TUT 2017- relacja z biegu

Kontynuując wątek z poprzedniego posta (http://wolnybiegacz.pl/pl/pierwszy-start-sezonu-2017/) w tym poście zamieszczam relację z Trójmiejskiego Ultra Tracka (TUTa- http://tutrail.pl/).

Start

Sobota 18 lutego 2017- pobudka o 5 rano, szybka kawa i lekkie śniadanie. O 5:30 przyjechał Michał, zostawił swój samochód pod moim domem rodzinnym w Gdańsku-Wrzeszczu i razem ruszyliśmy truchtem w kierunku stacji Zaspa SKM skąd SKM-ką po dwudziestu kilku minutach dojechaliśmy do Gdyni Głównej.

W drodze do Gdyni
Gotowy do opuszczenia ciepłego dworca

Z dworca po około 10 minutach żwawego marszu byliśmy już na starcie TUTa. Tam już było dość tłoczno, gdyż około 300 osób szykowało się do startu. Kręcąc się przed startem spotkaliśmy Igora, kolegę którego poznaliśmy na jednym Harpaganie i z którym na kilku Harpaganach biegłem. Igor wydawał się być w bojowym nastroju- jego końcowy wynik zrobił wrażenie, ale o tym później.

Przed startem- wybaczcie jakość zdjęcia!

Odcinek 1 (Start, Gdynia, ul. Tatrzańska – Punkt 1, Mały Kack)

Punktualnie o 7:00 rzesza ludzi ruszyła pod górę w las. Na początku trasy była szklanka więc ruszyłem bokiem gdzie tylko było trochę przyczepności. Wielu zawodników miało nakładki na buty pozwalające biec po lodzie i był to niewątpliwie dobry wybór i znaczne ułatwienie. Ja się zdecydowałem startować w moich ulubionych butach Salomon Speedcross, które mają profil na tyle agresywny, żeby gwarantować dobrą przyczepność na błocie i przyzwoitą na śniegu, ale absolutnie żadną na lodzie. Igor poleciał od razu tak że go nawet nie widziałem, Michał zaś przez pierwszy kilometr był tuż przede mną, jednak stopniowo dystans między nami rósł aż straciłem go z pola widzenia na najbliższe około 7 godzin.

W gdyńskich lasach

Tak jak pisałem wcześniej moim celem było ukończenie biegu, nawet w limicie czasu (11 h). Przemyślawszy to później wyznaczyłem sobie cel 10 h. Michał za to przekonywał mnie, że czas 9 h jest jak najbardziej w naszym zasięgu. Tak czy inaczej początek był dość intensywny jak dla mnie- biegło się ok i mimo, że Michał ruszył znacznie szybciej i się zdecydowałem go nie gonić, to pierwszą godzinę biegu zamknąłem dystansem 9,3 km. Trochę za szybko pomyślałem, ale biegło się ok, warunki w gdyńskich lasach były dobre, więc stwierdziłem jak jest para w płucach i siła w nogach to lecę.

Po 2 godzinach było 18 km na liczniku więc minimalnie wolniej, ale biorąc pod uwagę całą serię górek pomiędzy Pustkami Cisowskimi a Chwarznem przyzwoicie. Na kilometrze 22-gim miał być pierwszy punkt żywieniowy). Mój GPS pokazał 22km a tu punktu nie ma. W końcu po 2 ostrych podejściach i przyjemnym zbiegu trafiłem na punkt z czasem 2:39:29 i wskazaniem GPS-a 23,23 km. Dowiedziałem się dopiero parę godzin później, że Michał był na punkcie 15 minut wcześniej, tak więc sporo straciłem do niego.

Pierwszy punkt

Odcinek 2 (Punkt 1, Mały Kack – Punkt 2, Spacerowa)

Szybko dolałem wody do butelki, zgarnąłem garść krakersów, pół drożdżówki i nie tracąc czasu ruszyłem spokojnie przez Mały Kack. Wtedy odczułem jednak szybkie tempo pierwszego odcinka i zmęczenie zaczęło dawać znać o sobie. Znacznie zwolniłem i sporo chodząc dawałem się wyprzedzać znacznej ilości zawodników. Tempo zwiększyłem dopiero przecinając Wielki Kack, ale później w lasach sopockich znów więcej chodu niż biegania. Prędkość średnia tego odcinka oscylowała wokół 6,7-7 km/h. W okolicach 30 kilometra biegu zaczął się asfalt koło Gołębiewa gdzie dało się przyspieszyć po płaskim, później przez Wielką Gwiazdę i tak do świemirowskich ogródków działkowych gdzie seria kilku intensywnych podejść trochę mnie dobiła. Gdy zbiegłem do ul. Spacerowej czułem się całkiem wycieńczony i tylko czekałem na drugi punkt żywieniowy który jakoś nie chciał i nie chciał się pojawiać.

Radość biegania

W końcu po czasie 2:29:51 od pierwszego punktu dotarłem do drugiego. Mój Garmin wskazywał 41,11 km, wobec 42 km które podali organizatorzy. Później sie dowiedziałem, że Michał miał wtedy 20-minutową przewagę, czyli nieznacznie mi się oddalił, ale nie tak szybko jak na pierwszym odcinku.

Odcinek 3 (Punkt 2, Spacerowa – Punkt 3, Rybakówka)

Na punkcie woda do jednej butelki, magnez/izotonik do drugiej, kubeczek rozgrzewającego barszczu z torebki, kawałek banana i garść żelków i w drogę. Odcinek do punktu trzeciego jest teraz znacznie krótszy od dwóch poprzednich i wiedzie w dużej mierze znakowanymi szlakami turystycznymi- moim ulubionym żółtym oraz czarnym, za to jest cała seria górek do pokonania więc wiedziałem, że nie będzie łatwo. Z racji, że większość biegu była już za mną nastawienie psychiczne miałem trochę lepsze więc spokojnie pokonywałem ten odcinek podchodząc pod górki, a biegnąc w dół i po płaskim. W połowie odcinka zaaplikowałem sobie żel z kofeiną który ewidentnie mnie pobudził i dał lekkiego kopa do napierania. Po Węglowej Drodze coś mi się zaczęło z odległością nie zgadzać- okazało się dopiero później, że organizatorzy skrócili trasę w okolicy Doliny Bobrów o jakieś 1,5 kilometra, tak więc na kolejny punkt żywieniowy trafiłem szybciej niż się tego spodziewałem- wyszło 12,37 km od punktu drugiego. Całkowity dystans na liczniku 53,48 km wobec 55 km podanych przez organizatora. Czas: 1:49:19 od poprzedniego punktu, 6:58:39 w sumie. Strata do Michała ok 14 minut.

Odcinek 4 (Punkt 3, Rybakówka – Meta, Gdańsk, ul. Kiepury)

Na punkcie trzecim nastrój miałem naprawdę bojowy i czułem siłę i chęć do szybkiego pokonania ostatniego odcinka. Do mety zostało 10 km tak więc finiszowanie znacznie przed godziną 16 powinno było być do wykonania. Po bardzo krótkim postoju na punkcie ruszyłem biegiem Szlakiem Wzgórz Szymbarskich (czarnym). Dość szybko zaczęło się ostatnie duże podejście, po którym był długi, przyjemny i szybki zbieg wzdłuż Potoku Czystej Wody aż do Dworu Oliwskiego. Przekroczywszy asfaltówkę zacząłem żwawo kolejne podejście i wtedy jakieś 200 metrów przed sobą, u szczytu tegoż podejścia zobaczyłem Michała, który był łatwo rozpoznawalny dzięki swoim żarówiastym spodenkom. Ucieszyłem się i dostałem dodatkowego kopa żeby go dogonić, co się udało 2 podejścia dalej na szlaku zielonym tuż przed górą/wzgórzem Głowicą.

Z Michałem w kierunku mety

Michałowi generalnie bardzo dobrze się biegło i ewidentnie użycie nakładek na buty pomogło mu utrzymać szybsze tempo- lekcja dla mnie na przyszłość. Po części moje dogonienie Michała wynikało z tego, że jednak zwykle mam silne końcówki i na ostatnich kilometrach często udaje mi się wyprzedzić sporo zawodników i trochę zmniejszyć stratę.

Ostatnie kilka kilometrów biegu  szliśmy/biegliśmy razem, pokonując serię bardzo ostrych podejść na zielonym szlaku. Gdy ostatnie podejście było już za nami to dało się słyszeć głos z głośników na mecie, więc wiedzieliśmy, że jest blisko. Ostatni zbieg starym torem saneczkowym i w końcu meta którą przekroczyliśmy wspólnie z czasem 8:27:33.

Po uwzględnieniu sekundowych różnic kiedy kto przekroczył linię startu wyszło, że zająłem miejsce 160-te z czasem netto 8:27:23 a Michał 161-sze z czasem netto 8:27:24.

Medale mamy, cel osiągnięty

Startowało 306 zawodników z czego na mecie zameldowało się 297. Zaraz na mecie spotkaliśmy Igora który finiszował na świetnym 8-mym miejscu z imponującym czasem 6:10:36! Wynik godny podziwu… poważnie się teraz obawiam silnej konkurencji na najbliższym Harpaganie 🙂 Pozostaje mi jeszcze wspomnieć, że zwycięzca Tomasz Baranow potrzebował 5:23:41 na pokonanie trasy- daje to prędkość średnią 12 km/h co jest dla mnie absolutnie niepojęte biorąc pod uwagę rzeźbę terenu i warunki. Jeszcze bardziej imponujący jest wynik pierwszej kobiety, Dominiki Stelmach, która wleciała na metę tylko 6 minut i 10 sekund po zwycięzcy, zajmując drugie miejsce w kategorii Open. Ten wynik budzi mój ogromny podziw, gdyż w takich zawodach różnica między pierwszym mężczyzną a pierwszą kobietą jest najczęściej znacznie większa, co świadczy o niewątpliwej klasie tejże zawodniczki.

Gorąca atmosfera na mecie- super klimat!

Po odebraniu medali uzupełniliśmy z Michałem trochę kalorii i płynów po czym opuściliśmy metę, zakończywszy TUT-a 2017.

Podsumowanie

Ze startu jestem zadowolony, gdyż osiągnąłem znacznie lepszy czas niż zakładałem. Miejsce 160 jest oczywiście niczym imponującym, no ale nie mam z tym problemu, może jedynie lekki niedosyt. Trzy dni po biegu czułem się dobrze, nie mam praktycznie żadnych zakwasów czyli cel żeby się za bardzo nie zniszczyć również został osiągnięty- mogę bez problemu wrócić do regularnych treningów i nie obawiam się spadku formy. Biorąc również pod uwagę to, że dwie poprzedzające noce miałem bardzo słabo przespane (w piątek rano wczesny lot do Gdańska a w nocy z piątku na sobotę o 2 rano wizyta w całodobowej przychodni z moją pierworodną) to nie poszło źle. Przede wszystkim cieszę się, że mogłem się przebiec taką piękną i zróżnicowaną trasą w profesjonalnie zorganizowanym biegu. Gorąco polecam ten bieg i jestem przekonany, że jeszcze kiedyś w nim wystartuję, być może z celem aby powalczyć o bardziej przyzwoite miejsce.

Na koniec garść liczb, parę komentarzy, oraz kilka linków

Odcinek Dystans (km wg.  GPS) Czas Średnio tempo (min/km) Średnia prędkość (km/h) Komentarz
Start- Punkt 1 23,23 2:39:29 6:52 8,7 Pierwszy odcinek ewidentnie najszybszy
Punkt 1- Punkt 2 17,88 2:29:51 8:23 7,2 Drugi odcinek znacznie wolniej
Start- Punkt 2 41,11 5:09:20 7:31 8,0 Średnia prędkość z dwóch pierwszych odcinków nadal przyzwoita mimo słabszego drugiego odcinka
Punkt 2- Punkt 3 12,37 1:49:19 8:50 6,8 Tu niespodzianka- miałem wrażenie, że ten odcinek był szybszy od drugiego a jednak nie był
Start- Punkt 3 53,48 6:58:39 7:49 7,7 Średnia z trzech odcinków naturalnie spadła ale nadal jest dobra
Punkt 3- Meta 10,01 1:29:04 8:54 6,7 Kolejna niespodzianka- byłem przekonany, że ten odcinek będzie szybszy od drugiego i od trzeciego, a jednak nie- odpowiadają za to ostre podejścia i zejścia na szlaku zielonym
Start-Meta 63,49 8:27:33 8:00 7,5 Meta- 63,49 km pokonane ze średnią prędkością 7,5 km/h

Linki:

W następnym odcinku….

Tym kończę ten całkiem długi wpis- mam nadzieję, że czytało się dobrze! Będę wdzięczny za każdą informację zwrotną na temat mojego blogowania- krytyka zarówno pozytywna jak i negatywna jest mile widziana i posłuży ulepszaniu mojego warsztatu pisarskiego. W następnym poście chcę wrócić do oryginalnego planu czyli napisać co nieco o tym czym są ultramaratony i jak zaczęła się moja przygoda z nimi.

Pozdrawiam,

Marcin

 

Comment / Dodaj komentarz