, dostałem kopa i narzuciłem ostre tempo, biegnąc przez większą część tego odcinka. W międzyczasie zaczęło świtać i o godzinie 4:39 zameldowaliśmy się z Michałem na Punkcie 7.

Na Punkcie 7

Punkt 7 to 55 km czyli ponad połowa trasy. Dotarcie tu zajęło nam ponad 10,5 godziny, więc cel 24 godzin wydawał się jak najbardziej w zasięgu, za to cel 20 godzin trochę mniej; szczególnie, że ta druga część trasy wyglądała na nawigacyjnie znacznie trudniejszą. Garmin pokazał, że pokonaliśmy 58 km czyli ciągle narzut całkiem przyzwoity. Obsługa poinformowała nas, że zajmujemy miejsca około 50, czyli znaczny progres od Punktu 4, mimo błędów nawigacyjnych. Na punkcie uzupełniłem zapas wody, wypiłem jedną zupkę oraz jedną herbatę i ruszyliśmy dalej.

PK7 – PK8

Stosunkowo krótki odcinek: najpierw żmudne podejście pod Chorobowską (jakieś 200 metrów w pionie w górę), po czym zagwozdka czy iść mocno na około, czy może zaryzykować drogą której nie było na mapie.

Zejście drogą której nie było na mapie

Wybrałem opcję drugą co okazało się świetną decyzją, gdyż sprawnie trafiliśmy na punkt gdzie okazało się, że od Punktu 7 przesunęliśmy się o prawie 10 miejsc w górę. Na pukcie kolejna niespodzianka, tym razem żywieniowa, gdyż mogliśmy wziąć sobie po bułce z serem, co posłużyło jako świetne uzupełnienie kalorii i przełamanie słodkiego smaku żeli i batonów.

Jest i Punkt 8

PK8 – PK9

Nawigacyjnie odcinek dość prosty: najpierw podejście na Przełęcz Knurowską, potem zbieg do wsi, a następnie kolejne żmudne podejście. Punkt 9 usytuowany na polance znaleźliśmy bez problemu.

Widoczek z Przełęczy Knurowskiej

PK9 – PK10

Chyba najgorszy odcinek ze wszystkich! Po dość powolnym zejściu mokrą i kamienistą ścieżką wybrałem ewidentnie zły wariant. Po fakcie widzę, że warianty organizatora czy Krzyśka Lisaka były o niebo lepsze.

Po żmudnym podejściu pod Skalisty Gronik, sugerując się innym zawodnikiem, ruszyliśmy na azymut w kierunku Jamnego, co było męczącym i powolnym zejściem przez wilgotne łąki i chaszcze. Z Jamnego ruszyliśmy znów pod górę drogą która po chwili rozpłynęła się na ostrym stoku w gęstym lesie. Iście ślimaczym tempem brnęliśmy pod górę licząc, że lada chwila trafimy na drogę. Wtedy byłem konkretnie wściekły i miałem tego wszystkiego dość, co Michał może potwierdzić jako świadek moich niekończących się obelg kierowanych pod adresem góry, lasu, gałęzi, kamieni i innych przedmiotów, które za nic miały sobie moje słowa.

W końcu trafiliśmy na drogę, którą dotarliśmy do zielonego szlaku, z którego na azymut pokierowaliśmy się w dół doliny. Po wyczerpującym i irytującym przebijaniu się przez las i dłużącym się zejściu drogą zawitaliśmy na Punkcie 10. Odcinek o długości 8 km pokonaliśmy w 2 godziny i 42 minuty czyli z porażającą średnią prędkością 3 km/h! Nie wiem dokładnie ile ale spadliśmy w klasyfikacji o sporo miejsc.

PK10 – PK11

Nadal  wściekły, zmęczony, obolały i z denerwującymi obtarciami na piętach, zamiast trochę odpocząć musiałem ruszyć ostro w górę, żeby się wdrapać na drogę trawersującą Strzelowskie. Żeby było mało, to okazało się, że chyba przebijając się przez chaszcze, zgubiłem jeden z moich dwóch bidonów Salomon Softflask. Abstrahując od tego, że same bidony są dość drogie, oznaczało to, że na ten długi odcinek będę miał bardzo mało picia. W rezultacie okoliczne drzewa usłyszały kolejny stek bluzg.

Po masakrycznym i powolnym podejściu w końcu wbiliśmy się na drogę. Po kilkudziesięciu metrach stwierdziłem, że muszę jednak usiąść i ogarnąć swoje stopy; Michałowi powiedziałem żeby szedł i nie czekał. Usiadłszy na trawie, zdjąłem buty i przemoczone skarpety, oczyściłem trochę stopy i zakleiłem plastrami otarte pięty oraz jeden palec. Na szczęście nie miałem żadnych pęcherzy. Założyłem nowe skarpety, buty i … poczułem się jak nowo narodzony! Cały przystanek trwał może tylko 5-7 minut, a efekt był zbawienny. Dostałem od razu silnego kopa i mogłem szybko biec na nogach, które wydawały się niewiarygodnie świeże.

Jak widać na śladzie drastycznie zwiększyłem tempo niemal cały czas biegnąc wzdłuż Strzelowskich. Po kilku minutach dogoniłem Michała i nie zatrzymując się zostawiłem go w tyle, zakładając, że to ten moment, że Michał by nie utrzymał mojego tempa i będzie kontynuował własnym tempem. Przed zbiegiem do Młynnego popełniłem błąd nawigacyjny i nietrafiwszy na dobrą ścieżkę musiałem brnąć do drogi w dół ostrego stoku. Po szybkim zbiegu do Młynnego było powolne podejście po czym szybki zbieg do Punktu 11 w Kamienicy. Ostatnie kilka kilometrów musiałem racjonować sobie wodę, na szczęście udało się dotrzeć bez kryzysu.

Punkt 11 zaliczyłem o 12:06, czyli pokonałem 82 km (a w rzeczywistości 86,3 km) w czasie 18 godzin i 6 minut. Od PK10 kilka miejsc na pewno odrobiłem. Na punkcie uzupełniłem wodę, napiłem się jeszcze na zapas i ruszyłem dalej.

PK11 – PK12

Nawigacyjnie najprostszy odcinek gdzie nie dało się zgubić. Prosty, tyle że nie za szybki z racji długiego podejścia na Zbludzkie Wierchy.

PK12 – PK13

Ostatni długi odcinek, trasę wybrałem dobrą, co widać po śladzie i pokonałem ją relatywnie szybko. Sporo podbiegałem i szybko maszerowałem. Na całym odcinku wyprzedziłem bodajże 8 osób, co nie ukrywam, było dość budujące i motywujące do dalszego napierania. Na punkcie pojawiłem się o 14:25 (20 godzin i 25 minut w trasie) i liczyłem, że uda mi się finiszować poniżej 21 godzin.

Gdzieś w drodze na Punkt 13

PK13 – Meta

Miał to być szybki i oczywisty przebieg: ścieżką do drogi i później banalnie wzdłuż głównej drogi. Jakimś cudem (czytaj przez moją nieuwagę) nie poleciałem ścieżką zaznaczoną przez organizatora tylko jakąś inną, która w pewnym momencie się urwała i musiałem iść w kierunku drogi na azymut. Tuż przed samą drogą musiałem przebić się przez las pokrzyw i chaszczy, które niemiłosiernie poparzyły i podrapały moje łydki. Wzdłuż drogi niemal nieprzerwanie biegłem, lecz kilka minut stracone w pokrzywach sprawiło, że nie wyrobiłem się w czasie i finiszowałem o 15:02.

Koniec!

Podsumowanie

Kierata zakończyłem z czasem 21 godzin i 2 minut, pokonawszy wg mojego Garmina 104,83 km dystansu i  4540 metrów przewyższeń, co uważam jest bardzo dobrym wynikiem, biorąc pod uwagę niejednokrotne błądzenie i kilka suboptymalnych wariantów. Wynik ten dał mi wysokie  37 miejsce, z czego jestem niezmiernie zadowolony. Po moim kryzysie w okolicach Punktu 10 i poświęceniu kilku minut na uporządkowanie swoich stóp udało mi się odrobić dobre 20 miejsc.

Podsumowanie z Garmin Connect

Michał zawitał na metę o 16:30, więc niecałe półtora godziny po mnie, zajmując również wysokie 51 miejsce. W sumie, na 660 startujących, 263 osoby ukończyły Kierata w limicie 30 godzin.

Kolejny piękny medal do kolekcji

Fizycznie bardzo dobrze zniosłem ten start. Poza otarciami na piętach i odrapanych łydkach nie miałem żadnych pęcherzy na stopach. Pęcherze mi dokuczały na kilku poprzednich biegach, więc cieszę się, że udało mi się ich uniknąć. Co ważniejsze, nawet kilka dni po Kieracie nie miałem żadnych zakwasów czy bóli mięśniowych, co świadczy, mój organizm dobrze to zniósł (ktoś inny może to zinterpretować, że za słabo napierałem hehe). Tydzień po Kieracie przebiegłem sobie treningowo dystans półmaratonu z czasem poniżej 2 godzin, więc jestem gotowy na kolejny start już niedługo.

Ogólne wrażenie z Kierata naprawdę pozytywne. Jest to bardzo dobrze i profesjonalnie zorganizowana impreza, gdzie widać, że organizatorzy wkładają dużo serca i wysiłku, żeby wszystko się udało. W połączeniu z piękna scenerią Beskidu Wyspowego i Gorców jest to teraz jeden z moich topowych biegów, na którym jeszcze kiedyś będę chciał się pojawić.

Dla zainteresowanych- mapa w całej okazałości

Pozdrawiam,

Marcin